22.10.2026
Poprzedni album zespołu był świadectwem jego rozwoju. W 1978 roku zapewne wielu zwolenników grupy zadawało sobie pytanie - czy zdołają utrzymać poziom dwóch poprzednich wydawnictw? Ich obawy okazały się płonne.
Po zakończeniu trasy promującej „A Farewell To Kings” muzycy po krótkiej przerwie postanowili przystąpić do nagrania kolejnej płyty studyjnej. Byli na tyle zadowoleni z owoców pracy w walijskim Rockfield Studios, że zdecydowali się ponownie zawitać w jego progi. Po raz kolejny skorzystali również z Advision Studios. W tym drugim główny nacisk został położony na nagranie partii wokalnych. Praca na terenie Zjednoczonego Królestwa nie była bynajmniej żadną fanaberią. Tamtejsze studia miały dobrą opinię, ponadto artyści przyznawali, że ich muzyczne korzenie w niemałym stopniu są brytyjskie. Tradycyjnie, zanim zaczęli żmudny proces rejestracji materiału, przed dwa tygodnie intensywnie pracowali nad nowym materiałem. Do studia wchodzili z przygotowanym repertuarem, ponadto mieli dobrze przemyślany koncept płyty. Prace przebiegały dość sprawnie, choć pewne trudności sprawiało dopasowanie tekstów do muzyki. Całość została zarejestrowana w czerwcu i lipcu 1978 roku. Materiał został ostatecznie zmiksowany w Trident Studios w Londynie. Był to najbardziej dopracowany album w dotychczasowej karierze zespołu. Przełożyło się to również na koszty przedsięwzięcia. Całokształt wydatków wyniósł około 100 tysięcy dolarów.
Esej poświęcony wcześniejszemu albumowi zespołu. Rush - A Farewell To Kings (1977)
Całą pierwszą stronę płyty winylowej wypełniła sześcioczęściowa suita „Cygnus X-1 Book II: Hemispheres”. Część pierwsza zakończyła się w momencie, gdy główny bohater przedziera się swoim statkiem kosmicznym przez Czarną Dziurę. Tym razem Peart skupił się na nakreśleniu konfliktu między dwoma antagonistycznymi siłami. Pomysł zrodził się z inspiracji jedną z lektur Adama Smitha, który wykoncypował sobie, że jedną z półkul mózgu rządzi Apollo, natomiast drugą Dionizos. Apollo włada siłą rozsądku i rozumu, z kolei Dionizos instynktu i intuicji. Apollo oferuje ludziom szansę rozwoju, choćby w dziedzinie nauki, z kolei Dionizos proponuje świat artystycznych przeżyć i miłość. Ludzie zdani na władzę i „ofertę” tylko jednego spośród nich nie mogą normalnie egzystować. W rezultacie prowadzi to do chaosu i anarchii. W finale kompozycji problem zostaje rozwiązany przez Cygnusa, który wyjaśnia ludziom z czego wynikają ich problemy. Wedle niego bezwzględnie pożądana jest równowaga pomiędzy dwoma siłami. Ludzie obwołują Cygnusa bogiem, bowiem przyniósł im spokój i harmonię.
Ranking najciekawszych albumów z kanadyjskiej prowincji, znanej z wielobarwnej sceny progresywnej. Scena Québec – TOP 50
Suita została zdominowana przez dynamiczne utwory bliskie konwencji hard rocka. Skojarzenia z rockiem progresywnym pojawiały się nie tylko za sprawą specyficznej formy, ale również w związku z tym, że muzyka tria była coraz bardziej wyrafinowana pod względem rytmicznym i harmonicznym. W „Prelude” zaprezentowano przegląd tematów muzycznych, które pojawią się w rozbudowanej kompozycji. Godne uwagi są różne rozwiązania polirytmiczne Neila Pearta. Zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym ważny jest czwarty segment „Armageddon: The Battle Of Heart And Mind”, bowiem ukazuje dychotomiczny problem zawarty w tekście. Różne zabiegi muzyczne mają oddać niestabilność, chaos, rozdarcie i wahania, stąd gwałtowne zmiany tempa, agresywne, rwane riffy basowe, nieparzyste metra (głównie 7/8 i 5/4). „Armageddon: The Battle Of Heart And Mind” i „La Villa Strangiato” w największym stopniu oddają maestrię techniczną kanadyjskiego tria. Mocnymi punktami wielowątkowej kompozycji były bardziej stonowane fragmenty – pierwszy segment „Cygnus (Bringer Of Balance)” oraz finałowy „The Sphere (A Kind Of Dream)”. Urozmaiceniem faktury były „kosmiczne” efekty dźwiękowe wygenerowane w studiu nagraniowym. Nie wszystkie części są w pełni przekonujące. Czasami muzyka jest zbyt zachowawcza, brakuje większej ilości partii instrumentalnych. Ciekawiej i na większą skalę można było wykorzystać syntezatory, choć zwolennicy hard rocka zapewne nie będą z tego powodu utyskiwać.
Otwierający drugą stronę płyty winylowej „Circumstances” jest najbardziej konwencjonalnym utworem na płycie. Z jednej strony kojarzy się z przeszłością, czyli bardziej hard rockowym wcieleniem zespołu, z drugiej, antycypuje rozwiązania formalne, które dojdą do głosu w kolejnej dekadzie. Prawdziwą perłą w zestawie jest „The Trees”. Niewątpliwie należy do szczytowych osiągnięć zespołu w tej dekadzie, jeśli chodzi o bardziej zwartą formę wypowiedzi. Osobliwy jest tekst Neila Pearta, który opowiada nam o tym, co mogłoby się stać z klonami i dębami, gdyby zachowywały się jak ludzie. W metaforyczny sposób perkusista zdaje się piętnować komunistyczne totalizmy, które w swojej frazeologii często odwoływały się do egalitaryzmu. Rolę intra pełni quasirenesansowy wstęp na gitarze nylonowej, ilustrujący sielankowy, pierwotny las. Stopniowo faktura robi się coraz bardziej gęsta, by w kulminacyjnym momencie uderzyć bezlitosnym, ciężkim rytmem, symbolizującym mechaniczne ścięcie drzew. Uwagę przyciągają łamańce rytmiczne Pearta, zwarte solo gitarowe Lifesona oraz różne smaczki brzmieniowe i aranżacyjne. „Rolling Stone” i „Classic Rock” w swoich rankingach na „najlepszy utwór Rush” umieściły „The Trees” dość wysoko w stawce – odpowiednio na 8. i 11. miejscu.
Zwieńczeniem płyty jest „La Villa Strangiato (An Exercise In Self-Indulgence)”, prawdziwe opus magnum wydawnictwa. Blisko 10-minutowy utwór instrumentalny składa się z dwunastu segmentów, tworzących spójną muzyczną całość. Zarówno podtytuł, jak i muzyczna zawartość niejednego przeciwnika takiego grania mogą zachęcać do wymyślania różnych uszczypliwości. Miłośnicy rocka progresywnego powinni być w pełni usatysfakcjonowani. To jeden z najambitniejszych i najbardziej wyrafinowanych utworów w dyskografii zespołu. Manifestacja kunsztu wykonawczego i kompozytorskiego. Całość została skonstruowana z iście zegarmistrzowską precyzją. Muzycy zręcznie budują napięcie, kulminacje i odprężenia. W środkowej części pojawia się solo gitarowe Lifesona, które można zaliczyć do najbardziej udanych w jego karierze. Warto podkreślić umiejętność budowania dramaturgii. Partia zaczyna się od cichych, minimalistycznych fraz, napięcie stopniowo narasta, by osiągnąć gwałtowną kulminację. Gitarzysta sprawnie porusza się po różnych rejonach muzycznych (jazz rock, hard rock, rock progresywny, blues). W trakcie wirtuozerskich popisów zderzają się ze sobą różne konwencje. Sekcja rytmiczna gra szybki swingujący jazz-rock, natomiast gitarzysta eksponuje ciężkie rockowe przestery. Proces zapisu kompozycji w studiu był długi i złożony. Lee i Peart przyznali, że nagranie „La Villa Strangiato” zajęło im więcej czasu niż rejestracja całego „Fly By Night” (1975).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz