9.05.2026
Dalszy ciąg rozważań na temat dziewiątego albumu studyjnego Genesis. Obecnie ,,…and then there were three...’’ nie wzbudza już większych emocji, jednak w 1978 roku w gronie progresywnej braci nieźle iskrzyło. Czy muzycy autentycznie zapragnęli dokonać liftingu stylistycznego, bowiem dalsze granie na modłę progresywną de facto byłoby czymś regresywnym? A może jednak zapragnęli dorwać się do konfitur? W grę mogły wchodzić obydwa warianty plus wiele innych czynników i uwarunkowań.
PERSPEKTYWA Z DWÓCH STRON BARYKADY
W drugiej części eseju skupiłem się głównie na wskazaniu różnych mankamentów wydawnictwa. Rzecz jasna, uwagi miały charakter czysto subiektywny. To, co dla jednego jest zaletą, dla innego może być wadą. W grę wchodziły głównie zarzuty natury konceptualnej. Po prostu, słuchając tej płyty mam nieodparte wrażenie, że mogłaby zabrzmieć lepiej, gdyby nieco inaczej zestawiono jej muzyczne ingrediencje. Nie oznacza to oczywiście, że jest pozbawiona pozytywnych elementów. Jak na standardy pop rocka czy też soft rocka jest, bez mała, znakomita. Uważam jednak, że zespół z takim potencjałem mógł pokusić się o nagranie materiału o większym ciężarze gatunkowym. Słuchając „...and then there were three...” zawsze mam przeświadczenie, że muzycy nie stracili formy. Songwriting bynajmniej nie szwankuje. Trudno byłoby wskazać utwór ewidentnie nieudany, czy też nad wyraz przeciętny. Mogę nawet stwierdzić, że na przestrzeni lat udało mi się z większością zaprzyjaźnić. Nawet odrzuty z sesji są niezgorsze. Sympatyczna ballada „Vancouver” i dynamiczny „The Day The Light Went Out” nie obniżałyby poziomu żadnej z późniejszych płyt.
Na ,,…and then there were three...’’ nie brakuje urokliwych ballad („Many To Many”, „Undertow”, „Snowbound”). Spróbujmy jednak porównać je z bardziej wysublimowanymi utworami z dwóch poprzednich płyt. „Entangled”, „Mad Man Moon”, „Ripples”, „One For The Vine” i „Blood On The Rooftops” są o klasę lepsze w każdym aspekcie sztuki kompozytorskiej. Podobać mogą się również bardziej dynamiczne kompozycje („Down And Out”, „Ballad Of Big”, „Lady Lies”). Jednak i one, na tle bardziej ekspresyjnych utworów z dwóch wcześniejszych płyt studyjnych, nagle bledną. Aby nie być gołosłownym, skonfrontujmy je choćby z „Dance On A Volcano”, „Los Endos” czy też „Eleventh Earl Of Mar”. Brakuje pozycji naprawdę wybitnych, które mogłyby rościć sobie prawo, aby wejść do kanonu rocka. Jedyną, bez dwóch zdań znakomitą, jest banksowska „Burning Rope”, choć i tak trudno byłoby umieścić ją na tej samej półce z takimi klasykami, jak: : „Supper's Ready”, „The Fountain Of Salmacis”, „The Cinema Show”, „In The Cage”, „Firth Of Fifth” czy „Dancing With The Moonlit Knight”.
Problem albumu polega również na tym, że powstał w wyjątkowo niesprzyjającym okresie dla rocka progresywnego. W owym czasie coraz bardziej dojmujący był fakt, że gatunek jest już passé. Wydanie w 1978 roku kolejnej płyty w stylu „A Trick Of The Tail” czy też „Wind & Wuthering” w istocie byłoby zaprzeczeniem idei rocka progresywnego. Grupa de facto zaczęłaby podążać regresywną ścieżką, uskuteczniając „festiwal powtórek”. Był to czas, gdy twórcy tego nurtu musieli wymyślić siebie na nowo. Niezbędny był nie tylko lifting brzmieniowy, ale także daleko posunięta transformacja stylistyczna. Genesis wybrał drogę, którą najczęściej podążali weterani progrocka. Postanowili znacząco uprościć swój język muzyczny i wtopić się w główny nurt rocka. Zaczęli odkrywać uroki singla, coraz częściej spoglądali w stronę list przebojów, przeprosili się na dobre z formą piosenkową, jednocześnie odłożyli do lamusa epickie formy.
Trzeba przyznać, że przeobrażenie Genesis było wyjątkowo bezkolizyjne. Chyba żaden inny zespół progresywny z taką łatwością i naturalnością nie wkroczył do świata pop music. Możemy oczywiście pomstować, że było to wyrzeczenie się ideałów, akt konformizmu. Niemała część starych fanów zarzucała swoim ulubieńcom, że nagle zaczęli schlebiać masowej publiczności, stąd w czasie trasy „...and then there were three tour..” można było czasami usłyszeć gwizdy w czasie wykonywania „Follow You Follow Me”. Ci, którzy wyrażali swoje niezadowolenie, byli jednak w mniejszości, ponieważ zespół zdobył ogromne rzesze nowych wielbicieli. Czy to się komuś podobało, czy nie – dla Genesis nadchodziły nowe czasy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz