13.10.2026
Na wstępie muszę przyznać, że właśnie do tej płyty Depeche Mode mam największy sentyment. Gdy album ukazał się na rynku właśnie zaczynałem interesować się muzyką. Moją uwagę przykuły od razu „People Are People”, „Master And Servant” i „Somebody”, które pojawiły się na liście przebojów „Trójki”. Później dowiedziałem się, że wszystkie pochodzą z płyty „Some Great Reward”.
Depeche Mode jest jednym z gigantów synthpopu. Zaczynali bardzo niepozornie. Pierwszy album „Speak & Spell” (1981), nagrany jeszcze w czasie, gdy szefem grupy był Vince Clarke, był nijaki, infantylny i pozbawiony ambicji. Tylko trochę lepszy był „A Broken Frame” (1982). Kolejne dwie płyty to już pozycje klasyczne, ze wszech miar godne uwagi. Najwięcej związków z new romantic mają pierwsze dwa, jeszcze nieopierzone albumy. Muzycy Depeche Mode bynajmniej nie mieli zamiaru utożsamiać się z nową modą, ba!, niejednokrotnie reagowali niechętnie, gdy krytycy muzyczni wrzucali ich do szuflady z napisem „new romantic”. Na trzecim studyjnym albumie, z wolna, zaczęli tworzyć zręby własnej stylistyki. „Construction Time Again” (1983), dzięki takim utworom, jak: „Love In Itself”, „Everything Counts” czy „Told You So” wysoko niesie sztandary nowej muzyki syntezatorowej. To, co najciekawsze, było jednak jeszcze przed nimi...
Pogłębiona analiza słabych stron nurtu, którego częścią był Depeche Mode. Krytyczna recepcja new romantic.
Kolejnym krokiem do przodu był „Some Great Reward”, bez dwóch zdań, jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu. W owym czasie skład był już stabilny i dobrze zgrany. Klasyczny kwartet tworzyli: David Gahan (śpiew, sampler), Martin Gore (syntezator, śpiew, chórki, gitara), Andrew Fletcher (syntezator, chórki, sampler), Alan Wilder (syntezator, fortepian, chórki, automat perkusyjny). Muzyka Depeche Mode staje się bardziej idiomatyczna. Grupa kontynuuje eksperymenty z elektroniką, teksty Gore'a stają się bardziej dojrzałe. To właśnie z tego albumu pochodzą znane przeboje: „Master And Servant”, „People Are People” i „Somebody”. Na najwyższe słowa uznania zasługuje kontrowersyjny „Blasphemous Rumours” . W ojczyźnie muzyków został potępiony przez kler. Swoją drogą, ciekaw jestem, jak na podobny tekst polskiego wykonawcy zareagowaliby nasi szanowni duchowni.
„Blasphemous Rumours” był ciekawym świadectwem ówczesnych dylematów moralnych i kryzysu wiary. Teksty Martina Gore’a mogą być jednym z argumentów przemawiających za tym, że jego formacja nie była związana z idiomem noworomantycznym. „Nowi romantycy” miewali eskapistyczne ciągotki. „Jutro należy do nas” – to jedno z ich haseł. Nie miało ono jednak wydźwięku politycznego, chodziło raczej o zaakcentowanie bardziej optymistycznego sposobu postrzegania świata. Tymczasem Gore wskazywał różne współczesne zagrożenia dla człowieka. Jego liryki nierzadko były przesiąknięte pesymizmem. Na „Some Great Reward” eksponował negatywne strony ludzkiej natury. Wymieńmy niektóre grzeszki: hipokryzja, zakłamanie, żądza władzy, nieuzasadniona chęć czynienia zła. We wspomnianym „Blasphemous Rumours” dostało się nawet Najwyższemu. Gore nawet w utworach wybranych na singiel starał się przemycać ważne treści. W „People Are People” wybrzmiewa apel przeciwko uprzedzenium, natomiast „Master And Servant” przedstawia relacje oparte na dominacji i uległości.
Spojrzenie z drugiej strony barykady, akcentujące bardziej pozytywny wymiar ruchu. New romantic - próba apologii
Podejście do elektroniki w niejednym względzie jest kreatywne. Muzycy wyzyskują jej nowe możliwości. Poszukują własnych rozwiązań fakturalnych. Industrialny klimat, mechaniczne struktury rytmiczne, syntezatorowy sound budują spójny i logiczny obraz całości. Elektronika jest istotnym elementem współtworzenia dramaturgii kompozycji, buduje napięcie, w niemałym względzie wpływa na emocjonalny walor doświadczenia muzycznego. Niejednemu doświadczonemu słuchaczowi muzyka z „Some Great Reward”, jako żywo, nie będzie kojarzyć się z muzycznym wysublimowaniem. Ba, można nawet pokusić się o konstatacje, że czasami wręcz manifestacyjnie epatuje prostotą. Cały czas obraca się w kręgu formy piosenkowej. Taneczna rytmika może przywodzić skojarzenia z dyskotekowym parkietem. Nie można jednak zapominać o tym, że grupa bynajmniej nie miała zamiaru zrywać pępowiny z popową estetyką. Ich koncept polegał na tym, że chcieli w atrakcyjny sposób połączyć komunikatywność przekazu z dźwiękowym eksperymentem.
„Some Great Reward” to jeden z najrówniejszych albumów w dorobku zespołu. Mało jest na nim „sęków”. Najmniej zapadają w pamięć mocno przeciętne „If You Want” i „It Doesn't Matter”. W niejednym miejscu podobać może się coraz bardziej zindywidualizowane brzmienie. Z całym dobrodziejstwem inwentarza musimy zaakceptować ejtisowy sound, który czasami niekoniecznie wzbudza pozytywne emocje. Na swoim czwartym albumie studyjnym Depeche Mode daleko odszedł już od landrynkowatego popu, którym raczył nas na „Speak & Spell”. Jego nowe wcielenie było bardziej dojrzałe i urozmaicone. Wprawdzie w połowie lat 80. zespół czasami bywał jeszcze lekceważony przez krytyków, to jednak jego rola i znaczenie systematycznie rosły.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
DEPECHE MODE - SOME GREAT REWARD (1984)
1. Something To Do 3:45
2. Lie To Me 5:04
3. People Are People 3:52
4. It Doesn't Matter 4:45
5. Stories Of Old 3:12
6. Somebody 4:26
7. Master And Servant 4:13
8. If You Want 4:40
9. Blasphemous Rumours 6:21
Skład:
David Gahan - śpiew, sampler
Martin Gore - śpiew, syntezatory, sampler, gitara, chórki
Andrew Fletcher - syntezatory, sampler, chórki
Alan Wilder - syntezator, fortepian, sampler, automat perkusyjny, chórki

Aleksandrze, na ile byś ocenił ten album od 1-10?
OdpowiedzUsuń7/10, w porywach 7,5/10. Gdybym oceniał w latach 80. byłoby praktycznie identycznie.
OdpowiedzUsuńDzięki za odpowiedź. Ja ocenilbym podobnie, może ciut wyżej w porywach do 8. Od razu przyznaję, iż nie jest to mój ulubiony album zespolu, aczkolwiek niewątpliwie jeden z najlepszych. Należy do złotego okresu w karierze bandu z Basildon, czyli lata 1983-97. Mocne 6 miejsce w moim prywatnym rankingu. Fascynujące eksploracje muzyczne i historie, jakie się kryją za nimi. Ot choćby takie ciekawostki jak ta, że Martin nagrał wokal do Somebody... nago. Czy ta, jak po tygodniu miksowania Master And Servant zapomniano o takim elemencie jak werbel. Uszczypliwosci pomiędzy zespołem i recenzentami choćby w przypadku People Are People, kiedy członek Culture Club opisywał swoje wrażenia z odsłuchu (,,pękałem ze śmiechu"). Alan Wilder odgryzał się, że owszem, tekst należy do najgorszych w historii, lecz zaraz obok dokonań CC. Problemy i kontrowersje wokół wspomnianego M&S i Blasphemous Rumours ze strony kleru, jak i BBC. Producencko był to ,,krok naprzód", ponieważ Gareth Jones awansował na producenta zespołu w porównaniu z rolą inżyniera dźwięku na poprzednim albumie. Muzycznie bardziej przebojowy. Najsłabszy punkt moim zdaniem to jedyny utwór Alana, czyli If You Want. Nie ten poziom kompozytorski, co Martin. Dodać należy, iż Alan napisał kilka innych utworów podczas tej sesji, jednak pozostały niedokończone. Był to także ostatni album, na którym udzielił się w tej formie. Później wyrażał siebie kompozytorsko na solowych plytach pod szyldem Recoil. Nie wracam do tego dzieła często, jednak pozostanie na zawsze ważnym ogniwem w historii DM.
OdpowiedzUsuńNie będę się rozpisywał, wyrażę tylko swoje zdanie. Otóż płyta "Some Great Rewards" jest bardzo ważna dla rozwoju dalszej kariery DM, ale muzycznie przeciętna. Wymienione przez Ciebie utwory „People Are People” i „Master And Servant” są dla mnie najsłabsze. Zawsze je pomijałem podczas odtwarzania płyty. Moim zdaniem najlepszą płytą DM jest "Ultra". To absolutny szczyt możliwości twórczych i wykonawczych grupy. "Sister of Night" to jedno z arcydzieł muzyki popularnej.
OdpowiedzUsuńSister Of Night jest ważna dla tego zespołu ze szczególnego powodu. Jest to ostatni utwór, który zaśpiewał David będąc wciąż jeszcze wtedy pod wpływem narkotyków. Sama sesja nagrywania wokalu trwała dziesięć dni. Ostateczna wersja jest zlepkiem wszystkich podejść. To słychać, co potwierdził wokalista. Także to, jak bardzo się wtedy bał.
OdpowiedzUsuń