9.05.2026
Dalszy ciąg rozważań na temat dziewiątego albumu studyjnego Genesis. Obecnie ,,…and then there were three...’’ nie wzbudza już większych emocji, jednak w 1978 roku w gronie progresywnej braci nieźle iskrzyło. Czy muzycy autentycznie zapragnęli dokonać liftingu stylistycznego, bowiem dalsze granie na modłę progresywną de facto byłoby czymś regresywnym? A może jednak zapragnęli dorwać się do konfitur? W grę mogły wchodzić obydwa warianty plus wiele innych czynników i uwarunkowań.
PERSPEKTYWA Z DWÓCH STRON BARYKADY
W drugiej części eseju skupiłem się głównie na wskazaniu różnych mankamentów wydawnictwa. Rzecz jasna, uwagi miały charakter czysto subiektywny. To, co dla jednego jest zaletą, dla innego może być wadą. W grę wchodziły głównie zarzuty natury konceptualnej. Po prostu, słuchając tej płyty mam nieodparte wrażenie, że mogłaby zabrzmieć lepiej, gdyby nieco inaczej zestawiono jej muzyczne ingrediencje. Nie oznacza to oczywiście, że jest pozbawiona pozytywnych elementów. Jak na standardy pop rocka czy też soft rocka jest, bez mała, znakomita. Uważam jednak, że zespół z takim potencjałem mógł pokusić się o nagranie materiału o większym ciężarze gatunkowym. Słuchając „...and then there were three...” zawsze mam przeświadczenie, że muzycy nie stracili formy. Songwriting bynajmniej nie szwankuje. Trudno byłoby wskazać utwór ewidentnie nieudany, czy też nad wyraz przeciętny. Mogę nawet stwierdzić, że na przestrzeni lat udało mi się z większością zaprzyjaźnić. Nawet odrzuty z sesji są niezgorsze. Sympatyczna ballada „Vancouver” i dynamiczny „The Day The Light Went Out” nie obniżałyby poziomu żadnej z późniejszych płyt.
Na ,,…and then there were three...’’ nie brakuje urokliwych ballad („Many To Many”, „Undertow”, „Snowbound”). Spróbujmy jednak porównać je z bardziej wysublimowanymi utworami z dwóch poprzednich płyt. „Entangled”, „Mad Man Moon”, „Ripples”, „One For The Vine” i „Blood On The Rooftops” są o klasę lepsze w każdym aspekcie sztuki kompozytorskiej. Podobać mogą się również bardziej dynamiczne kompozycje („Down And Out”, „Ballad Of Big”, „Lady Lies”). Jednak i one, na tle bardziej ekspresyjnych utworów z dwóch wcześniejszych płyt studyjnych, nagle bledną. Aby nie być gołosłownym, skonfrontujmy je choćby z „Dance On A Volcano”, „Los Endos” czy też „Eleventh Earl Of Mar”. Brakuje pozycji naprawdę wybitnych, które mogłyby rościć sobie prawo, aby wejść do kanonu rocka. Jedyną, bez dwóch zdań znakomitą, jest banksowska „Burning Rope”, choć i tak trudno byłoby umieścić ją na tej samej półce z takimi klasykami, jak: : „Supper's Ready”, „The Fountain Of Salmacis”, „The Cinema Show”, „In The Cage”, „Firth Of Fifth” czy „Dancing With The Moonlit Knight”.
Problem albumu polega również na tym, że powstał w wyjątkowo niesprzyjającym okresie dla rocka progresywnego. W owym czasie coraz bardziej dojmujący był fakt, że gatunek jest już passé. Wydanie w 1978 roku kolejnej płyty w stylu „A Trick Of The Tail” czy też „Wind & Wuthering” w istocie byłoby zaprzeczeniem idei rocka progresywnego. Grupa de facto zaczęłaby podążać regresywną ścieżką, uskuteczniając „festiwal powtórek”. Był to czas, gdy twórcy tego nurtu musieli wymyślić siebie na nowo. Niezbędny był nie tylko lifting brzmieniowy, ale także daleko posunięta transformacja stylistyczna. Genesis wybrał drogę, którą najczęściej podążali weterani progrocka. Postanowili znacząco uprościć swój język muzyczny i wtopić się w główny nurt rocka. Zaczęli odkrywać uroki singla, coraz częściej spoglądali w stronę list przebojów, przeprosili się na dobre z formą piosenkową, jednocześnie odłożyli do lamusa epickie formy.
Trzeba przyznać, że przeobrażenie Genesis było wyjątkowo bezkolizyjne. Chyba żaden inny zespół progresywny z taką łatwością i naturalnością nie wkroczył do świata pop music. Możemy oczywiście pomstować, że było to wyrzeczenie się ideałów, akt konformizmu. Niemała część starych fanów zarzucała swoim ulubieńcom, że nagle zaczęli schlebiać masowej publiczności, stąd w czasie trasy „...and then there were three tour..” można było czasami usłyszeć gwizdy w czasie wykonywania „Follow You Follow Me”. Ci, którzy wyrażali swoje niezadowolenie, byli jednak w mniejszości, ponieważ zespół zdobył ogromne rzesze nowych wielbicieli. Czy to się komuś podobało, czy nie – dla Genesis nadchodziły nowe czasy.

Cześć. Przepraszam, że tutaj bo moje pytanie nie dotyczy Genesis. Natomiast jestem autentyczne ciekawy Twojej opinii o tych nowych kapelach typu BCNR, Squid, Black MIDI i cała ta scena windmill, która już chyba padła. Możesz w paru zdaniach odnieść się do tematu? Czy w ogóle słuchałes tych zespołów?
OdpowiedzUsuńSięgałem po albumy zespołów z tego nurtu z zainteresowaniem. Bardzo zachęcające były opinie osób, które znam, ponadto wysokie średnie na progarchives i RYM. Pomimo pozytywnego podejścia, praktycznie za każdym razem scenariusz był identyczny. Nie znalazłem w tej muzyce rewelacji, o której pisali entuzjaści. Z wielkim trudem doszukiwałem się prawdziwej świeżości. Nie dostrzegam w tym nurcie elementów, które byłyby przyczółkami autentycznego postępu i nowych wartości estetycznych. Rozumiem, że mogą się podobać. To w końcu kwestia osobniczych preferencji. W tym kontekście moja opinia nie ma żadnego znaczenia. Nie kupuję jednak tekstów, że mamy tu do czynienia z czymś nowym. Z mojej perspektywy, jest to specyficzny syndrom pseudonowości mocno zanurzony w manierze postmodernistycznej. Najkrócej i najprościej rzecz ujmując - bierzemy na warsztat rozliczne nurty stylistyczne, mieszamy jak w betoniarce. W rezultacie otrzymujemy pstrokaty wywar mocno ociekający eklektyzmem. Nie jest to muzyka totalnie wtórna, nie brakuje w niej ciekawych rozwiązań brzmieniowych, aranżacyjnych, formalnych. Coś oryginalnego czasami się pojawia. Jednak, gdy porównamy dokonania eksponentów tego nurtu z innowatorami z lat 60. i 70. ich kreatywność mocno blaknie. Do tej pory nigdy nie skrytykowałem sceny z Windmill. Nie mam nawet takiej potrzeby. Jestem do niej nastawiony neutralnie. Subiektywnie - muzyka spływa po mnie jak woda po gęsi. Obiektywnie - nie podzielam opinii entuzjastów, jakoby było to coś nowego na muzycznej scenie.
OdpowiedzUsuńSpodziewałem się takiej odpowiedzi.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa mam lepszą opinię o zespołach z Windmill. Oczywiście - nie jest to coś bardzo oryginalnego czy nowatorskiego (bo muzyka opiera się na silnych komponentach zaczerpniętych od Zappy, Can czy Talking Heads - w mniejszym stopniu Crimson czy Mahavishnu), ale słucha mi się ich całkiem fajnie i pewnie sobie kupię ze 2 płyty (na pewno Squid, Black Midi chyba też). I bardzo pozytywne jest, że - co by nie mówić - ambitny rock zdobył taką popularność.
OdpowiedzUsuńTrudno mi natomiast zrozumieć, czemu piewcy gatunku, z którymi dyskutuję - np. Esforty czy Paweł z Pablo Reviews, jednocześnie mają bardzo krytyczny stosunek do płyt z lat 70 opartych na bardzo podobnym "misz-maszowym" podejściu, np. "Romantic Warrior" RTF. Poniekąd "Rycerz" - mimo że złożony z nieco innych komponentów stylistycznych - prezentuje bardzo podobną estetykę - właśnie takiej szalonej (czy jak to trafnie ujął Mahavishnuu - "betoniarkowej:), mozaikowej fuzji przeróżnych - często skrajnie do siebie nie przystających - gatunków- z potokami szesnastkowych rytmów, wirtuozerii, której celem jest czysta wirtuozeria itp. Ot, choćby taki "The Magician" to jest harmonicznie, rytmicznie i estetycznie - wypisz wymaluj Black Midi (różnice dotyczą tylko warstwy brzmieniowej a i to nie tak bardzo). Esforty próbował mi tłumaczyć, że różnica jest taka, że w Black Midi grają natchnieni młodzieńcy - prosto z trzewii, a w RTF - zblazowani gwiazdorzy, którym się nie bardzo chce. Nie przekonał mnie (haha).
Mam identyczną opinię nt Romantic Warrior. Czy byli zblazowani? No może byli, a czy Bill Evans nie był zblazowany grając genialne koncerty ze swoim triem? Co to za argument? Miles był zlblazowany jak skończył grać z Parkerem:)Tam jeszcze wchodziły inne suplementy diety:) A co do Pawła i jego bloga. Facet odleciał. Przeczytaj recenzję plyty Maruja Pain to Power. Facet porównuje jakiś sezonowy koszmarek do RATM i Faith No More oczywiście pisząc później, że nie było to jego zamiarem.Sorry posłuchalem Maruja, to się ma do Rage, a zwłaszcza Faith No More jak Cociaretto do Igi Świątek...!!! Jak będziesz miał chwilę to odnieść się proszę do tematu o ile znajdziesz czas na posłusachanie nowego LED Zeppelin wg Pawła:)
UsuńJeszcze jedno. Pisałem już to tutaj mam nadzieję, że gospodarz potwierdzi i może włączy się do dyskusji. Kiedyś Leśniewski pisał, że Out of Focus to takie Colosseum tylko mają więcej pary .. Dziś Pablo pisze, że Maruja ma więcej pary niż RATM i F N M razem. I tak się zastanawiam być może każde pokolenie chcevmieć swoje Zeppelin, Sabbath i Purlpe? Bo merytorycznie nie potrafię tego wytłumaczyć..
UsuńNawet gdybym dysponował nadmiarem czasu, nie chce mi się słuchać kolejnych wersji Led Zeppelin.
UsuńA propos opinii Pawła. Jeśli nie zgadzasz się z jego opiniami, napisz polemikę na jego blogu. Gospodarz z pewnością odniesie się do twoich uwag. Jeśli nie zgadzam się z tym, co napisze, robię wpis na jego blogu. Pisanie w innym miejscu nie byłoby właściwe.
Ha. Próbowałem. Niestety nie toleruje opinii lekko odbiegających od jego postrzegania muzyki. Okbnie mam z tym problemu
Usuń„Esforty próbował mi tłumaczyć, że różnica jest taka, że w Black Midi grają natchnieni młodzieńcy - prosto z trzewii, a w RTF - zblazowani gwiazdorzy, którym się nie bardzo chce”.
OdpowiedzUsuńZdecydowanie nie zgadzam się z tego typu argumentacją. W istocie jest to próba zobiektywizowania swojego subiektywizmu. Na jakiej podstawie doszedł do takiego przeświadczenia? Przeczytał to w wywiadzie z Coreą lub innym członkiem Return To Forever? No chyba jednak nie. Mamy tu do czynienia z supozycjami nie opartymi na faktach, ale własnych wyobrażeniach. Skąd założenie, że muzycy ze sceny Windmill są autentyczni? Można to jakoś obiektywnie zweryfikować, czy znowu mamy do czynienia z przypuszczeniami? Opinia to nie fakt. Black Midi to na tle Return To Forever natchnieni młodzieńcy? Gdy klasycy fusion nagrywali „Romantic warrior” Al Di Meola miał 22 lata. Stanley Clarke i Lenny White kilka więcej. Tego, że „ nie bardzo im się chce” nie warto nawet komentować.
Dziwnym zbiegiem okoliczności czasami ludzie, oceniając negatywnie jakiś album, przypisują artystom różne niewłaściwe, czasami nawet niecne działania. W przypadku płyt, które darzą sympatią, kryteria ulegają zmianie. To, co w kontekście nielubianego albumu uwierało, teraz można przedstawić z innej perspektywy. Czasami jest to subiektywne, czy wręcz egocentryczne podejście do tematu. W grę mogą wchodzić również podwójne standardy. Naszym ulubieńcom wolno więcej. Najprościej oczywiście napisać, że dany album jest słaby, nudny, rozczarowujący. Tego typu argumentacja jest mocno kaleka, ponieważ nie mówi nam nic o albumie. Dowiadujemy się tylko, jaka jest opinia podmiotu na jego temat. Powyższe zjawisko to fragment większej całości. Jeśli do tego typu argumentów odwołuje się anonim w necie, nie ma się czym przejmować. Nie można wymagać od każdego zniuansowanej merytorycznej analizy. Problem w tym, że tego typu argumenty pojawiają się notorycznie w krytyce rockowej. Nie chodzi tylko o trzeciorzędnych autorów, ale także postacie, które są uważane za kwiat dziennikarstwa muzycznego. A propos anonima - to nie Esforty, jego znam i szanuję, choć z powyższą argumentacją nijak nie mogę się zgodzić.
Jeśli chodzi o scenę Windmill mam dokładnie takie samo zdanie jak szanowny Autor bloga. Nie ma w tej muzyce dla mnie nic co wybija się ponad przeciętność, aczkolwiek można w niej dostrzec pewne atuty i ciekawe rozwiązania muzyczne, które jednak nie są zbyt nowatorskie. Jednak dziś w muzyce trudno już cokolwiek nowatorskiego stworzyć. Wolę dobrze zrobioną wtórność niż silenie się na mało udane nowatorstwo. Chociaż z przyjemnością wysłuchałem debiutu Black Country, New Road - to naprawdę dobra płyta. Druga również. Szkoda, że charyzmatyczny wokalista pożegnał tę grupę...
OdpowiedzUsuńEsforty słynie z zaskakujących porównań i skojarzeń (zresztą zazwyczaj trafnych i bardzo oryginalnych). Cała jego wypowiedź brzmiała tak:
OdpowiedzUsuń"RTF z okresu Romantic Warrior to już była raczej tylko praca: przychodzimy na ósmą i o szesnastej spadamy, po drodze 2-3 cygaret-pauzy i jutro się dokończy- taka lekko złośliwa metafora :wink:
Podczas kiedy Cavalcade to jest odwaga, pasja i brawura... z takimi aspektami nic nie wygra w sztuce".
Czyli chyba sens wypowiedzi oddałem akuratnie i bez manipulacji - nawet jeśli własnymi słowami.
Oczywiście wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia skażeni tymi podwójnymi standardami - nie ma na to rady. Ja też stosuję taryfę ulgową wobec swoich ulubieńców (czasem nawet nieświadomie), a kiedy wypowiadam się na temat muzyki niezbyt lubianej - włączam nadmierny krytycyzm.
"Nie ma w tej muzyce dla mnie nic co wybija się ponad przeciętność, aczkolwiek można w niej dostrzec pewne atuty i ciekawe rozwiązania muzyczne, które jednak nie są zbyt nowatorskie".
OdpowiedzUsuńZ tym się nie zgodzę - poziom skomplikowania aranży czy rytmiki jest zdecydowanie powyżej rockowej przeciętnej.
@okechukwu
OdpowiedzUsuńWstydziłbyś się porównywać RTF do jakichś punkowców! "Romantic Warrior" jest raczej jak Yes, tylko grane przez znacznie lepszych muzyków.
Haha - porównywałem eklektyczność, "misz-maszowość" i epatowanie woltami rytmicznymi i harmonicznymi na przestrzeni paru taktów. Tutaj podobieństwa uważam, że są i to spore. Technicznie oczywiście inna półka, ale RTF to w ogóle najwyższy techniczny level, jaki można sobie wyobrazić w muzyce popularnej.
OdpowiedzUsuń"Romantic Warrior" jest raczej jak Yes, tylko grane przez znacznie lepszych muzyków.
OdpowiedzUsuńNo nie do końca- abstrahując już od tego, że w Yes zawsze istotna była strona wokalna, której na "Rycerzu" brak, to Yes - jak na standardy rocka progresywnego preferowało kolektywne granie, bez nadmiernie rozbudowanych solówek i bez popisów kosztem struktury/aranżacji utworu. Dlatego uważam, że bardziej odpowiednią analogią dla Rycerza jest ELP (zwłaszcza z okresu Brain Salad).
Przed laty napisałem do „Lizarda” obszerny esej poświęcony Return To Forever. Trafiłem wtedy na recenzję „Romantic warrior” pióra Roberta Christgaua. Jego skojarzenia były podobne jak kolegi okechukwu. Samozwańczy papież amerykańskiej krytyki rockowej, a jakże, zglanował album. Grę muzyków opisał krótko - popis olśniewającej próżni. Wedle niego na album trafiły nadęte, pseudoklasyczne kompozycje”, które łączą najgorsze cechy jazz-rocka i rocka progresywnego na modłę Emerson, Lake & Palmer. „Romantic warrior” dostał D+, czyli dwóję z plusem. Typowy Christgau. Pomny jego wcześniejszych recenzji, nie liczyłem na zniuansowane podejście do tematu.
OdpowiedzUsuńTo proponuję poczytać opinie Roberta Christgau nt 1 płyty Crimson . Muzak:) To był i jest beton
Usuń@okechukwu
OdpowiedzUsuńKrytycy zazwyczaj zestawiają "Hymn of the Seventh Galaxy" z "Tales from Topographic Oceans" oraz "Duel of the Jester and the Tyrant" z "King Arthur and the Knights of the Round Table" Wakemana, stąd moje porównanie do Yes. Z ELP trochę nie bardzo to widzę - Clarke vs Lake, to nie ma sensu...
@Astralna Odyseja Muzyczna
Z papieżami tak to już jest, szczególnie tymi samozwańczymi, Jan XXII też polifonii nie lubił. Kill Yr Idols!
Clarke vs Lake może i nie ma, ale Corea vs Emerson i White vs Palmer - jak najbardziej. Poza tym taka "Druga Impresja" ELP spokojnie mogłaby się znaleźć na "Rycerzu"- praktycznie bez żadnych zmian - a z utworami Yes czy "Rycha" - tak nie jest - trzeba by je mocno przearanżować.
OdpowiedzUsuńPalmer miał problemy z trzymaniem tempa (vide "Tarkus") i jego koncertowe solówki wyglądają na wyuczone. White to jeden z bardziej technicznych perkusistów, łatwo wygrywa w tym zestawieniu. Nie wydaje mi się, żeby cała "Druga Impresja" pasowała na płytę RTF, utwory fusion są bardziej niejednoznaczne harmonicznie.
UsuńPalmer miał problemy z trzymaniem tempa (vide "Tarkus") Dobre. Dawno się tak nie ubawiłem:) Sorry muszę ale czasem też mam ten sam problem.
UsuńNie jestem ekspertem od gry od perkusji - ale aż tak krytyczna opinia o Palmerze wymaga -jak mi się wydaje - solidnej eksperckiej wiedzy w temacie.
OdpowiedzUsuńCorea miał bajeczną technikę pianistyczną i tutaj niewielu mogło mu dorównać, ale Emerson miał swoje atuty - w grze na syntezatorach i organach. Nie wydaje mi się, aby Karn Evil 9 było harmonicznie mniej zaawansowane niż utwory z "Rycerza"- nuty tego nie potwierdzają.
Palmer wyrastał z tradycji filharmonicznej, więc mógł mieć przygotowane solówki- to normalne. Na forum FD działał kiedyś aktywnie perkusista z bardzo dobrym przygotowaniem (praktycznym i teoretycznym ) - Drummer i - z tego co pamiętam - pisal, że technicznie Palmer był bezbłędny.
OdpowiedzUsuńNie no, Palmer gorszy od White'a? To chyba żart. Cenię obydwóch, ale grają zupełnie inaczej. Zresztą porównywać to można perkusistów, którzy grali w tych samych kapelach...np. White'a z Brufordem. ELP to zupełnie inny rodzaj rocka progresywnego niż Yes i Carl Palmer idealnie tu pasował. Ciekaw jestem jakby się odnalazł White np. na Brian Salad Surgery.
OdpowiedzUsuńJa myślę, że White odnalazłby się spokojnie np. na Karn Evil 9 - nadałby temu utworowi jeszcze większy feeling i pewną lekkość (której momentami brakuje). Nie jestem pewien, czy jego styl pasowałby natomiast do Jerusalem i Toccaty - gdzie wymagana jest klasyczna precyzja i rygor. Palmer na "Romantic Warrior" też dałby radę - byłoby na pewno znacznie mniej luzu i funku, przez co muzyka brzmiałaby sztywniej, ale niektóre efekty orkiestrowe - np. The Magician mogłyby zabrzmieć potężniej (i w sumie ciekawiej). Tak to widzę - jako laik w temacie perkusji (nigdy nie grałem na tym instrumencie).
OdpowiedzUsuńCo nie zmienia faktu - że na Romantic Warrior ten luz podczas grania arcyskomplikowanych rzeczy jest powalający (i dotyczy całej czwórki). Dlatego najbardziej bzdurnym, wyssanym z palca zarzutem wobec albumu jest rzekome "nadęcie" itd. Czepiać można się jedynie warstwy brzmieniowej (np. syntezatorów).
OdpowiedzUsuńNatomiast pianistycznie "Rycerz" jest akurat płytą bardzo pod "Emersona" (a nie np. Wakemana) - dużo trudnych linii lewej ręki, szybkie tempa, staccata w oktawach (jak w tytułowym) - to wszystko Emerson grał bardzo dobrze- a jednocześnie brak tam tego, co mu najlepiej nie wychodziło (np. szybkich, klasycznych arppegiów przez całą klawiaturę). No oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że jest tam sporo Fendera, którego Emerson chyba nie lubił (no bo na nim praktycznie nie grał).
OdpowiedzUsuńChick na Brain Salad by poszalał - skoro puszczamy wodzę fantazji.
Sorry, ale takie dywagacje są bez sensu, bo nie wiemy jak zagrałby ktoś w grupie, w której nigdy nie grał. Można jedynie porównywać muzyków, którzy w niej grali.
OdpowiedzUsuńDla jednego są bez sensu, dla drugiego nie - zależy od tego, czy ktoś ma bardziej czy mnie spekulatywny umysł. Są różne - czasem wybitne dzieła podejmujące tematy, co "by było gdyby" odnoszące się do biografii i dzieł kompozytorów klasycznych - np. "Doktor Faustus" Manna czy sztuka "Kolacja na cztery ręce" o fikcyjnym spotkaniu Handla z Bachem czy dzieła Carpentiera ("Koncert barokowty"). Także na miarę swoich skromnych możliwości możemy i my pospekulować na temat ewentualnej obecności muzyków ELP w składzie RTF i vice versa- bo niby czemu nie?
OdpowiedzUsuńWhite jest niesamowicie szybki i do tego leworęczny, nie jestem pewien, czy Palmer byłby w stanie tak dobrze poradzić sobie na "Medieval Overture" (koncertowe wykonanie jest jeszcze bardziej brawurowe https://www.youtube.com/watch?v=XjOYscEN6Qc). Nie wiem, czy Corea chciałby grać "Karn Evil 9", na tę melodię opartą na dwóch dźwiękach pewnie by wybrzydzał.
OdpowiedzUsuń"Romantic Warrior" ma zła sławę pewnie głównie z powodu upodobania Chicka do podobnej baśnionej dziecinady jak w przypadku Yes (i scjentologicznego idiotyzmu). I jest jeszcze to komiczne upodobanie do szybkich unisonów właściwe dla fusion, ale tu i Mahavishnu powinno być za to krytykowane.
"Nie wiem, czy Corea chciałby grać "Karn Evil 9", na tę melodię opartą na dwóch dźwiękach pewnie by wybrzydzał".
OdpowiedzUsuńAle to mówisz o melodii głównego tematu wokalnego, no która - co tu dużo mówić - faktycznie jest dość prostacka. Poza tym Karn Evil 9 to kawał ciekawego pianistycznie grania.
Podstawowy zarzut odnośnie "Rycerza" to jednak tzw. epatowanie pustą wirtuozerią (czyli m.in. te unisona, ale nie tylko), czego w większości nie kupuję, bo po to jest się wirtuozem, żeby nią epatować.
@ JD
OdpowiedzUsuńCarl Palmer kontra Lenny White? Pojedynek gigantów. Tyle że to jednak inne muzyczne światy, dlatego trudno jest porównywać. Obydwaj mają fenomenalną technikę. Palmer również jest piekielnie szybki. Widać i słychać to nie tylko w solówkach. White jest z pewnością lepszym improwizatorem. Nawet rozbudowane kompozycje ELP mają dość ściśle wykoncypowaną architektonikę. Świadczą o tym również wersje koncertowe kompozycji. Bywają jednak wyjątki. Przewagę Palmera widziałbym na polu inwencji sonorystycznej. W dziedzinie twórczego poszukiwania nowych brzmień Palmer bywał innowatorem. Przede wszystkim kłania się „Toccata” z „Brain Salad Surgery”. Intrygujący, pionierski przykład wykorzystania Mooga 1130 - coś na kształt syntezatora perkusyjnego.
Gdy usłyszałem ten utwór po raz pierwszy, byłem przekonany że partie Palmera to syntezator Mooga Emersona. Nie przypominam sobie żadnych nagrań White’a, w których wyczarowałby coś zupełnie nowego w tej sferze.
@ JD
OdpowiedzUsuń„Romantic Warrior" ma zła sławę pewnie głównie z powodu upodobania Chicka do podobnej baśnionej dziecinady jak w przypadku Yes (i scjentologicznego idiotyzmu). I jest jeszcze to komiczne upodobanie do szybkich unisonów właściwe dla fusion, ale tu i Mahavishnu powinno być za to krytykowane”.
Niektórych, zwłaszcza jazzowych ortodoksów, drażnią brzmienia syntezatorowe. Inni w tym czasie wypominali Corei komercjalizację. W wywiadach z muzykiem w połowie lat 70. często powraca ten wątek. Pianista broni się podając różne argumenty. Również wywiedzione ze scjentologii (np. potrzeba komunikatywności). A propos scjentologii. Myślę, że ten wątek jest co najwyżej drugorzędny. Scjentologią znacznie bardziej epatowały dwa pierwsze albumy Return To Forever, które miały lepszą prasę. Neville Potter, który napisał teksty na wspomniane albumy, był również mocno zaangażowany w scjentologię. Nie jest kwestią przypadku, że nasycał liryki ideami i metaforami opartymi na naukach L. Rona Hubbarda. Neoficka nadgorliwość Corei była jedną z głównych przyczyn rozpadu oryginalnej inkarnacji bandu. Flora Purim i Airto Moreira wspominali w wywiadach o natrętnym „religianctwie” Corei, który starał się indoktrynować członków zespołu. Zwykł na przykład przynosić na próby teksty Hubbarda. Stanleya Clarke’a zdołał namówić, natomiast frakcja brazylijska była negatywnie nastawiona do tych koncepcji. Joe Farrell, w obliczu ognistych polemik światopoglądowych, przybrał postawę indyferentnego obserwatora.
@ okechukwu
OdpowiedzUsuń„Podstawowy zarzut odnośnie "Rycerza" to jednak tzw. epatowanie pustą wirtuozerią (czyli m.in. te unisona, ale nie tylko), czego w większości nie kupuję, bo po to jest się wirtuozem, żeby nią epatować”.
Nie da się ukryć, że niektórzy mają na tym punkcie obsesję. Niejednokrotnie krytyka wirtuozerii jest wręcz absurdalna. W latach 70., szczególnie na łamach „New Musical Express”, niejednokrotnie „złej” i pozerskiej wirtuozerii wykonawców z kręgu rocka progresywnego przeciwstawiano szczerych, autentycznych grajków punkowych. Czytając tego typu przemyślenia nieraz można było dojść do przekonania, że muzyczny analfabetyzm jest czymś pozytywnym. Ot, jeszcze jeden przykład nadgorliwości i niepotrzebnej ideologizacji muzyki.
W kontekście wirtuozerii warto przywołać stary spór z pierwszej połowy XIX wieku i jakże kontrowersyjny wówczas styl brillant. Trzeba umieć dostrzegać różnicę między Lisztem a choćby Sigismundem Thalbergiem. W wirtuozerii nie ma nic złego. Ba, nierzadko jest czymś fascynującym. Mamy wszak możność podziwiać nieprzeciętne umiejętności artystów. Wirtuozerię można krytykować wtedy, gdy staje się pustym popisem, przerostem formy nad treścią. W takim przypadku wykonawca zapomina o treści i kompozytorskim métier. Przesadnie eksponuje swoje walory techniczne, czasami wręcz sugerując, że potrafi więcej niż w rzeczywistości.
"White jest niesamowicie szybki i do tego leworęczny, nie jestem pewien, czy Palmer byłby w stanie tak dobrze poradzić sobie na "Medieval Overture" "
OdpowiedzUsuńPalmer jest szybszy i bardziej precyzyjny. White bardziej uniwersalny i dlatego pasuje do Yes, a Palmer do ELP. Cozy Powell grał podobnie jak Palmer, dlatego zagrał na jednej płycie ELP, na której nie mógł zagrać Palmer, ;-)
Jak już tak porównujemy - z mojej perspektywy, Powell jest o klasę słabszy od Palmera. Lepiej sprawdza się w hard rocku. Palmer jest lepszy technicznie, bardziej finezyjny. Na „Emerson, Lake & Powell” aż tak bardzo to nie doskwierało, bo muzyka tria nie była już tak wyrafinowana, jak w latach 70. Palmer w latach 80. mocno uprościł granie. Nie tylko na płytach Asia. Słychać to dobrze na „To The Power Of Three”. Nie inaczej było w kolejnej dekadzie - „Black Moon” i „In The Hot Seat”. W siermiężnej adaptacji prokofiewowskiego Romeo and Juliet” gra niemal jak Powell.
OdpowiedzUsuń@soundchaser
OdpowiedzUsuńRaczysz żartować! Tu masz przykład jak Palmer potrafi zepsuć nawet prosty groove:
https://www.youtube.com/watch?v=wRHfU0VJSMM
Poza tym White, o którym dyskutujemy to Lenny White, a nie Alan White!
UsuńSorry ;-) Cały czas myślałem, że piszecie perkusiście Yes.
OdpowiedzUsuńProblem stosunku krytyków rockowych do wirtuozerii jest ciekawy, z jednej strony obrywają za nią grupy prog rockowe, a z drugiej nie słychać podobnych narzekań w stosunku do grupy Cream. Może bardziej przesterowana wersja utworów RTF znalazła by i w ich oczach? Już od początków rock'n'roll był kojarzony z przestępczością i przemocą gangów, może więc chodzi o tę agresję i konfrontacyjność? Byłaby to więc estetyka zupełnie przeciwna tej charakterystycznej dla BAM, która ceni brzmieniową miękkość i rytmiczne wyrafinowanie. Czy więc za tą postawą nie kryje się rasizm, który tak dobrze zazwyczaj wyjaśnia wiele pozornie niezrozumiałych zjawisk amerykańskiej rzeczywistości?
OdpowiedzUsuńWg mnie nie tyle "miękkość" vs "agresja" jest tu problemem- ale raczej paradygmat, że rock nie może się łączyć z muzyką klasyczną - to jest taki fetysz krytyki.
OdpowiedzUsuńAle przecież The Beatles temu zaprzecza!
Usuńhttps://www.youtube.com/watch?v=wRHfU0VJSMM
OdpowiedzUsuńTzn Palmer ewidentnie nie trzyma tu stałego tempa - przyspiesza i zwalnia, ale w sumie przez to utwór staje się ciekawszy niż gdyby grał równo (bo wtedy wyszedłby typowy AOR-owy "kwadrat").
No Beatlesi to Beatlesi - to specjalny band (poza tym do klasyki odwoływał - specyficznie - w ramach piosenki).
Wątki dotyczące wirtuozerii, syntezy rocka z klasyką i tzw. autentyczności czasami ujawniają hipokryzję i doktrynerstwo krytyków rockowych. Cream to dobry przykład. Przede wszystkim jego koncertowe wcielenie. W wirtuozerii Claptona, Bruce’a i Claptona nie było nic zdrożnego. Znowu wychodzi na to, że ulubieńcom wolno więcej. Nie inaczej jest z patosem. Wykonawcom, których nie darzy się sympatią, wyrzuca się pretensjonalność, nadmierną koturnowość (częsty przypadek to ELP). Dziwnym zbiegiem okoliczności tym samym osobom nie przeszkadzają tony patosu, choćby na niektórych płytach Dead Can Dance. Nie inaczej jest w przypadku syntezy rocka z klasyką. Gdy uskutecznia to ELP, muzykom imputuje się, że pozują na kompozytorów klasycznych. W przypadku Magmy jest już inaczej. W istocie jest to przykład podwójnych standardów.
OdpowiedzUsuńCzy w transmutacji prajazzu i właściwego jazzu było coś złego? Dobre przykłady to ragtime i third stream. Niejednokrotnie dochodziło w nich do syntezy muzyki afroamerykańskiej z elementami kultury wysokiej. Third stream to wręcz referencyjny punkt odniesienia na tym polu. W łączeniu kultury popularnej z wysoką nie ma nic zdrożnego. Dogmatyczny opór jest wręcz czymś absurdalnym. Istotna powinna być jakość owej fuzji, a nie sam fakt, że ktoś poważył się na tego typu działalność. Synteza często wzbogacała i dynamizowała rozwój danego gatunku. Rock jest tego wymownym przykładem.
OdpowiedzUsuńMuzyków z kręgu rocka progresywnego niejednokrotnie karcono za brak autentyzmu, odejście od wzorców pewnej specyficznej plebejskości, która jest immanentną cechą rockowej estetyki. Sukcesy komercyjne miały oczywiście ów brak autentyzmu jeszcze pogłębić. Ciekawie odniósł się do tej kwestii Edward Macan, który w swojej ,,Rocking The Classics” zauważył: ,,Podejrzenia krytyków wobec zespołów cieszących się komercyjnym powodzeniem znowu zdają się brać z ich innego rozumienia pojęcia ‘autentyczności’. Krytycy nigdy w sposób satysfakcjonujący nie wyjaśnili, jak to ich wcześniejszym ulubieńcom (The Beatles, The Rolling Stones, Bob Dylan) udało się zachować ‘autentyczność’ przy sprzedawaniu dziesiątków milionów płyt”.
Hej. Masz tutaj 47 wpis chyba to moja zasługa... Oczekiwiał bym głupiego dziękuję....Ale zamiast o średniowiecznej polifonii napisz żetelną recenzją joshua three może wtedy takie buce jak Pablo coś zrozumieją ok ?
OdpowiedzUsuńPanie Mike'u, delikatnie rzecz ujmujac bardzo niegrzeczne jest dopominać się o podziękowania (w sumie nie ma Pan dowodu, że dyskusja rozwinęła się za Pana przyczyną). Moze zamiast słowa na g, które użył Pan w innym poście porposimy Pana o komentarz do wykonania przez Hilliard Ensemble "Veridunt omnes" Perotina i jak się ono ma do odczytania Davida Munrowa?
OdpowiedzUsuńAutorze niezwykle interesującego bloga, przepraszam za offtopic.
Hajduk.
Ok masz rację przeprosiłem i napisałem niżej ... Co do Hilliard Ensemble nie będę się odnosił bo za ten sarkazm po prostu dostałby pan w pysk. Tyle w temacie. Żegnam
UsuńWiesz co, Mick, to nie mój blog, ale wypadałoby jednak - choćby z szacunku dla Gospodarza - zastanowić się, zanim się coś napisze.
OdpowiedzUsuńOk masz rację tylko że wiesz piszę z krakowskiego szpitala podobno niewiele mi już zostało .. Więc się zradykalizowalem, ale ok masz rację przepraszam i Ciebie i gospodarza. Nie jest moją zasługą że blok umarł a tu nagle 47 wpisów . Serio. Mam to w dupie bardziej martwi mnie że nie zdąże posłuchać tych płyt....ale ok
OdpowiedzUsuńNo nic się nie stało. Trzymaj się!
OdpowiedzUsuń@ Mick
OdpowiedzUsuńApeluję, abyś zaprzestał ataków personalnych. To niczemu nie służy. We wcześniejszych wpisach niejednokrotnie udowodniłeś, że potrafisz pisać merytorycznie. Trzymajmy się pozytywnego wariantu. Życzę zdrowia!