10.03.2026
61-65
Nie zapomniałem o rankingu ulubionych płyt wydanych w 1973 roku. Kolejny odcinek cyklu musiałem nieco opóźnić ze względu na obszerny tekst poświęcony debiutanckiemu albumowi The Soft Machine. Tym razem rej wodzą klawiszowcy z różnych obszarów muzycznych.
65. Keith Jarrett – Solo Concerts: Bremen And Lausanne
Album z cyklu „Pan z fortepianem”. Keith Jarrett szybko zaczął przejawiać inklinacje do samodzielnej wypowiedzi artystycznej. Przejawem tego był „Facing You” (1972). Jak dla mnie, to jeszcze nie było TO, aczkolwiek potencjał na duże granie był już słyszalny. W pełni ujawnił go na kolejnym tego typu wydawnictwie. Materiał zarejestrowano w czasie występów w Republice Federalnej Niemiec i Szwajcarii. Oryginalnie na winylu były to trzy płyty. Przedsmak tego, co pojawiło się na kultowym „The Köln Concert” (1975). „Solo Concerts: Bremen And Lausanne” wypełniły długie kompozycje. „Bremen, July 12, 1973”, podzielony na trzy obszerne segmenty, zajął trzy strony płyty winylowej. Pozostałe wypełnił czteroczęściowy „Lausanne, March 20, 1973”. Na gruncie architektonicznym analogie ze słynnym „The Köln Concert” (1975) wydają się oczywiste. Materiał, który trafił na płytę, w całości został oparty na improwizacjach. Swoją drogą, nie każdy daję wiarę, że tak właśnie było. Muzyka na „Solo Concerts: Bremen And Lausanne”, jak to w przypadku Jarretta, jest dość eklektyczna. Nie brakuje odwołań do różnych nurtów jazzu i muzyki klasycznej. Słucha się tego bardzo przyjemnie, aczkolwiek nie brakuje również dłużyzn. Na szczęście jest ich stosunkowo niewiele. Przychylałbym się do opinii, że jest to jeden z ładniejszych albumów na fortepian solo w historii jazzu. Od dawna trwają spory, który kwartet Jarretta był lepszy - amerykański czy europejski? Z mojej perspektywy jest to drugorzędny dylemat, ponieważ najbardziej trafia do mnie jego twórczość na fortepian solo.
64. Czesław Niemen – Ode To Venus
Tym razem, z różnych przyczyn, Niemen et consortes postanowili zaproponować repertuar nieco bardziej przystępny. Dlatego w programie płyty znajdziemy aż osiem kompozycji. Bardziej rozbudowany jest tylko ponad 9-minutowy „From The First Major Discoveries” znany z „Niemen vol. 2”. Niewątpliwie jest to jedna z najmocniejszych pozycji w zestawie. Na drugim biegunie znajduje się zamykający album „Rock For Mack”. Niestety, mocno sztampowy, w którym nie pojawił się lider projektu. Skład zespołu ponownie uległ uszczupleniu. Brakuje nie tylko Przybielskiego, ale także Nadolskiego. Ulotnił się niemal zupełnie duch awangardy, nieposkromionych eksperymentów z formą i brzmieniem. Na płytach wydanych w Polsce udało się wypracować ciekawą formułę rocka awangardowego, mocno skoligaconego z jazzem nowoczesnym. „Ode To Venus” jawi się jako pozycja bardziej konwencjonalna, już nie tak śmiała i bezkompromisowa. W dalszym ciągu daleko jej jednak do komercyjnych miazmatów.
63. Premiata Forneria Marconi – Photos Of Ghosts
Pierwsze dwa albumy studyjne orkiestry wyznaczyły wzorzec włoskiego rocka symfonicznego. Na tym polu w Italii tylko Banco Del Mutuo Soccorso mogłoby stanąć z nią w szranki. Trzeci album jawi się, jako chwila oddechu przed kolejnym poważnym przedsięwzięciem artystycznym. Tak było w istocie, bowiem z perspektywy czasu „L’isola Di Niente” (1974) był znakomitym zwieńczeniem najlepszych lat formacji z Mediolanu. „Photos Of Ghosts” to nietypowa pozycja w dyskografii zespołu. Nie zawiera materiału premierowego. Trafiły na nią anglojęzyczne wersje kompozycji z pierwszych dwóch albumów. Na przykład. „River Of Life”, znany z „Per Un Amico” jako „Appena Un Po”. Wyjątkiem jest „Il Banchetto”, zaśpiewany w rodzimym języku. Miłośnicy zespołu znali go już wcześniej z drugiego albumu studyjnego formacji „Per Un Amico” (1972). Muszę przyznać, że zawsze zdecydowanie bardziej podobały mi się włoskojęzyczne płyty wykonawców z Półwyspu Apenińskiego. „Photos Of Ghosts” nie jest w tym względzie ewenementem. Jeśli chodzi o kwestie stricte muzyczne, to również wolę oryginalne wersje znane z kapitalnego „Storia Di Un Minuto” (1972) i przepysznego „Per Un Amico” (1972). Na najwyższą notę zasługuje wspomniany „Il Banchetto”. Niewatpliwie jest to jeden z najpiękniejszych utworów w dyskografii zespołu. Esencja włoskiego rocka symfonicznego, umiejętnie skrzyżowana z folk rockiem.
62. Paul Bley & Scorpio – Paul Bley & Scorpio
Paul Bley kojarzony jest głównie z umiarkowanym nurtem free, ewentualnie z akustycznym jazzem na modłę ECM-owską. W latach 1969-1974 nagrał kilka płyt, które były wyrazem jego fascynacji eksperymentalną elektroniką. Mocno zafrapowały go wówczas analogowe syntezatory. Dla osób, które kojarzą go z wyciszonym i kameralnym jazzem (kłania się klasyczny ,,Open To Love” z 1972 roku), jego syntezatorowe eksploracje mogą być wręcz szokujące. Dlaczego? Choćby z tego względu, że nierzadko mają charakter free jazzowych improwizacji. Muzyka na tych najbardziej radykalnych wydawnictwach dosłownie tonie w dysonansach. Co istotne, niejednokrotnie ma innowatorski charakter. Bley był z pewnością jednym z bardziej oryginalnych jazzowych keyboardzistów. Wypracował sobie własne, od razu rozpoznawalne brzmienie. Nietypowe było to, że nie sięgał po elektronikę kierując się względami komercyjnymi. Warto podkreślić, że był jednym z pierwszych muzyków jazzowych, który grał na syntezatorze. Co istotne, nowy instrument nie był tylko dopełnieniem faktury kompozycji, ale jej ważnym elementem strukturalnym.
Zwolennikom syntezatorowego jazzu polecam szczególnie następujące płyty artysty: „The Paul Bley Synthesizer Show” (1971), „Improvisie” (1971), nagrany w duecie z Annette Peacock „Dual Unity” (1972). W czasie, gdy nagrywał „Paul Bley & Scorpio” stopniowo odchodził już od dźwiękowego radykalizmu. Płyta jest dość nierówna, trochę niezborna w sferze stylistycznej. W istocie jest mieszanką syntezatorowych eksperymentów i mainstreamowego jazzu. Kanadyjski pianista korzysta z bogatego zestawu klawiszy (syntezator ARP, elektryczne fortepiany - RMI, Fender Rhodes). Towarzyszą mu wyborni instrumentaliści - Dave Holland (bas), Barry Altschul (perkusja), czyli sekcja rytmiczna awangardowego kwartetu Circle. Najciekawiej wypadają dynamiczne partie solowe na syntezatorze. Artysta jeszcze raz udowodnił, że był muzykiem oryginalnym, obdarzonym dużą inwencją brzmieniową.
61. Caravan – For Girls Who Grow Plump In The Night
Część zwolenników sceny Canterbury ma do tego zespołu ambiwalentny stosunek. W dużej mierze jest to zrozumiałe, zważywszy na fakt, że grupa Hastingsa od samego początku miała popowe ciągotki. Na tle innych przedstawicieli tego nurtu, często flirtujących z bardziej eksperymentalnymi nurtami muzycznymi, Caravan jawił się jako byt nazbyt tradycjonalistyczny, grawitujący mocno w stronę mainstreamu. Osobiście zawsze miałem z nim problem. W swoim najlepszym okresie był swoistą hybrydą. Głównie za sprawą faktu, że ścierały się w nim dwa nurty. W największym uproszczeniu: mainstreamowo-tradycjonalistyczny (Hastings, Coughlan) i progresywno-jazzujący (Richard Sinclair i jego kuzyn Dave). Melanż stylistyczny, który udało się wypracować na najlepszych płytach - „If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You” (1970) i „In The Land Of Grey And Pink” (1971) mógł pogodzić zwolenników „miękkiej” awangardy i bardziej konwencjonalnego rocka progresywnego.
Kruchy consensus nie trwał długo. Wyrazem tego było odejście Dave'a Sinclaira do Matching Mole. Los bywa przewrotny. Kilkanaście miesięcy później tenże Sinclair odejdzie z zespołu Wyatta, zrażony jego nazbyt eksperymentalnym obliczem. Z mojej perspektywy zawsze wyglądało to tak – im więcej wpływów Dave'a Sinclaira i Richarda, tym lepiej. Bez nich Caravan szybko zaczął dryfować w stronę pop rocka. Nigdy nie byłem zwolennikiem sztuki wokalnej Hastingsa, z kolei barwa głosu oraz sposób śpiewania Richarda Sinclaira był mi zawsze bardzo bliski. Nie przekonywał mnie również drummer, Richard Coughlan, nazbyt schematyczny i przewidywalny. Owszem, czasami zdarzało mu się zagrać coś bardziej niekonwencjonalnego (np. zabawy z metrum w „A Hunting We Shall Go/L'Auberge du Sanglier”, w którym pojawiają się nawet fragmenty na 19/8), jednak, generalnie, w jego grze brakowało subtelności frazowania oraz strukturalnego urozmaicenia.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz