Takehiro Honda - fortepianowe trio jazzowe w japońskim wydaniu


 

25.09.2026


Takehiro Honda był jednym z lepszych japońskich pianistów jazzowych. Jego reprezentatywne albumy z lat 70., nagrane w konwencji fortepianowego tria, można zaliczyć do klasyki kameralnego jazzu z Kraju Kwitnącej Wiśni. Postanowiłem wybrać i nieco przybliżyć dwa, które uważam za najciekawsze i najbardziej charakterystyczne dla jego twórczości.

Honda grywał ze śmietanką muzyków jazzowych z kraju Kurosawy, Ozu i Mizoguchiego. W tym miejscu trudno nie wymienić jego szwagra, jednej z największej postaci na rodzimej scenie - Sadao Watanabe. Inni znaczący to między innymi: Kosuke Mine, Hiroshi Murakami, Motohiko Hino. Grywał również z gigantami jazzu amerykańskiego (Ron Carter, Tony Williams, Eddie Gómez). Nagrania Hondy w złotym okresie jego twórczości ewokowały atmosferę intymności, zniewalały liryzmem. Słowem - dobrze wpisywały się w bardziej wysublimowaną odmianę jazzu akustycznego. Trudno było nie dostrzec jego fortepianowej maestrii. W swoich nagraniach szczególną uwagę przywiązywał do interakcji z pozostałymi muzykami tria. Mocno nastawiał się na poszukiwanie dialogu i synergii z kompanami dźwiękowej podróży. Honda był mocno przywiązany do jazzowej tradycji. Subtelne segmenty jego kompozycji mogą przywodzić skojarzenia z fortepianową sztuką Billa Evansa. Bynajmniej nie oznacza to, że był jazzowym konserwatystą. W momencie, gdy zbliżał się do nowoczesnego postcoltrane’owskiego mainstreamu, potrafił wydobywać z fortepianu potężne kaskady dźwięków, które wręcz obezwładniały swoją nieokiełznaną ekspresją. 

 



This is Honda (1972)

Coś dla jazzowych purystów. Klasyczne fortepianowe trio, czysty mainstream. Jak to często na takich płytach bywa, nie mogło obejść się bez jazzowych standardów („Bye Bye Blackbird”, „Round About Midnight”). Płyta cieszyła się dużą estymą wśród japońskich krytyków jazzowych. W 1972 roku wybrano ją najlepszym albumem jazzowym w Kraju Kwitnącej Wiśni. Niebagatelne znaczenie miała z pewnością stylistyka płyty. Albumy z kręgu jazzu elektrycznego czy też free z reguły wywoływały kontrowersje wśród niemałej części krytyki. Co ciekawe, Honda, podobnie jak Keith Jarrett, w co bardziej ekspresyjnych fragmentach utworów lubi sobie wyśpiewywać melodie. Bodaj najbardziej przypadł mi do gustu opener „You Don't Know What Love Is”. Generalnie rzecz biorąc „This Is Honda” specjalnie mnie jednak nie porwał. To pewnie kwestia indywidualnych preferencji, bo bardziej staroświecka odmiana mainstreamu jakoś nigdy specjalnie mnie nie kręciła.






Takehiro Honda - Salaam Salaam (1974)

Honda preferował zawsze granie w zespole trzyosobowym. W jego dyskografii zdecydowanie przeważają właśnie takie projekty. Nie inaczej jest w tym przypadku. Tym razem udało mu się zaprosić dwóch jazzmanów amerykańskich. Na basie gra Juni Booth, który w tym samym czasie współpracował z McCoy Tynerem, natomiast za perkusją zasiadł, znany z występów z Weather Report, Eric Gravatt. Jak dla mnie, jest to zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku Hondy. Na pozostałych zawsze czegoś mi brakowało. Nie zawsze szczęśliwy był na nich konglomerat stylów i inspiracji. Pianista miewał czasami predylekcje do nagrywania dość mdłych rozrywkowych stylizacji funkowo-soulowych - kłania się „What’s Going On” (1972). Innym razem rzucał się w stronę nazbyt zachowawczego mainstreamowego grania - vide „Another Departure” (1977). „Salaam Salaam” jest przykładem nowoczesnego grania w konwencji bardzo zbliżonej do tego, co robił wówczas McCoy Tyner. Gdy słucha się niezwykle dynamicznej i ekspresyjnej gry Hondy skojarzenia ze słynnym amerykańskim pianistą nasuwają się same. Autor „Salaam Salaam” lubuje się w bardzo długich partiach solowych. Co istotne, na tym albumie nigdy nie są nudne. Wręcz przeciwnie, potrafią wciągnąć bez reszty. Bardzo dobra płyta!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz