3.02.2026
Tym razem proponuję trzyczęściowy esej poświęcony jednej z najważniejszych płyt w historii rocka psychodelicznego. Nieco bardziej wnikliwie zagłębimy się w jej zawartość. Warto poznać, jaka była historia jej powstania. Ciekawy, czasami nieoczywisty, jest również zakres wpływów.
30 stycznia 1968 roku grupa udała się do Stanów Zjednoczonych na dziewięciotygodniowe tournée. Występowała jako support The Jimi Hendrix Experience. Była to trasa promocyjna dla wydanej właśnie drugiej płyty zespołu Hendrixa „Axis: Bold As Love”. Dla The Soft Machine była to wielka szansa wypłynięcia na szerokie wody. Grali wszak z muzykiem, który stał się sensacją w rockowym światku - miał trzy single w pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy przebojów. Album Hendrixa dotarł do drugiego miejsca na liście najlepiej sprzedających się płyt (wyprzedził go tylko niepodzielnie królujący „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band”). Był to więc niekwestionowany sukces komercyjny. Muzycy z The Soft Machine, grając jako support, mieli sposobność występować przed licznym audytorium. Co istotne, grali w kraju, będącym największym rynkiem muzycznym. Była to więc dla nich ogromna szansa, aby zdobyć szerszą popularność, tym bardziej, że szykowali się powoli do nagrania debiutanckiego albumu.
Trasa była kiepsko przygotowana. Niemal na każdym kroku było widać, że management był nastawiony na maksymalizację zysków, zapominając o elementarnych kwestiach związanych z organizacją koncertów. Praktycznie nie było czasu na normalne przygotowanie występu. Zazwyczaj ekipy wpadały w ostatniej chwili walcząc gorączkowo z czasem. Artyści, pracując w spartańskich warunkach, z wolna popadali w coraz większą frustrację. O tym, w jakim stanie psychicznym był wówczas Hugh Hopper (w tym czasie odpowiadał za organizację koncertów), najlepiej świadczy osobliwe wydarzenie. W czasie pobytu w Nowym Jorku postanowił ogolić głowę na łyso. Rychło tego pożałował. Napięcia i stresy, których permanentnie doświadczał, skłoniły go do porzucenia tego zajęcia. Koncertowe szaleństwo miało także inne negatywne konsekwencje. Pojawiły się narkotyki i alkohol, które miały być lekarstwem na stres i zmęczenie. Szczególnie widoczne było to na przykładzie Roberta Wyatta, który do tej pory znany był z purytańskiego stylu życia. Muzycy z grupy Hendrixa, Noel Redding i Mitch Mitchell, wciągali Wyatta w alkoholowe libacje, które niejednokrotnie kończyły się upojeniem do nieprzytomności.
Grupie udało się w końcu podpisać kontrakt na nagranie albumu dla amerykańskiej wytwórni Probe, będącej filią ABC Records. Za jej produkcję odpowiedzialni byli: Chas Chandler, ich ówczesny manager oraz postać nieomal legendarna, Tom Wilson. Wcześniej pracował z takimi artystami, jak: Bob Dylan, The Mothers of Invention, Simon and Garfunkel, The Velvet Underground, Sun Ra, Cecil Taylor. Muzycy spędzili w studiu zaledwie cztery dni. Trudno zatem mówić o starannie dopieszczonym materiale. Szybkie tempo pracy sprawiło, że jego możliwości nie zostały należycie wyzyskane. W niemałym stopniu była to wina Toma Wilsona, który podszedł z dezynwolturą do muzycznego projektu debiutantów zza Wielkiej Wody.
Producent cały czas sprawiał wrażenie człowieka niezbyt zainteresowanego powierzoną mu pracą, co istotne, nie rozumiał muzyki The Soft Machine. Nie dziwi zatem fakt, że muzycy nie wspominali tej współpracy najlepiej. Kevin Ayers: Zaczęliśmy z bardzo dobrymi pomysłami, ale album był amatorski, niezgrabny, źle wyprodukowany (...) Wszystko, co zapamiętałem na temat Wilsona, to tylko to, że siedział przy telefonie i przed cały dzień dzwonił do swoich dziewczyn. Chas Chandler również był zwolennikiem szybkiej produkcji płyty. Przyczyny były co najmniej dwie. Pierwsza, a jakże, stricte merkantylna. Ponoć odpowiadało mu również surowe brzmienie muzyki. Szybkie zarejestrowanie materiału w studiu miało umożliwić lepsze uchwycenie esencji muzyki. W rezultacie płyta została nagrana niemal na żywo. Praktycznie nie została poddana procesowi postprodukcji. Na szczęście The Soft Machine był zespołem dobrze czującym się w improwizowanym graniu. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta w sferze producenckiej była ewidentnie niedopracowana.
Po zarejestrowaniu debiutanckiej płyty oraz ostatnim koncercie w Troy artyści powrócili na odpoczynek do Anglii. Za sprawą Roberta Wyatta postanowili poszerzyć skład o gitarzystę. Ostatecznie został nim Andy Summers, którego gra już wcześniej bardzo przypadła do gustu Wyattowi. O przyjęciu Summersa zadecydował ostatecznie jam, który miał miejsce 4 maja 1968 roku w jego londyńskim mieszkaniu. W czerwcu The Soft Machine wyjechał ponownie do USA, gdzie zagrał pięć koncertów. Tym razem bez Hendrixa. Rychło okazało się, że Ayers i Summers nie mogą występować razem. Ayers był zwolennikiem grania w składzie trzyosobowym, dlatego systematycznie wywierał presję na swoich kolegów, aby pozbyć się Summersa. Ostatecznie dopiął swego w lipcu w Nowym Jorku, gdzie muzycy postanowili zrezygnować z usług gitarzysty.
Właściwe tournée z zespołem Hendrixa rozpoczęło się 30 lipca w Bâton-Rouge w stanie Luizjana. Tym razem występy odbywały się w jeszcze większych halach. Przychodziło na nie coraz więcej widzów, co było pokłosiem pierwszej tury, zbierającej pochlebne opinie w prasie muzycznej. Niestety z tej trasy nie zachowały się żadne profesjonalnie nagrane utwory, których jakość dźwięku byłaby satysfakcjonująca. Fonograficznym dokumentem występów jest płyta „Turns On Vol.2”, która zawiera między innymi utwory z Davenport w stanie Iowa. Ich jakość jest jednak kiepska, dlatego nie jest w stanie oddać w pełni tego, co działo się na scenie. Relacje między muzykami The Experience i The Soft Machine były bardzo dobre. Hendrix i jego koledzy, pomimo że występowali jako gwiazda wieczoru, nigdy nie dawali im do zrozumienia, kto tu jest najważniejszy. Ba, niejednokrotnie pomagali swoim kolegom. Hendrix i jego towarzysze z zespołu bardzo pochlebnie wyrażali się o muzyce kanterberyjskiego bandu. Robert Wyatt na tyle zaprzyjaźnił się z Noelem Reddingiem, że wspólnie poważnie brali pod uwagę założenie własnego zespołu. Ostatecznie z tych planów nic nie wyszło.
Konflikt między Ayersem a Summersem był tylko wstępem do znacznie poważniejszej linii podziału, która stopniowo zaczęła się zarysowywać w czasie drugiego tournée amerykańskiego. Okazało się, że trzyosobowy organizm nie stanowił już kolektywu. Kevin Ayers był coraz bardziej sfrustrowany ewolucją stylistyczną zespołu. Nie odpowiadała mu postępująca radykalizacja języka muzycznego. Ayers: Mike i Robert byli znacznie lepiej wykształceni muzycznie. Myślę, że moja prostota ich nudziła. W Nowym Jorku poznałem Gila Evansa i Terry'ego Rileya. Bardzo lubiłem jazzmanów, z którymi zapoznali mnie Daevid i Robert, ale to znacznie wybiegało poza mój sposób pojmowania muzyki. Nie byłem zainteresowany graniem utworów na 19/7 tylko po to, aby to zrobić. The Soft Machine podążał w kierunku jazz fusion, a ja za tym nie przepadałem. Lubiłem czysty pop. Wchodzili w coś, co można określić jako: „gramy dla siebie, a widownię mamy gdzieś”.
Oprócz różnic natury artystycznej, ważnym powodem odejścia Ayersa z zespołu był fakt, że nie najlepiej czuł się w czasie trasy koncertowej. Natłok występów, nie kończące się długie podróże. Wszystko to sprawiło, że we wrześniu, gdy trasa w końcu dobiegła końca, był skrajnie wyczerpany i zniechęcony. Frustrację pogłębiały fatalne doświadczenia z muzycznym show biznesem. Materiału do przemyśleń było sporo. Kilkanaście miesięcy wytężonej pracy, nagranie płyty, dwie wielkie trasy koncertowe po Ameryce Północnej, rozliczne koncerty w Europie Zachodniej. Powyższe wydarzenia uświadomiły mu, że ludzie z branży muzycznej nie zwracają niemal zupełnie uwagi na kwestie natury artystycznej. Nade wszystko, liczył się dość cynicznie pojmowany merkantylizm, połączony z przedmiotowym traktowaniem muzyków. W rezultacie doszedł do przekonania, że czas podążyć nieco inną drogą.

Dawno tego albumu nie słuchałem, no to trafiła się okazja. Po wymianie CD na LP może raz, góra dwa, go posłuchałem dobrych kilka lat temu. Ponieważ ostatnio sporo przerabiam współczesnych brzmień, produkcja tego albumu, dotąd co najwyżej średnia, dziś jawi się bardzo bardzo źle. Obawiam się, że to nawet nie jest już pozycja na półkę, tylko dokument tamtej epoki. Sporo ten blog narobił DLA mnie ostatnio mętliku w głowie :)
OdpowiedzUsuń