26.04.2026
Jak to jest z tym albumem? Na przestrzeni lat spotykałem się z różnymi narracjami. Dla jednych ,,…and then there were three...’’ był przykładem radykalnej wolty stylistycznej, inni akcentowali ewolucyjny proces transformacji. Jedno nie ulega wątpliwości. Płyta odniosła ogromny sukces komercyjny. Dla muzyków był to kolejny impuls świadczący o tym, że uproszczenie formuły ma swoje plusy.
BŁĘDY KONCEPTUALNE?
Oto zaczyna się pop rockowy okres w historii zespołu. Przez wielu ,,…and then there were three...’’ jest ceniony znacznie mniej niż jej poprzednik „Wind & Wuthering” (1976). Czy faktycznie jest świadectwem kryzysu twórczego? Myślę, że problem polegał jednak na czymś innym. Przecież po 1977 roku zespół nie stracił nagle weny twórczej. Nie można zapominać o tendencjach rozwojowych ówczesnej sceny muzycznej. Od 1977 roku rockowy świat nie był już taki sam. Z jednej strony wzbierała fala disco, z drugiej napierała punkowa nawałnica. Prasa brytyjska w niemałym stopniu straciła sympatię dla twórców spod znaku rocka progresywnego i w coraz bardziej zjadliwym tonie przedstawiała ich poczynania. W tej sytuacji Genesis musiał dokonać stylistycznej transformacji, aby nie znaleźć się na peryferiach życia muzycznego. Wybrał chyba jednak najłatwiejszą i najbardziej bezpieczną drogę. Wykazał się przy tym niewątpliwą elastycznością, potrafiąc szybko zmienić swoje oblicze, łatwo adaptując się do nowych czasów. W jakim stopniu była to naturalna ewolucja, a w jakim akt konformizmu, to już inna sprawa.
„…and then there were three...” pokazywał, że grupa ciągle jest w dobrej dyspozycji. Wiele utworów było świadectwem tego, że artyści nie zatracili umiejętności pisania chwytliwych melodii. Problem polegał jednak na tym, że jakby zapomnieli o tym, co było ich najmocniejszą stroną. Repertuar środków wyrazu został ograniczony. Staje się to dojmujące, gdy zestawimy bohatera eseju z dokonaniami z lat 1970-1976. Małe urozmaicenie kompozycji w warstwie formalnej oraz nastawienie się na ich „piosenkowy” charakter sprawiło, że muzyka stała się zdecydowanie bardziej konwencjonalna i przewidywalna. Jakby ulotniła się, tak typowa dla Genesis, umiejętność stopniowego budowania napięć, kulminacji i odprężeń. Jeśli nawet się pojawiają, to nie mają już tej siły wyrazu, jak drzewiej bywało.
Szkoda, że na album nie trafił żaden utwór instrumentalny. Jest to jeszcze jeden element sprawiający, że płyta ma zbyt jednorodny charakter, co może rodzić wrażenie pewnej monotonii. Faktura instrumentalna kompozycji stała się bardziej uboga. Na pewno wynikało to po części z tego, że na albumie zabrakło Steve’aHacketta. Z całym szacunkiem dla Mike' a Rutherforda, ale niestety nie jest to gitarzysta tej klasy, co Hackett, dlatego jego strata była niepowetowana. W owym czasie w czasie sesji nagraniowych Rutherford nie czuł się zbyt pewnie w swojej nowej roli. Dlatego nie dziwi fakt, że jego partie gitarowe zostały schowane na drugim planie. Niepodzielnie dominują silnie wyeksponowane keyboardy Banksa . Brak wsparcia ze strony innych instrumentów sprawia, że płyta robi się nieco monochromatyczna. Brakuje charakterystycznych partii gitar akustycznych i dwunastostrunowych, które wzbogacały tkankę brzmieniową kompozycji. Ponadto zaczynają pojawiać się specyficzne ,,klisze dźwiękowe’’, co były słyszalne już na „Wind & Wuthering” . Na wcześniejszym wydawnictwie nie stanowiło to jeszcze problemu, gdyż nagrany materiał prezentował wysoką klasę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz