1.09.2023
ANTYKANON
W 2015 roku był to jeden z najbardziej oczekiwanych albumów. Oczywiście nie przez wszystkich, bo niektórzy dawno już sobie odpuścili śledzenie muzycznych poczynań Gilmoura. Sam jakoś specjalnie na niego nie oczekiwałem. Nie robiłem sobie praktycznie żadnych nadziei. Odsłuchałem go bardziej z kronikarskiego obowiązku niż sentymentu.
Obawiam się, że fani Pink Floyd mogą mieć pewien problem z tym albumem. Nie tylko dlatego, że jest nad wyraz przeciętny. Chodzi także o kwestie natury stylistycznej. Na pewno nie jest to płyta dla zwolenników psychodelicznych eksperymentów. Niewiele dla siebie znajdą także fani klasycznego progresu. Być może pozytywnie odbiorą ją osoby, którym blisko jest do bardziej konwencjonalnego pop-rocka. Czy jednak takie utwory, jak „Rattle That Lock” czy też „Today” będą dla nich atrakcyjne? Mam poważne wątpliwości. Sporo jest na tej płycie smęcenia. Niektóre spokojniejsze utwory rażą nadmiernym konserwatyzmem („The Girl In The Yellow Dress”, „Dancing Right In Front Of Me”). Materiał jest zbyt „ugrzeczniony”, ponadto brakuje mu siły wyrazu.
„Rattle That Lock” wpisuje się dokładnie w model albumu nagranego przez podstarzałego rockmana, bowiem zawiera dość standardowy zestaw grzechów właściwych tego typu wydawnictwom. Brakuje mu choć odrobiny błysku i szaleństwa, czegoś bardziej niekonwencjonalnego. Gilmour prawdopodobnie założył sobie, że nagra „normalną” płytę rockową. Żadnego „kosmosu”, dziwadełek czy też jakichkolwiek eksperymentów. No i nagrał. Tyle, że wyszedł z tego album bardzo przewidywalny, do bólu konwencjonalny, pozbawiony tego „czegoś”, co odróżni go od masy innych wydawnictw, które zalewają rynek muzyczny.
Wedle mojego przekonania, „Rattle That Lock” jest o klasę słabszy od „On An Island” (2006), czyli poprzedniego albumu solowego artysty. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie, jakby były odrzutami z tamtych sesji nagraniowych. W tym przypadku mamy do czynienia ze zbiorem dość konwencjonalnych piosenek, którym brakuje chwytliwych czy też bardziej nośnych melodii. Żaden utwór nie zasługuje na miano killera. Jest to jeszcze jeden krążek, który posłuchamy sobie kilka razy, a potem odłożymy na półkę, gdzie stopniowo będzie pokrywał się coraz większą warstwą kurzu. To dobrze, że artyście jeszcze się chce, tylko czy ten materiał sprawi, że spłynie na niego jeszcze większy splendor i uznanie. Nie sądzę. To jeszcze jeden z tych albumów, które zapewne przemknąłby niezauważony przez rynek, gdyby nie firmowała go znana persona z wybitnego zespołu.
Wartością dodaną Gilmoura była zawsze jego sztuka gitarowa. Tymczasem na „Rattle That Lock” jego instrument już nie czaruje tak, jak drzewiej bywało. Owszem, jego partie są nadal bardzo charakterystyczne, potrafią przykuwać uwagę słuchacza, jednak zbyt często brakuje im siły wyrazu, nie posiadają również już tak atrakcyjnej melodyki. Ewidentnie cierpią na brak interesujących pomysłów. Po raz kolejny okazało się, że biologia ma swoje nieubłagane prawa. Tym razem mniej efektownie wypadły partie orkiestrowe Zbigniewa Preisnera. Zabrakło ciekawych pomysłów aranżacyjnych i brzmieniowych. Wynika to między innymi z tego, że materiał z „On An Island” był bardziej predestynowany do tego, aby wzbogacić go dźwiękami orkiestry. Dojmujące jest również to, że nie uświadczymy na tym albumie intrygujących partii instrumentalnych.
Brakuje mi trochę na tej płycie bardziej zespołowego grania. Ano właśnie, zespołowego! Każdy solowy album muzyków grających w Pink Floyd dowodził tego, że ich najmocniejszą stroną był kolektyw. Działając solo i biorąc wszystkie sprawy w swoje ręce, nie byli w stanie stworzyć dzieł tak bogatych w treści. Brakowało im wszechstronności i wystarczającej ilości pomysłów. Na albumach solowych nie ma już tej „chemii”, która emanowała z projektów nagranych pod szyldem Pink Floyd. Wspólne muzykowanie sprawiało, że częstokroć udawało się im zniwelować różnego rodzaju niedoskonałości, z którymi się zmagali. W muzyce rockowej to częste zjawisko.
Co pozostanie z nami na dłużej z „Rattle That Lock”? Trudne pytanie. O ile na „On An Island” mógł zaintrygować utwór tytułowy, który zawierał przebłyski naprawdę interesującego grania, to w przypadku tego albumu nie jestem w stanie wskazać żadnej kompozycji. No może dwie - „A Boat Lies Waiting” i „In Any Tongue”. Biorąc pod uwagę wszystkie solowe dokonania artysty, „Rattle That Lock” wydaje mi się najmniej interesujący. Nawet nazbyt „piosenkowy” „About Face” (1984) ma więcej atutów.

Żaden z solowych albumów mnie nie przekonuje. Niestety, w zdecydowanej większości problem jest tej natury, iż to strasznie nudna muzyka. Najnowsze dzieło podobnie. Rozpad zespołu nie przyslużył się żadnemu z jego członków.
OdpowiedzUsuńWitam. Cyt. Brakuje mi na tej płycie zespołowego grania {sic!!!!!!!!!!!!!} W zasadzie powinienem odpuścić dalsze czytanie, ale poczytałem. Pamiętam jak w 2015r słuchałem tej płyty z czystej ciekawości, bo szanuje Floydów i mając chwilę czasu posłuchałem, ale naprawdę oczekiwać od tego projektu zespołowego grania ???? Jezu! Fajny blog, często świetny merytorycznie, ale po takich wpisach jak ten mam mieszane odczucia....
OdpowiedzUsuńWyjaśnię, co miałem na myśli. Siłą Pink Floyd (na najlepszych płytach) był między innymi kolektyw. Gdy Waters (1979-1983) lub Gilmour (1987-1994) nadmiernie dominowali negatywnie odbijało się to na poziomie muzyki. To nie są artyści, którzy mogą wziąć wszystko na siebie, ponieważ na różnych poziomach muzycznego przekazu mają deficyty. Dlatego warto oddać trochę pola innym muzykom, którzy mogą wnieść różne ciekawe rozwiązania do projektu. To i tak trzeciorzędny problem, bo najważniejsze jest to, że Gilmour w momencie nagrywania tej płyty najlepsze lata miał już dawno za sobą. Inna sprawa, że bardziej autorski wariant podejścia do albumu solowego może mieć również zalety. Wiele zależy od osobniczych preferencji. Mnie akurat brakowało większej wartości dodanej ze strony zaproszonych gości.
OdpowiedzUsuń