The Soft Machine - The Soft Machine (1968) 3/3

 


19.02.2026


Debiutancki album kanterberyjskiej formacji doskonale ukazuje drogi i rozdroża rocka eksperymentalnego w latach 60. W owym czasie The Soft Machine był jednym z koryfeuszy, kreujących nowe tendencje rozwojowe w szeroko pojętej muzyce rockowej. Na początku swojej drogi penetrował przede wszystkim obszary psychodeliczne, tworząc oryginalną odmianę tego nurtu. W ostatniej części eseju nie zabraknie wymownych przykładów.

Suita wypełniająca drugą stronę płyty to w gruncie rzeczy cykl utworów, które nie posiadają żadnej myśli przewodniej, przynajmniej w konwencjonalnej formie. Spokojnie można traktować je również jako oddzielne kompozycje. Na początku pojawia się Save Yourself Wyatta, mocno zanurzony w estetyce popu lat 60. Na dobrą sprawę mogłaby to być przebojowa piosenka, gdyby nie instrumentalne interludium, w którym słychać przesterowane brzmienie organów Ratledge'a. Króciutka instrumentalna Priscilla (poświęcona Priscilli Scanio, ówczesnej dziewczynie Ratledge'a) przechodzi szybko w kolejny temat mogący stać się przebojem - Lullabye Letter Ayersa. Niniejszy utwór jest kolejnym dowodem na to, że Ayers był zwolennikiem bardziej konwencjonalnego, piosenkowego grania. Kompozycje jego autorstwa, jak choćby kolejna z nich We Did It Again, pokazują, że miał smykałkę do pisania bezpretensjonalnych piosenek, niejednokrotnie posiadających komercyjny potencjał. Uwagę zwraca w niej główny temat, utrzymany w tempie równomiernie pędzącego pociągu. Podobne zabiegi aranżacyjne i agogiczne będzie stosował Ayers na swoim debiutanckim krążku Joy Of A Toy” (1969), by wymienić tylko intrygujący Stop This Train (Again Doing It).

Po miniaturce Plus Belle Qu'une Poubelle otrzymujemy kolejny świetny rockowy numer Why Are We Sleeping? z zapadającym w pamięć głównym tematem melodycznym. Zwieńczeniem albumu jest krótki temat Box 25/4 z hipnotycznym, ostinatowym motywem zagranym unisono przez Ratledge'a i Hoppera. Utwór powstał w pokoju hotelowym tuż przed sesją nagraniową, gdy obydwaj muzycy zabawiali się graniem akordów mających wprawić w irytację Kevina Ayersa, który zajmował sąsiedni pokój. Box 25/4” jest wczesnym świadectwem zainteresowania rileyowskim minimalizmem. Na większą skalę pojawi się na pomnikowym „Third” (1970). Apogeum tendencji związanych z minimalizmem objawi się na studyjnej płycie „Six” (1973) - de facto wszystkie kompozycje będą mocno przesiąknięte niniejszą estetyką.

Debiutancki album z pewnością jest najbardziej rockowym wcieleniem zespołu. Jeżeli ktoś nie lubi jego bardziej jazzowego oblicza, to debiut może wywrzeć zgoła odmienne wrażenie. Znalazło się na nim sporo melodyjnych fragmentów, by wymienić takie utwory jak: Hope For Hapiness, A Certain Kind, Save Yourself czy też Why Are We Sleeping?. W gruncie rzeczy każdy z nich, po niezbędnych retuszach aranżacyjnych, mógły zaistnieć na ówczesnych listach przebojów . Eponimiczny debiut jest bardzo oryginalnym konglomeratem chwytliwej muzyki pop, psychodelicznego szaleństwa i awangardowych eksperymentów. Co ciekawe, pierwiastków jazzowych nie ma jeszcze zbyt dużo. Słychać wprawdzie, że muzycy nasłuchali się sporo jazzu (wokalistyka Wyatta, specyficzne frazowanie, feeling, skłonności do rozwiązań rytmiczno-harmonicznych), jednak mimo wszystko elementy rockowe wyraźnie przeważają. Dopiero odejście „rockowego” Ayersa i dołączenie „jazzowego” Hoppera w wyrazisty sposób zmieni proporcje.

Większy rozgłos nie był możliwy, bowiem macierzysta wytwórnia w nikłym stopniu zadbała o reklamę. Nie to było jednak decydującym czynnikiem. Płyta nie mogła odnieść większego sukcesu komercyjnego, ponieważ była zbyt bezkompromisowa i odważna. Język harmoniczny i rytmiczny znacznie odbiegał od popowo-rockowej sztampy. Chwytliwe melodie często współistniały z dysonansowymi fakturami, sporo było także eksperymentów sonorystycznych. Inna sprawa, że wokalistyka Wyatta nie była tym, czego oczekiwała masowa publiczność. W rezultacie otrzymaliśmy pstrokatą muzykę, mieniącą się różnymi barwami i odcieniami, udatnie łączącą tradycję z eksperymentem. Uwagę zwracały znakomite, jak na debiutantów, umiejętności techniczne, które umożliwiały popisy solowe, szczególnie w częściach instrumentalnych.

Jednym z oryginalnych rysów debiutanckiego krążka było to, że niemal zupełnie nie zawierał partii gitarowych. W latach 60. było to rzadkie zjawisko. Innym znanym zespołem, podążającym w tym względzie podobną drogą, był The Nice, w którym Keith Emerson stosunkowo szybko pozbył się Davida O'Lista. Grupa z Canterbury będzie wierna bezgitarowej formule do 1973 roku, kiedy to zasili ją wybitny gitarzysta, Allan Holdsworth. W tamtym czasie będzie to związane ze stopniowym grawitowaniem w stronę jazz rockowego mainstreamu. W kontekście eponimicznego debiutu nie sposób nie wspomnieć o tekstach utworów. W największym skrócie, były osobliwym melanżem inspiracji twórczością beatników, poezji surrealistycznej i dadaistycznej. Wszystkie zostały okraszone specyficznym angielskim poczuciem humoru z silną dozą ekscentryzmu. Dopełnieniem całości była charakterystyczna okładka utrzymana w technice kolażu, doskonale ilustrująca dźwiękową zawartość wydawnictwa.

Z dzisiejszej perspektywy można skonstatować, że jest to jeden z ważniejszych i bardziej oryginalnych debiutów w dziejach rocka. W momencie, gdy ujrzał światło dzienne, wzbudzał sporo kontrowersji. Oceny krytyków były częstokroć diametralnie różne. Wedle adwersarzy, był naiwny, nierówny, pozbawiony konsekwencji, cierpiał na przerost ambicji. Pojawiały się nawet opinie, że jest głupi i obłąkany. Apologeci kanterberyjskiego tria docenili jego zjawiskową oryginalność. Według nich, był niezwykle poruszający i sugestywny, zwracano uwagę na unikalne brzmienie. Jeden z krytyków muzycznych określił go mianem „niedocenionego klejnotu”. Zwracano uwagę na dojrzałą syntezę pierwiastków rockowych i jazzowych. Pojawiały się głosy, że jest to jeden z przełomowych albumów w rozwoju rocka psychodelicznego i, generalnie, co bardziej ambitnych nurtów rockowych. Niebawem zaczęto je określać jako progresywne.

Debiutancki album The Soft Machine był źródłem inspiracji dla wielu muzyków z szeroko pojętej sceny progresywnej. Najbardziej oczywiste i ewidentne są skojarzenia z różnymi kanterberyjskimi bandami (np. Caravan, Egg, Hatfield & The North). Nie chodzi tylko o profil stylistyczny, ale także sztukę wokalną i grę instrumentalistów. Wdzięcznym obiektem analiz może być choćby gra klawiszowców, takich jak David Sinclair i Dave Stewart. W kontekście wpływów warto przywołać opinię gitarzysty Roxy Music, Phila Manzanery: Po raz pierwszy usłyszałem „The Soft Machine” w 1968 roku. W znacznym stopniu zmienił mój gust muzyczny, poszerzając jednocześnie spojrzenie na muzykę. Do tej pory byłem dość konwencjonalnym rock'n'rollowcem. Zajęło mi trochę czasu zrozumienie tej muzyki, jednak od razu uznałem ją za niezwykłą. Zapragnąłem grać na gitarze tak, jak na organach robił to Mike Ratledge, wygrywający powyginane nuty. Szczególnie istotne były dla mnie Why am I So Short?, solo gitary basowej w Joy Of A Toy i perkusja na całym albumie. Było to naprawdę coś wyjątkowego.



29 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dalszy ciąg refleksji po odświeżeniu sobie płyt Soft Machine. "Dwójka" to naprawdę arcydzieło - bardzo jej nie doceniłem: kopalnia pomysłów (nawet tradycyjna wyliczanka z angielskim alfabetem kapitalnie wpleciona w całość, albo jak oryginalny jest numer z gitarą akustyczną i głosem "Dedicated To You..." ), brzmi nadal bardzo świeżo i inspirująco i oczywiście - masz rację - nie byłoby stylu Stewarta i Sinclaira. Stwierdzam, że obecnie obok Rotters Club "Dwójka" Softs to moja ulubiona płyta Canterbury! Słuchałem jej kilka dni niemal non stop.
    Niestety opinii co do "Trójki" nie zmieniam. Rozumiem wpływowość, ale płyta zwyczajnie mnie nuży - uważam, że utwory są przesadnie wydłużone, co zwłaszcza w połączeniu z kiepską jakością nagrań, po prostu męczy. Nie jest to wcale krok naprzód w stosunku do "Dwójki", bo nie ma tu żadnego elementu, którego by nie pojawił się już na "Dwójce" (tylko tam jest to podane w skondensowanej efektownej formie). Blado też wg mnie wypada trójka w porównaniu do klasycznych płyt fusion z tamtego okresu, na których pojawiają się długie formy - np. "Mwandishi" czy "In A Silent Way".

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy28/2/26 15:36

    Oooo, to nie tylko ja nie zachwyciłem się Trójką.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Trójka" jest dla mnie płytą z kręgu "szanuję, ale osobiście nie przepadam". Choć - obiektywnie - nie jest chyba tak, że grają na tej płycie jakieś bardzo skomplikowane rzeczy (tak mi się przynajmniej wydaje, ale nie będę się zarzekał, bo nie słuchałem płyty "z ołówkiem" w ręku). Brakuje też bardzo surrealistyczno-dadaistycznej aury, która jest jednym (z wielu!) walorów "Dwójki".

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie „Volume Two” i „The Rotters’ Club” to również ścisły top sceny Canterbury. W przypadku „Third” jesteśmy po dwóch stronach barykady. Będzie jeszcze okazja szerzej o tym podyskutować, bo zarówno „Volume Two”, jak i „Third” doczekają się rozbudowanych recenzji.

    Mam nadzieję, że kolega Białystok jutro po meczu będzie w szampańskim nastroju. Będzie jednak ciężko. Nie ze względu na rywala, ale epicki bój w pucharach i brak czasu na regenerację sił. Szkoda, że tak się to ułożyło. W razie niekorzystnego wyniku, trudno będzie nie wracać do tego wątku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1/3/26 21:20

    Od euforii po szanowanie 1 pkt. Jednak zwiedzanie Stadio Uffizi dało znać o sobie. Ale 0:2 u siebie z biedną Stalą siedzącego na beczce prochu Irka Mamrota? Sentyment do lat 70-tych i pomocna dłoń aby dalej ciągnąć ten 1-ligowy wózek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekompetentny zarząd + denny trener. Do tego prezydent miasta, typowy politykier, który mianuje na prezesa klubu swojego człowieka. Niemal wszyscy kibice zorientowali się już, że gość nie ogarnia, ale jest trzymany na stołku. Zasada „mierny, ale wierny” wiecznie żywa.
      Edit - Właśnie pojawiła się informacja o rozwiązaniu kontraktu ze Skrobaczem. Stanowczo za późno. Problem w tym, że nowego trenera będzie wybierał zarząd...

      Usuń
    2. Białystok2/3/26 12:55

      I wybrał. Plewnia Piotr urodzony w Opolu. Kojarzę go tylko jako ligowego wyrobnika mimo, że za wiele w ESA nie pokopał. Jak zerkam na Odrę to pierwsza rzecz - Tomas Prikryl oczywiście.

      Usuń
  8. Nie wiem, czy podyskutujemy o Third (haha), bo moje uwagi są ściśle subiektywne i prywatne. Siłą rzeczy wszystkie takie są, ale w przypadku niektórych płyt, no jakoś próbuję obiektywizować krytykę i wykazać, że album jest naprawdę słaby. Third to nie jest ten przypadek - doceniam, szanuję, ale indywidualnie mi nie leży, więc pola do dyskusji chyba specjalnie nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  9. Białystok2/3/26 11:49

    Dyskutować możesz ale i tak polegniesz. Jak najpierw podglądałem Dinozaurów i Wielką Grę, przerażony jej poziomem będąc a zwłascza wiedzą jej tradycyjnego zwycięzcy, to wielce rozbawił mnie wpis jednego z jej uczestników, który zarzucił autorowi bloga, że co drugie jego pytanie jest o Soft Machine :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Komu jak komu, ale okechukwu merytorycznych argumentów z pewnością by nie zabrakło. Co do „Wielkiej gry” to wtedy specjalnie to sprawdziłem. W ciągu roku były bodajże dwa pytania (w tym jedno na temat Wyatta). Na sto kilkadziesiąt.

    OdpowiedzUsuń
  11. Białystok2/3/26 12:34


    Ciekawe zatem dlaczego, nie pamiętam już kto, sformułował taką tezę. Niby drobna rzecz, a pozostała w głowie na lata.

    OdpowiedzUsuń
  12. Białystok ma świętą rację - w dyskusji z Tobą na temat Soft Machine zostałbym rozbity w puch i poległbym nawet nie zdążywszy kwiknąć. Dlatego rozsądniej jest jej nie podejmować (haha).

    OdpowiedzUsuń
  13. Apropos Soft Machine. W latach 90 tych pracowałem w Warszawie i miałem okazję poznać Jacka Leśniewskiego... A ja już wtedy słuchałem jazzu, Crimson klasyki i Third.było dla mnie genialne pomimo kiepskiego brzmienia. Pan Leśniewski publikował swoje koszmarki w tylko rocku po to, żeby sprzedawać płyty ze swojego sklepu, ale pamiętam rozmowę z nim. On nie udawał on eśnieeskiego Softeśniewskiegonie rozumiał muzyki po prostu wymyślił sobie że będzie dprzedawał efemerydy i sprzedawał. Dla Leśniewskiego historia Soft Machine kończy się na płycie o której tutaj piszesz...:)

    OdpowiedzUsuń
  14. „Dla Leśniewskiego historia Soft Machine kończy się na płycie o której tutaj piszesz...:)”.

    Zazwyczaj takie jest podejście typowego rockersa. Leśniewski od kilkudziesieciu lat siedzi w muzyce rockowej i nie chce mu sie wyściubić nosa poza jej opłotki. Po tym, jak przeorał cały klasyczny rock progresywny, zaczął zgłębiać beat z lat 60. Osobliwa ewolucja. Nie wiem, skąd wzięła się u niego megalomania w kwestiach muzycznych. Poznałem go w latach 90. słuchając audycji Beksińskiego. Leśniewski przychodził z worem płyt i prezentował różne mało znane dziwadełka z przełomu lat 60. i 70. Szybko dał się poznać jako człowiek o mentalności handlarza. Do dzisiaj pamiętam jego katalogi z „Megadiscu”. Co druga płyta to „mus!”.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jest dokładnie tak jak napisałeś. Uśmiechnęłem się jak to przeczytałem bo pamiętam jak kiedyś dyskutowaliśmy i powiedziałem mojemu dobremu koledze, że Leśniewskiemu teraz to już został tylko Chuck Berry i Jerry Lee Lewis. Taka osobliwa ewolucja:) Pamiętam jak strasznie zachwalał Out Of Focus- pierwsze 2 płyty pisząc, że to takie Colosseum tylko mają więcej pary:) do Colosseum wracam raz na parę lat i do dziś bardzo lubię, zwłaszcza tą koncerową płytę. Natomiast Out of Focus mocno się rozczarowałem i nawet nie chcę mi się dziś przypominać sobie tych płyt...

    OdpowiedzUsuń
  16. Out Of Focus to syndrom większej całości. W latach 90., gdy zaczęły pojawiać się możliwości dotarcia do artystów z drugiego i trzeciego planu, zachłysnęliśmy się ogromem muzyki do poznania. Niektórzy do tego stopnia, że zaczęli wynosić niektóre bandy na piedestał. Pojawiały się głosy, że nie są gorsi od tych najlepszych, a czasami może i nawet lepsi. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku ten trend był dość silny. Z czasem, gdy ludzie gruntownie przeorali temat i mieli czas na pogłębioną refleksję, pojawiło się bardziej realistyczne podejście. Okazało się, że Najwięksi faktycznie słusznie należą do elity. Rzecz jasna, można wskazać trochę wykonawców, którzy mieli trochę pecha, byli niedocenieni. Generalnie gradacja jest jednak dość sensowna. Mam na myśli ambitniejsze nurty szeroko pojętej muzyki popularnej, bo w obrębie popu nierzadko spektakularne sukcesy odnosiły różne muzyczne potworki. Nie inaczej było w przypadku punk rocka, gdzie nie brakowało amatorów i strasznie siermiężnych wyrobników. Handlarze pokroju Leśniewskiego wykorzystują zamiłowanie ludzi do muzyki i wciskają im różne rewelacje. Obecnie, w dobie internetu, można sprawdzić sobie różne wynalazki muzyczne. Dzięki temu nie jesteśmy zdani na naciągaczy, którzy wciskają nam nowy, nieznany zespół na poziomie Pink Floyd, Led Zeppelin, Colosseum itp. Co gorsza, handlował pirackimi płytami. Jeśli ktoś wie, że ma do czynienia z piratami to OK, jego sprawa. Facet z „Megadiscu” sprzedawał jednak piraty jako oficjalne wydawnictwa. To już jest podłość i niegodziwość z jego strony.

    OdpowiedzUsuń
  17. A znasz Jurka Skarżyńskiego? Nie porównuje go Leśniewskiego natomiast to kolejny beton. Poznałem Jurka w w 1998 r na giełdzie Pod Przewiązką w Krakowie.Jurek rocznik 56 ja sporo młodszy zakumpowaliśmy się. Tłumaczyłem mu na czym polega fenomen Bitches Brew. A potem słyszę w nocnej audycji radia Kraków płyta Marillion. Com i podnieta Jurka, że wybitna płyta:) Beton, ale uczciwy :) Do dziś facet nie rozumie ani Bitches Brew ani On the corner:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Skarżyńskiego oczywiście kojarzę. Każdy, kto głębiej interesuje się rockiem progresywnym czy też klasycznym, raczej na niego trafi w necie. Audycji nie słuchałem, bo nie mieszkam w Małopolsce. Swoją drogą, w XXI wieku w zasadzie wcale nie słucham już radia. Wolę poszukiwać muzyki samodzielnie. Radiowi guru muzyczni mieli swoje złote czasy w okresie rządów Gomułki, Gierka, Kanii i Jaruzelskiego. Jeszcze w latach 90. oddziaływali na słuchaczy, ale z roku na rok ich wpływy malały. W Krakowie nieco podobny przypadek to Piotr Kosiński. Z nim również nie pogadasz o „Bitches brew” czy „On the corner”. Z kolei godzinami mógłby rozprawiać o trzeciorzędnych grupach neoprogresywnych. Na giełdę „Pod przewiązką” jeździłem na przełomie lat 80. i 90., gdy dostęp do płyt był bardzo ograniczony. Za pierwszym razem myślałem już, że przyjechałem na darmo, bo nikt nie był w stanie powiedzieć, gdzie jest ulica Bydgoska. Zdesperowany spytałem o drogę funkcjonariusza MO, który akurat przechodził w pobliżu. Na szczęście znał drogę. To moje jedyne pozytywne skojarzenie z milicją w czasach komuny ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No faktycznie trudno tam było trafić. Nie wiem czy wiesz ale w bloku obok akademika przy Bydgoskiej mieszkał Bronisław Cieślak i często widywałem go tam z psem ale to tak na marginesie:) co do radia. Dziś mam mnóstwo płyt do posłuchania i nie wiem czy życia wystarczy, natomiast wtedy słuchałem radia Kraków i audycji Jurka on naprawdę był pasjonatem

      Usuń
    2. Ponieważ sam zacząłeś temat muszę się odnieść. Odnośnie Kosińskiego. Już wtedy po przewiązką nazywany był Ojcem Dyrektorem. Nie reformowalny beton no Czarnek dziś przy nim wymięka:) przychodził pod Przewiązke opowiadał dziwne historie, ałe i tak to były fajne czasy

      Usuń
  19. Po książki napisane przez Skarżyńskiego nie sięgałem. Krótkie opisy najbardziej znanych płyt polskich i zagranicznych niewiele wnoszą. Mogą być jednak przydatne dla początkujących słuchaczy. Wolałbym poczytać analityczne eseje na wybrany temat.

    OdpowiedzUsuń
  20. Anonimowy6/5/26 05:34

    Nigdy nie napisał nic co mogłoby zainteresować kogoś kto chciałby pogłebic wiedzę. Ale muszę tutaj złożyć samokrytykę. Ponieważ napisałem, że Jurek to jest beton. Przepraszam on kochał New romantic:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Wiesz ale ja nie trafiłem na niego w necie bo wtedy praktycznie neta nie było. Mam ogromny szacunek za to, że prowadził giełdę pod Przewiązką przy ul. Bydgoskiej i potem walczył o tą knajpę, bo to była knajpa ale nie dostał wsparcia od miasta, a chyba każdy kto mieszkał w Krakowie po 1998:roku i kochał muzykę musiał tam trafić.

    OdpowiedzUsuń
  22. Odnośnie Przewiązki. Chodziłem tam w każdą niedzielę od 1998 roku mieszkałem blisko. Ok 90% to był beton, ale jednak wtedy nie było internetu poznałem tam np Andrzeja Potoczka, króry zawsze siedział z płytą Kind of Blue nie po żeby ją sprzedać... Swoją drogą wiem że bardzo chorował nie wiem co z nim dziś. Dowiedziałem się od ciebie że Leśniewski handlował piratami nie wiedziałem tego oczywiście to wyklucza tego człowieka z jakiejkolwiek dyskusji. Natomiast pod Przewiązką nie było piratów. Pamiętam do dziś jak polowałem na płytę Sama Riversa z Braxtonem i Davem Hollandem i trafiło się na vinylu...

    OdpowiedzUsuń
  23. Rzuciłem ci zbyt wiele komentarzy na raz. Ok ale odnieś się w wolnej chwili. Poza tym chyba lekko odświeżyłem Twój blog bo umierał a szkoda bo znakomicie piszesz!!!

    OdpowiedzUsuń
  24. „Odnośnie Przewiązki. Chodziłem tam w każdą niedzielę od 1998 roku mieszkałem blisko”.

    W takim razie na pewno na siebie nie trafiliśmy. Jeździłem tam w latach 1988-1990. Super miejsce. Można było spotkać pasjonatów, porozmawiać o muzyce, rzadkich płytach. Wtedy szukało się najczęściej klasycznych pozycji. Tak było przynajmniej w moim przypadku, bo byłem jeszcze nastolatkiem i dopiero zaczynałem wchodzić głębiej w tematy muzyczne.

    Przy okazji. Nierzadko nie odpowiadam od razu, bo zdarza mi się, że nie wchodzę przez kilka dni na bloga. To tylko margines mojej działalności. Blog ma ograniczony zasięg, ponieważ od dwóch lat na stronie występuje błąd techniczny. Większość stron nie jest indeksowana. Można na nie wejść tylko w przypadku, gdy ktoś już zna bloga i świadomie po nim serfuje. Z pozycji wyszukiwarki Google są niewidoczne. W pewnym sensie to dobrze, bo wolę, aby w to miejsce trafiały świadome osoby. Jakość jest lepsza od ilości.

    OdpowiedzUsuń