1973 - Przegląd płyt - mój TOP 100 11/22


 

15.08.2026


51-55

Kolejna propozycja znaczących wydawnictw z 1973 roku. Dzisiejszy segment zdominowały różne oblicza elektrycznego jazzu. Pojawiają się również dwa arcyklasyki - rockowy dwupłytowiec w wydaniu koncepcyjnym oraz wzorzec z Sèvres dla miłośników zeuhl.



55. The Who – Quadrophenia

W naszym kraju The Who nigdy nie cieszył się wielką estymą, tymczasem w Wielkiej Brytanii jest zgoła inaczej. Zapewne w jakimś stopniu jest to związane z tym, że przez lata na falach eteru żaden z radiowych guru nie lansował usilnie tego bandu. Przykłady Budgie i Wishbone Ash pokazują, że tego wątku nie można bagatelizować. Tak się złożyło, że obok siebie usadowiły się dwa klasyczne albumy dwupłytowe. I w tym przypadku aż korci mnie, aby wspomnieć o tym, jak zbawienne dla tego typu pozycji byłoby odpowiednie okrojenie materiału. Trudno wszak nie zauważyć, że „Quadrophenia” to wydawnictwo bardzo nierówne. Zawsze lubiłem stronę pierwszą i czwartą wydania analogowego. Szczególnie ostatnia jest wręcz znakomita – trzy bardzo udane kompozycje: „Dr. Jimmy”, „The Rock” i „Love Reign O'er Me”. W przypadku strony drugiej i trzeciej jest już znacznie gorzej. Niektóre piosenki brzmią jak odrzuty z sesji. Szkoda, bo odpowiednia selekcja materiału wyniosłaby album o piętro wyżej. Wówczas mógłby stanąć w szranki z wydanym dwa lata wcześniej „Who's Next”. Muzycy nie wyciągnęli wniosków z wcześniejszego dwupłytowca, bo przecież „Tommy” (1969) również był mocno nierówny. Analogie słychać również pod wzgledem formalnym. Townshend i spółka wykorzystują różne patenty „architektoniczne”, które spajały w jednorodną całość poprzedni koncept album. Więcej różnic dostrzeżemy w sferze brzmieniowej. „Tommy”, aczkolwiek progresywny w swojej epoce, z dzisiejszej perspektywy jest mocno zakorzeniony w paradygmacie muzyki z końca lat 60. „Quadrophenia”, choćby dzięki wykorzystaniu na szerszą skalę syntezatorów, brzmi jak typowy album z lat 70. 



54. Enrico Rava – Katcharpari

W latach 60. włoski trębacz często udzielał się w różnych projektach artystów związanych z jazzową awangardą. Warto wspomnieć choćby o tak prominentnych postaciach, jak: Steve Lacy, Gato Barbieri czy też Manfred Schoof. W latach 70. Enrico Rava wydał sporo płyt firmowanych własnym nazwiskiem. W tym okresie często grywał z nim wybitny gitarzysta amerykański, John Abercrombie. Nie inaczej jest na „Katcharpari”. To jeden z najlepszych albumów w dorobku trębacza. Rava w latach 70. odszedł od radykalnych eksperymentów free jazzowych. Jego płyty nagrywane w tej dekadzie były ciekawym przykładem poszukiwań własnego języka muzycznego. W warstwie formalnej materiał jest dość zwarty. Najdłuższe na płycie „Dimenticare Stanca” i „Cheerin’ Cherry” trwają circa 9 minut. Na „Katcharpari” mamy do czynienia z mieszanką nowoczesnego mainstreamu, umiarkowanego free i fusion. W tej stylistyce w latach 70. nagrał jeszcze kilka interesujących albumów: „Pupa O Crisalide” (1974), „Il Giro Del Giorno In 80 Mondi” (1976) i „Quotation Marks” (1976). Na szczególną uwagę zasługuje ostatni spośród nich.



53. Passport – Hand Made

Ponownie pozycja, która nie jest powszechnie znana. Temu właśnie służy mój ranking. Popularyzacja rzeczy niszowych, nieoczywistych, rzadko obecnych w polskich mediach w latach 70. Passport to zachodnioniemiecka formacja zaliczana do nurtu fusion. Przewodził jej saksofonista i klawiszowiec Klaus Doldinger. Był to jeden z najciekawszych zespołów europejskich, który próbował łączyć w swojej twórczości elementy rocka, jazzu i innych gatunków. Miłośnicy mocniejszych brzmień szczególnie cenią sobie debiutancki „Passport-Doldinger” (1971), na którym zespół bodaj w największym stopniu zbliżył się do rocka. Złote lata formacji przypadają na lata 1971-1976. „Hand Made” nie należy do absolutnie szczytowych osiągnięć grupy, choć może powalczyć o miejsce na podium. Ciekawy przykład europejskiej wersji tego gatunku. W owym czasie Passport nie skłaniał się jeszcze do bardziej komercyjnych odmian jazz rocka, dlatego album można polecić koneserom takiego grania. Najciekawiej wypadają partie saksofonu i instrumentów klawiszowych. Krzyżujące się brzmienia syntezatorów, organów i elektrycznego fortepianu są wręcz znakiem rozpoznawczym zespołu Doldingera. Jeszcze bardziej intrygująco zabrzmią na „Looking Thru” (1973) i „Cross-Collateral” (1975).



52. Return To Forever – Hymn Of The Seventh Galaxy

Na „Hymn Of The Seventh Galaxy” Return To Forever wyraźnie zgłosił akces do jazz rockowego królestwa. Już otwierająca album kompozycja tytułowa nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Czekają nas duże zmiany. Muzyka jest niezwykle dynamiczna, wręcz agresywna. Aby przydać jej aury kojarzącej się z tytułem, dodano kosmiczne efekty. Brzmienie jest zdecydowanie bardziej zelektryfikowane. Corea poszerza swoje klawiszowe instrumentarium - obok elektrycznego fortepianu wykorzystuje również organy. Pojawia się także fortepian akustyczny i klawesyn, choć ich rola jest marginalna. Stanley Clarke odkłada kontrabas i gra tylko na gitarze basowej. Bill Connors czasami sięga po gitarę akustyczną, jednak jego wiodącym instrumentem jest gitara elektryczna. Wszystko to sprawia, że „Hymn Of The Seventh Galaxy” zbliża się mocno do jazz rocka. Pod względem formalnym utwory nie odbiegają bardzo od „Light As A Feather” (1973). Po ekspozycji głównego tematu artyści raczą nas wirtuozerskimi solówkami – prym wiodą w nich elektryczny fortepian i gitara. Tak jest choćby w „After The Cosmic Rain” i „Captain Señor Mouse”. Drugi z wymienionych w znacznie większym stopniu może kojarzyć się z pierwszym etapem działalności zespołu. Głównie za sprawą silnego kolorytu hiszpańsko-latynoskiego. Connors, nie po raz pierwszy i ostatni, niebezpiecznie zbliża się do Johna McLaughlina. Duch Mahavishnu Orchestra unosi się mocno nad całym albumem. Z pewnością jest to mniej oryginalna odmiana fusion niż wcześniejsze wydawnictwa zespołu. „Hymn Of The Seventh Galaxy” zdecydowanie bardziej przemawia do ludzi słuchających rocka, przede wszystkim do miłośników rocka progresywnego.



51. Magma - Mekanïk Destruktïw Kommandöh

Materiał muzyczny został podzielony na siedem segmentów. Tak naprawdę mamy jednak do czynienia z rozbudowaną kompozycją, która wypełniła cały album. Pod względem formalnym w niemałym stopniu różni się od bardziej lub mniej rozpowszechnionych dzieł z kręgu rocka progresywnego. Nie przybiera kształtu suity, nie ma nic wspólnego z jamem i formą łukową. Poszczególne segmenty są mało skontrastowane. Rozwój tematyczny przywołuje skojarzenia z kantatami Carla Orffa. Na różnych poziomach muzycznego przekazu takich „orffickich” asocjacji jest zresztą więcej. Niezbyt duża indywidualizacja segmentów wchodzących w skład Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh wynika z ogólnego konceptu strukturalnego. Duży nacisk został położony na wykreowanie specyficznej atmosfery, którą mają budować obsesyjne repetycje. Muzyka ma wprowadzić słuchacza w swoisty trans, czasami wręcz stan uniesienia. Rozbudowane partie chóru czasami wręcz ociekają patosem, jednak jego specyfika jest nieco inna niż w przypadku znakomitej większości rozwiązań uskutecznianych przez twórców z kręgu tzw. rocka symfonicznego. Muzyka jest nieco mniej koturnowa, poza tym niejednoznaczna w swojej wymowie. Czasami wręcz perwersyjnie ujawnia dialektyczne napięcie między patosem a groteską.

 Zdaniem większości krytyków i miłośników zespołu Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh jest najwybitniejszym osiągnięciem Magmy. Niewątpliwie jest to bardzo interesujący przykład syntezy rocka z dwudziestowieczną muzyką „poważną”. Melanż dojrzały, konsekwentny i nietypowy, choć czasami mocno epigoński. Muszę przyznać, że bardziej przemawiają do mnie dwa inne studyjne albumy bandu – „1001° Centigrades” (1971) i „Köhntarkösz” (1974). W przypadku „Mekanïk Destruktïw Kommandöh” problemem jest dla mnie fakt, że partie wokalne zupełnie zdominowały fakturę kompozycji. W rezultacie powstał prawdziwy „słowotok”. Bardzo brakuje mi ciekawych partii instrumentalnych, które często były mocną stroną zespołu. Byłby to również ciekawy element wzbogacający narrację muzyczną. Tak czy inaczej, „Mekanïk Destruktïw Kommandöh” jest intrygującym przykładem poszerzania granic estetycznych rocka. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz