23.08.2026
MODERNIZM - TWÓRCY, DZIEŁA, INNOWACJE (1890-1930) 31/100
Jeszcze jeden przedstawiciel francuskiej szkoły muzycznej. Przez pewien czas zastanawiałem się, czy umieścić go w tym zestawieniu. Ostatecznie uznałem, że będzie dobrym dopełnieniem francuskiej linii muzycznej, biegnącej od neoromantyzmu do impresjonizmu.
Dla przeciętnego bywalca filharmonii jest to po prostu autor znanego scherza symfonicznego „Uczeń czarnoksiężnika” (1897). Gdyby istotnie był to jedyny utwór godny uwagi w jego dorobku, z pewnością nie umieściłbym go w tym zestawieniu. Nie da się bowiem ukryć, że mocno tkwi jeszcze w świecie starych wartości, tymczasem w tym cyklu skupiamy się na zjawiskach nowych, które budowały swoją tożsamość w opozycji wobec neoromantyzmu. Trudno jednak ograniczyć krąg zainteresowań li tylko do twórców par excellence awangardowych. Śledzenie skomplikowanego i niejednoznacznego procesu przenikania się „starej” i „nowej” estetyki częstokroć jest frapującym i instruktywnym zajęciem.
Paul Dukas to jeden z tych twórców, którym przyszło działać w czasach, gdy muzyka gwałtownie zmieniała swoje oblicze. Słuchając jego dzieł bez trudu zauważamy, że był mocno zakorzeniony w neoromantyzmie, aczkolwiek w pierwszej dekadzie XX wieku jego muzyka zaczęła mocno przesiąkać nowymi ideami. Co istotne, nie był tylko ukierunkowany na czerpanie z dorobku innych, ale także wniósł swój skromny wkład do ukonstytuowania się nowego świata dźwięków. Nie walczył na pierwszej linii frontu, nie wykuwał najważniejszych zrębów nowej estetyki. Był jednym z tych, którzy dzięki swojej kreatywności i indywidualnemu podejściu do problemów Nowej Muzyki, wykształcili idiomatyczny styl. Jako że było to całkiem pokaźne grono kompozytorów, z dzisiejszej perspektywy modernizm jest nurtem wielobarwnym.
Dorobek naszego bohatera nie jest zbyt obszerny. Mogło być lepiej, jednak tuż przed śmiercią zniszczył sporo rękopisów, zapewne uważając, że nie są wystarczająco dobre. W kontekście jego powiązań z impresjonizmem zazwyczaj wskazuje się na wpływy Debussy'ego. Warto jednak zauważyć, że bynajmniej nie były jednokierunkowe. Dukas w latach 90. miał również swój udział w tworzeniu zrębów nowego stylu. W tej mierze wręcz objawieniem była dla mnie uwertura „Polyceute” (1892), która powstała dwa lata przed słynnym „Preludium do popołudnia Fauna”, Claude'a Debussy'ego. Dukas, podobnie jak jego nieco starszy kolega, był mistrzem instrumentacji, wielką wagę przykładał do walorów brzmieniowych. „Polyceute” ujmuje delikatnością i liryzmem. Już wtedy autor „Ucznia czarnoksiężnika” potrafił wytworzyć specyficzną aurę brzmieniową. Dobrze radził sobie na polu operowym, o czym świadczy„Ariadna i Sinobrody”. Miłośników sztuki fortepianowej zapewne zainteresują jego najbardziej znaczące utwory na tym polu: rozbudowana Sonata e-moll (1901) oraz „Wariacje, interludium i finał na temat Rameau” (1902).
Nawet gdy czerpał inspiracje z twórczości Wagnera, Francka i Debussy'ego, potrafił nadać im indywidualny charakter. W większym stopniu niż autor „La Mer” skłaniał się do tradycjonalizmu, dlatego jego najbardziej progresywne utwory zdają się stać na granicy dwóch światów: neoromantyzmu i impresjonizmu. Do tego drugiego bodaj najbardziej zbliżył się w poemacie tanecznym „La Péri” (1911-1912). Bez wątpienia jest to jedno z jego najbardziej znaczących dzieł. Najbardziej przykuwa uwagę olśniewająca kolorystyka oraz przepiękne melodie, które na długo zapadają w pamięć. Muszę przyznać, że jest to mój ulubiony utwór tego kompozytora. Niech zatem i on będzie wizytówką tej części cyklu.

Cześc. Przepraszam za offtopic ale wiem, że jesteś erudytą więc pomyślałem, że napiszę pod najnowszym postem.. Wczoraj miałam tę niezwykłą dziś przyjemność posłuchać płyty w towarzystwie. Nie z telefonu tylko z winyla. Ta płyta to Od wschodu do zachodu słońca. Zapamiętałem znakomity tekst Młynarskiego do marnej piosenki pt Katastrofa. Zapamiętałem hammondy Ala Deep Purple i zero solówki gitary. Są takie plebiscyty na najgorszy film w historii itd. No więc mój kandydat na najgorszá płytę w historii polskiej muzyki popularnej już masz. Jestem szczerze ciekawy Twojej opinii bo płytę musisz znać.Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTam jest taki kuriozalny numer pt Mateusz !4. Nie wiem co Moczulski wtedy brał żeby coś takiego napisać. Tu nawet wymiękają najgorsze teksty Olewicza. Napisz proszę swoją opinię. .
OdpowiedzUsuńMocno pojechałeś po tej płycie. Jak dla mnie, to jeden z lepszych polskich albumów rockowych wydanych w latach 70. Dobry songwriting, profesjonalne wykonanie. Bracia Zielińscy mieli potencjał. Wspomniana „Katastrofa” pod względem muzycznym to jeden z dwóch najsłabszych utworów na płycie. „Mateusz IV” ma osobliwy tekst. Rozumiem, że może wzbudzać dezaprobatę. Podchodzę do niego z dystansem. Sfera muzyczna również nieraz wzbudza kontrowersje. Specyficzny patos niektórych mocno drażni. Mnie ani trochę. Wspomniany Moczulski, którego mocno sponiewierałeś, popełnił też na tej płycie tekst, który osobiście bardzo lubię. Chodzi o kompozycję tytułową. Zgrabne ujęcie nierówności społecznych. Generalnie, to dobry przykład albumu, na którym polscy muzycy zerwali wreszcie pępowinę z pokraczną estetyką big-beatu. Wprawdzie Skaldowie to nigdy nie był typowy big-beat, to jednak na wczesnych płytach elementy tego stylu są czasami łatwe do wychwycenia.
OdpowiedzUsuńRzecz jasna, wiele zależy od kontekstu. Jeśli będziesz oceniał ten album z perspektywy osoby słuchającej na co dzień muzyki klasycznej i jazzu nowoczesnego, znajdziesz różne mankamenty. Punktem odniesienia powinna być jednak szeroko pojęta muzyka rozrywkowa. Na tym gruncie „Od wschodu do zachodu słońca” broni się dobrze. Ograniczając się tylko do ówczesnej polskiej sceny muzycznej, była to pozycja wręcz wybitna. Trzeba jeszcze brać namiar na to, że w dobie schyłkowego towarzysza Wiesława, na naszym rachitycznym rynku muzycznym, płyt naprawdę znaczących było mało. Bardzo mało.
To klasyczny troll. Olej go. Pisze bzdury...pewnie po pijaku.
OdpowiedzUsuńDziękuje za Twoją opinię. Dużo tematów tutaj poruszyłeś w wolnej chwili spróbuję odnieść się. Teraz napiszę tylko, że jeśli to jest wybitna płyta rockowa to posłuchaj jeszcze raz. Dzięki za opinie i świetny blog!
OdpowiedzUsuńPanie soundchaser. Gdzie napisałem bzdury? Klasyczny trol?l Chłopcze to Ty obrażasz ludzi i nie mów nikomu kto na kogo olać!!!!!
OdpowiedzUsuńOk to po kolei. Pojechałem po tej płycie bardziej po to, żeby sprowokować dyskusję. Również lubię tytułową piosenkę. Jeśli weżmiesz 2 pierwsze płyty Skaldów to każda, no prawie każda piosenka pokazuje ogromny potencjał braci. Znakomite przebojowe numery. Fajne teksty dziś takich już się nie pisze. Nietypowe harmonie, ten pierwiastek słowiański z jednej strony jeśli coś takiego istnieje, a z drugiej zalatuje zachodem:) Ale tutaj po prostu się panowie pogubili. Kiedyś z kolegami muzykami wzieliśmy na warsztat wiolonczelistkę. Zwolniliśmy tempo przenieśliśmy akcenty i wyszedł nam z tego czysty swing:) To tak na szybko parę przemyśleń. Bardzo boli mnie to, że gdybyś dziś zrobił sondę publiczną wśród osób do 25 lat to gwarantuje Ci, że 99 na 100 nie miałoby pojęcia o Skaldach....
OdpowiedzUsuńJeszcze jedno do soundchaser. Zanim kogoś zaczniesz obrażać, zwłaszcza kogoś kogo nie znasz to zastanów się. Bo w normalnym życiu po prostu dostałbys w pysk.
OdpowiedzUsuńZauważ, że piszesz o Skaldach pod zupełnie inną płytą, nie mającą z nimi nic wspólnego, więc głupio trollujesz. Uszanuj ten zacny blog. Wyrażaj swoje zdanie w sposób kulturalny i merytoryczny. I przede wszystkim pisz na temat. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPierwsze trzy albumy Skaldów, wydane w latach 1967-1969, dobrze pokazują ich linię rozwojową. Z perspektywy czasu można skonstatować, że był to coraz bardziej dojrzały i idiomatyczny pop. Do pierwszego albumu już nie wracam, bo trudno jest mi na nim znaleźć coś ciekawego dla siebie. Z kolei „Cała jesteś w skowronkach” (1969) to jeden z lepszych „piosenkowych” albumów, który u nas wyszedł. Wartość „Od wschodu do zachodu słońca” polega na tym, że Zielińscy et consortes nie zadowolili się tylko produkcją przebojów, ale postanowili penetrować bardziej nieoczywiste rejony muzyczne. Rzecz jasna, był to refleks tego, co działu się na Zachodzie. Istotne jest jednak to, że ich muzyka miała indywidualny rys. Choćby wspomniane przez Ciebie słowiańskie wątki. Na „Krywań, Krywań” (1972) dojdzie jeszcze silnie uwydatniona góralszczyzna, która w mniejszym zakresie była słyszalna już we wcześniejszych nagraniach.
OdpowiedzUsuń