16.01.2026
Szkoła Notre Dame - Leoninus
Tym razem czas na giganta muzyki polifonicznej. Bez niego nie sposób byłoby nakreślić ewolucję muzyki wielogłosowej. Twórczość Leoninusa będzie wzorem i istotnym punktem odniesienia dla następnych pokoleń kompozytorów.
We wczesnym okresie (IX-XII wiek) rozwój najważniejszej formy muzyki polifonicznej, czyli organum, można w uproszczeniu podzielić na trzy fazy. IX-X wiek to epoka kontrapunktu paralelnego. W XI wieku rozwinął się kontrapunkt o przeciwnym ruchu głosów, czyli techniki discantus. Wreszcie w XII wieku do głosu dochodzi kontrapunkt ozdobny, tak typowy zarówno dla szkoły St. Martial w Limoges (polifonia akwitańska), jak i paryskiej szkoły Notre Dame. Wczesna polifonia była jeszcze trochę toporna, bowiem zróżnicowanie głosów było niewielkie. Systematyczna tendencja do usamodzielniania się głosów i zróżnicowania między stylem melizmatycznym i diskantowym w pełni objawiła się w twórczości mistrzów szkoły paryskiej.
Szkoła Notre Dame to nie tylko nazwa ośrodka muzycznego, ale również określenie całej epoki w historii sztuki dźwięku wieków średnich. W tym przypadku w grę wchodzi okres przypadający circa na lata 1160-1250. Zwieńczeniem rozwoju polifonii na tym etapie była twórczość Leoninusa i Perotinusa, czyli dwóch najwybitniejszych przedstawicieli tego nurtu. Fundamentalne znaczenie mają kompozycje Leoninusa zebrane w „Magnus Liber Organi”. Był to wielki cykl kompozycji organalnych na wszystkie święta roku liturgicznego. Nie wiemy, czy wszystkie zgromadzone utwory są jego autorstwa. Jedno jest pewne, w kręgach artystycznych ówczesnej Europy były popularne i niezwykle wpływowe. W istocie przygotowały grunt pod rozwój polifonii w kolejnych wiekach. Jedna z zasadniczych innowacji polegała na tym, że Leoninus wprowadził głos chorałowy prowadzony w dolnym głosie w długich wartościach rytmicznych, któremu towarzyszył melizmatyczny głos górny.
Punktem wyjścia był dla Leoninusa dorobek szkoły akwitańskiej. Dwugłosowe organa miały burdonowe partie melizmatyczne, w których długo brzmiące dźwięki chorałowe były podstawą dla szerokich, fantazyjnie ukształtowanych łuków melodii głosu organalnego. W owym czasie rozwijało się nie tylko organum, ale także inna forma - conductus. Z reguły miały fakturę sylabiczną. Co istotne, w całości były owocem inwencji kompozytora, bez zapożyczeń z chorału, co było typowe dla organum. Leoninus pisał swoje polifoniczne utwory tylko na dwuosobowy aparat wykonawczy. Dopiero jego wielki następca, Perotinus, pójdzie o krok dalej, tworząc utwory na trzy i cztery głosy.
Jeśli ktoś z Was gustuje w bardziej modernistycznych klimatach, niekoniecznie zachwyci się specyficznym językiem harmonicznym kompozycji. Trzeba pamiętać o realiach tamtej epoki. Dysonanse nie były miłym gościem. Ba!, nawet interwał tercji, który dzisiaj jest typowym konsonansem, wtedy był zaliczany do dysonansów. Nie pisząc już o trytonie (kwarta zwiększona lub kwinta zmniejszona), który był, delikatnie rzecz ujmując, niechętnie widziany. W utworach Leoninusa drugi głos był prowadzony równolegle w kwartach lub kwintach, ewentualnie w ten sposób, aby wraz z melodią chorałową tworzył wyłącznie konsonanse czyste, czyli prymy, kwarty, kwinty i oktawy. Specyfika interwałów miała swoje zakorzenienie w ówczesnych poglądach. Średniowieczny świat był przesiąknięty pitagoreizmem, który objawiał się choćby w tym, że głosił pierwszeństwo liczby przed samym brzmieniem. Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę zależność muzyki od liturgii, czy też ogólnie czynnika religijnego, widać wyraźnie, że sztuka dźwięku nie była bytem autonomicznym.
Z dzisiejszej perspektywy dla niejednego słuchacza dwugłosowy utwór wokalny może być dość monotonny. Warto jednak spojrzeć na to z punktu widzenia słuchacza tamtych czasów. W VIII, IX wieku zdecydowanie dominowała monodia, bardziej ograniczone były również środki wyrazu artystycznego. Nowa, bardziej złożona i urozmaicona konstrukcja kompozycji była dla słuchacza atrakcyjną nowością. Z czasem arsenał środków poszerzał się praktycznie w każdym aspekcie muzycznego przekazu. Następowało zróżnicowanie w warstwie formalnej, harmonicznej i rytmicznej. Co istotne dla sztuki dźwięku z tej epoki - wzbogacał się arsenał środków wyrazu w sferze wokalnej.

Ba!, nawet interwał tercji, który dzisiaj jest typowym konsonansem, wtedy był zaliczany do dysonansów. Nie pisząc już o trytonie (kwarta zwiększona lub kwinta zmniejszona), który był, delikatnie rzecz ujmując, niechętnie widziany. W utworach Leoninusa drugi głos był prowadzony równolegle w kwartach lub kwintach, ewentualnie w ten sposób, aby wraz z melodią chorałową tworzył wyłącznie konsonanse czyste, czyli prymy, kwarty, kwinty i oktawy.
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy wpis. Jakoś mi to umknęło. Wiedziałem oczywiście o tym, że wystrzegano się trytonów (jako "diabolus in musica), ale żeby wybrzydzano też na tercję? Dziś to się kompletnie zmieniło - tercja brzmi we współczesnym uchu jako idealnie gładki konsonans, natomiast czyste kwarty, no to mają taki specyficzny "ludowy" wydźwięk - brzmią surowiej.
Jeśli chodzi o dysonanse to od czasów średniowiecza rozwój jest bardzo stabilny. Stopniowo oswajano się z kolejnymi interwałami. Najbardziej gwałtowny był, rzecz jasna, XX wiek. „Wybrykiem natury” był tylko okres ars subtilior, czyli schyłkowe średniowiecze. Awangarda była wtedy na wielu polach niezwykle radykalna, ekscentryczna i wymyślna. Pod niejednym względem kontynuacji doczeka się dopiero w XX wieku. Zważywszy na genezę niektórych rozwiązań, nawet miłośnicy powojennej darmsztadzkiej awangardy mogliby się zdziwić. Ars subtilior poświęcę dużo miejsca, ponieważ jest mało znany. Czasami były to niesamowite dziwadełka, szczególnie wariant francuski. Były jeszcze jednostkowe wypady. Na przykład szalony Gesualdo. Na początku XVII wieku jego 6 księga madrygałów była przejawem harmonicznego ekstremizmu - daleko posunięta chromatyzacja materiału dźwiękowego, śmiałe skoki interwałowe.
OdpowiedzUsuń@okechukwu Powielasz trytonowe mity! A tu wcale nie czuć siarką: https://www.youtube.com/watch?v=faR9ir_jXb4
OdpowiedzUsuńJestem raczej zielony odnośnie muzyki średniowiecznej, więc niewykluczone, że coś pokręciłem. Ale że akurat trytonami można najłatwiej wykreować posępny, niepokojący nastrój, no to akurat nie jest żadnej mit - tylko muzyczne przedszkole. Pamiętam jak "Młody" siadał do pianina parę lat temu i chciał grać coś jak z "horroru" (a nie umiał wcale grać). No to, żeby miał radochę nastawiałem mu barwę organów z chórem i pokazywałem, żeby grał na przemian C i Fis - tryton jak ta lala i "mrok" też wychodził. Oczywiście można trytonów używać też w innych kontekstach - niekoniecznie diabolicznych.
OdpowiedzUsuń@okechukwu
OdpowiedzUsuńTu masz wyjaśnione:
https://www.medieval.org/emfaq/harmony/tritone.html
Dzięki! No palnąłem obiegową bzdurę - ale ja w muzyce średniowiecznej jestem ciemny jak tabaka w rogu, dlatego z zainteresowaniem czytam wpisy Mahavishnu i zamierzam się troszkę podciągnąć.
Usuń