27.05.2026
56-60
Kolejny segment płyt z tego rocznika został zdominowany przez solistów. Każdy z nich to inna stylistyczna kraina. Wszystkie są wymownym świadectwem tego, z jak mocnym rocznikiem mamy do czynienia.
60. Peter Hammill – Chameleon In The Shadow Od The Night
„Chameleon In The Shadow Od The Night” to jeden z tych albumów, który mógł wcale nie powstać. Jeszcze wiosną 1972 roku muzycy Van der Graaf Generator mieli inne plany. W owym czasie zespół wstępnie zaczął rozmyślać o nagraniu kolejnego albumu. Prawdopodobnie nastąpiłoby to gdzieś na przełomie 1972 i 1973 roku. Historia potoczyła się jednak inaczej. Wielu fanów było niepocieszonych, gdy w sierpniu 1972 roku dość niespodziewanie zespół dokonał żywota. Przez następne 28 miesięcy jego lider skupił się w pełni na działalności solowej. Zamiast nowej płyty Van der Graaf Generator, wiosną 1973 roku światło dzienne ujrzał kolejny solowy album Petera Hammilla. Z perspektywy czasu można uznać go za jedno z największych osiągnięć w jego dorobku. Gdyby ktoś spytał mnie, jaki jest mój ulubiony utwór tego artysty, biorąc pod uwagę tylko nagrania zrealizowane na płytach solowych, bez zastanowienia wymieniłbym „(In The) Black Room/The Tower”. Niemal zawsze, gdy do niego powracam, zastanawiam się, jaki ostateczny kształt przybrałby w wersji na płycie Van der Graaf Generator. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma się nad czym zastanawiać, bo przecież na płycie Hammilla jest wykonywany przez wszystkich członków zespołu - de facto jest to więc Van der Graaf Generator. Trzeba jednak pamiętać, że Hammill miał zasadę, iż nieco inaczej przygotowywał materiał na swoje płyty solowe i zespołu. Firmowane własnym nazwiskiem przybierały zazwyczaj bardziej kameralny kształt, miały prostszą konstrukcję, znacznemu ograniczeniu ulegały partie instrumentalne, ponadto były bardziej podporządkowane sferze tekstowej. Gdyby cała płyta była na poziomie „(In The) Black Room/The Tower” album uplasowałby się w ścisłej czołówce rocznika.
59. Fela Ransome Kuti & The Afrika 70 – Gentleman
W latach 70. Fela Kuti natrzaskał sporo interesującego materiału. Z jego muzyką jest jednak jeden problem – ma tendencję do „jednokopytności”. Słyszałem circa dwadzieścia płyt nagranych w latach 70. i w gruncie rzeczy, gdybym ograniczył znajomość do wybranych 3-4 wydawnictw, posiadałbym już podstawową wiedzę na temat jego muzyki z tej dekady. Rzecz jasna, pewne różnice między albumami są zauważalne, bo na przykład „Shakara” (1972), „Gentleman” (1973) czy „Confusion” (1974) są bardziej ujazzowione. Na innych jest więcej funku i różnych „afrykanizmów”. Do mnie najbardziej przemawia „ujazzowione” wcielenie utalentowanego Nigeryjczyka. Co do podobieństw, to nietrudno zauważyć, że na rozlicznych wydawnictwach nader często pojawiają się identyczne lub bardzo podobne patenty formalne, aranżacyjne, narracyjne, brzmieniowe. Generalnie, jest to interesująca muzyka, niejednokrotnie wręcz frapująca. Szczególnie na początku wnosi pewien powiew świeżości. Z czasem, po większej ilości odsłuchów, niejednej osobie może zacząć przeszkadzać dojmujący schematyzm i przewidywalność. Tak czy inaczej, „Gentleman” to zdecydowanie jeden z najlepszych albumów w dorobku klasyka afrobeatu.
58. Milton Nascimento – Milagre Dos Peixes
Poprzednim razem zawitaliśmy do Nigerii, teraz wybierzemy się do kraju, który kojarzy się z kawą i futbolem. Milton Nascimento to jeden z gigantów brazyliany, jednocześnie wielki nieobecny różnych muzycznych rankingów w naszym kraju. Przez wiele lat tak było również na „Muzycznych Dinozaurach”. Jego najwybitniejsze płyty, absolutna klasyka muzyki południowoamerykańskiej, nie pojawiały się nawet na liście propozycji, a cóż dopiero w końcowej klasyfikacji. Dla wielu nadal jest to terra incognita. Czas to zmienić! W 1972 roku ukazało się jedno z największych arcydzieł brazylijskiej muzyki popularnej – dwupłytowy album „Clube Da Esquina”, firmowany przez duet Milton Nascimento i Lô Borges. Wydany kilkanaście miesięcy później „Milagre Dos Peixes” to krok w nieco innym kierunku. Wedle mojego przekonania, jest to najbardziej eksperymentalna pozycja w dorobku artysty. Nascimento odchodzi od typowej formy „piosenkowej”. W obrębie sztuki wokalnej również zaznacza swoją odrębność. Niewątpliwie w dużym stopniu ma charakter idiomatyczny. W przyszłości będzie inspirować nie tylko twórców z Kraju Kawy (vide ejtisowy Pat Metheny Group). Jeśli „Milagre Dos Peixes” zyska Waszą przychylność, warto zanurzyć się głębiej w dyskografię artysty. Szczególnie godny uwagi jest złoty okres Nascimento – lata 1967-1978. W tym czasie nie nagrał żadnego słabego albumu. Obok wspomnianych wcześniej wyróżniłbym jeszcze „Geraes” (1976”), „Clube De Esquina 2” (1978) i nade wszystko przepyszny „Minas” (1975).
57. Roy Harper – Lifemask
Wprawdzie najsłynniejszym albumem w dorobku artysty jest „Stormcock” (1971), to jednak absolutnie nie można zapominać o „Lifemask”. Niezwykle ważny to album dla Harpera, zarówno pod względem artystycznym, jak i osobistym. Emanuje z niego niesamowita pasja, zaangażowanie, czasami wręcz dramatyzm przesłania. Suita „The Lord's Prayer”, wypełniająca całą drugą stronę płyty analogowej, to jedno z jego najwspanialszych osiągnięć. „Lifemask” miejscami wyraźnie zaczyna dryfować w stronę estetyki rockowej. Najlepiej słychać to w „Highway Blues” i fragmentach „The Lord’s Prayer”. Płyta wyraźnie zrywa ze stylistyką ortodoksyjnego folk rocka. „Stormcock” w dużej mierze był jeszcze płytą akustyczną, natomiast na „Lifemask” Harper na szerszą skalę zaczyna śmiało wprowadzać elektryczne instrumentarium (gitara elektryczna, gitara basowa, syntezator). To, co rozpoczął na „Lifemask”, z całą mocą objawiło się na „HQ” (1975).
Na „Lifemask” pojawiają się nowe rozwiązania aranżacyjne, wzbogaceniu ulegają tekstury. Zauważalne jest ciekawe łączenie w jedną całość tkanki akustycznej z elektryczną. Pojawiają się nowe akcenty w sferze wokalnej – niespotykana wcześniej ekspresja i dynamika wykonania („Highway Blues”). Pod względem formalnym „The Lord’s Prayer” nie ma swojego odpowiednika nie tylko na „Stormcock”, ale także na wcześniejszych płytach. Wystarczy porównać go choćby z inną rozbudowaną kompozycją, która trafiła na „Folkjokeopus” (1969). „McGoohan’s Blues” jest oparta na innych założeniach formalnych i fakturalnych. Generalnie, widać różnice także w tematyce tekstów. Na „Lifemask” klimat jest bardziej mroczny, co było związane z ówczesnym stanem zdrowia Harpera. Artysta w tym czasie bardzo zapadł na zdrowiu. Zdaniem lekarzy miał znikome szanse na przeżycie. Płyta w dużym stopniu miała charakter rozrachunkowy. Miał to być artystyczny testament muzyka. Na szczęście, życie napisało inny scenariusz.
56. Elton John – Goodbye Yellow Brick Road
W moim prywatnym rankingu nie mogło zabraknąć jednego z gigantów muzyki rozrywkowej. Nie brak opinii, że to najwybitniejsze osiągniecie w dorobku Eltona Johna. Tak czy inaczej, jest z pewnością jego muzyczną wizytówką. Często w przypadku wydawnictw dwupłytowych mówi się o tym, że dobrze zrobiłoby im odchudzenie do jednego krążka. Jak dla mnie, tak jest również w tym przypadku. Lepiej prezentują się piosenki z pierwszej płyty. Odpowiednia selekcja materiału wydatnie podniosłaby poziom płyty. Trzy lata później Elton popełnił drugi album dwupłytowy „Blue Moves”. W tym przypadku również mamy do czynienia z wybitną pozycją (mój faworyt w jego dyskografii). „Goodbye Yellow Brick Road” jest bardzo urozmaicony pod względem stylistycznym. Czego tu nie ma? Pop, rock, country, soft rock, reggae, rock’and’roll, art rock, glam... Zadziwia nie tylko bogactwo pomysłów, ale także fakt, że materiał skomponowano w ekspresowym tempie. Podobnie było w przypadku liryków, za które odpowiadał nadworny tekściarz, Bernie Taupin. Atutem płyty jest nienaganna produkcja, choć jeszcze w czasie wstępnych prac na Jamajce wydawało sie, że będzie zgoła inaczej. „Goodbye Yellow Brick Road” doskonale zniósł próbę czasu. Jak dla mnie, jest to jeden z lepszych albumów pop w historii gatunku. Ulubione piosenki z płyty: „Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding”, „Candle In The Wind”, „Goodbye Yellow Brick Road”, „Grey Seal”, „I've Seen That Movie Too”, „Harmony”.





Na półce nic. Lidera VDGG mam tylko The Silent Corner and the Empty Stage. Tej pozycji nie pamiętam, dawno temu być może rzuciłem uchem. Elton jest fajny ale płyta faktycznie za długa i nierówna. Fela Kuti nagrywał fajne maksi-single, więc szkoda miejsca na półce. Słynniejszy (?) Harper mnie wynudził więc za inne bałem się brać a z Brazylii wolę Viniego czy Rodrygo.
OdpowiedzUsuńCześć. Muszę się odnieść bo nie znoszę dlugopty !!!!. Kolega Białystok pisze cyt. 'Elton jest fajny ale płyta faktycznie za długa i nierówna.' TO weź chłopaku napisz taki Rocket Man i nagraj równą płytą no nie mogę !!!! Głupota nie boli... Nie jest równa płyta Białystok nagra lepszą To Białystok nadrób zaległości chłopcze ....
OdpowiedzUsuńPosłuchaj Bialystok H to He, Who Am the Only One teź nie równa ....
OdpowiedzUsuń