4.01.2025
66-70
Kolejnych pięć płyt fantastycznego rocznika. Tym razem dominują duety. Wyborni gitarzyści z dwóch muzycznych światów oraz bardzo sprawna sekcja rytmiczna. Swoje odmienne oblicze ukaże krautrockowy band. Ikona sceny kanterberyjskiej coraz bardziej będzie zbliżać się do jazz rockowego mainstreamu. Z kolei znamienity wibrafonista spróbuje odnaleźć się w nowej dekadzie muzycznej.
70. Carlos Santana, Mahavishnu John McLaughlin – Love Devotion Surrender
Kolaboracja dwóch znakomitych gitarzystów. Można to nawet ująć szerzej - ich środowisk muzycznych. Kompanami Santany byli wówczas: Doug Rauch, Mike Shrieve, Mingo Lewis i Armando Peraza. Z kolei z liderem Mahavishnu Orchestra współpracowali: Billy Cobham, Jan Hammer i Larry Young. W repertuarze płyty znajdziemy tylko pięć kompozycji. Dwie wyszły spod ręki McLaughlina - „The Life Divine”, „Meditation”. Artyści postanowili zmierzyć się z dwoma arcyklasykami Johna Coltrane’a („ Love Supreme”, „Naima”). Dopełnieniem jest rozbudowana wersja pieśni gospel „Let Us Go Into The House Of The Lord”. Album jest nierówny. Fragmenty błyskotliwe sąsiadują z dość przeciętnymi. Summa summarum jest to jednak pozycja godna uwagi. Obydwaj muzycy byli wówczas w życiowej formie. John McLaughlin przewodził pierwszej, najbardziej przekonującej artystycznie, inkarnacji Mahavishnu Orchestra. Z kolei Santana miał jazz rockową fazę, przeżywał okres duchowego przebudzenia. Właśnie wtedy nagrywał swoje najbardziej ambitne płyty - „Caravanserai” (1972), „Welcome” (1973), „Borboletta” (1974), „Lotus” (1974). Ciekawy dokument epoki.
69. Gila – Bury My Heart At Wounded Knee
Zaskakująca muzyczna metamorfoza. Na eponimicznym debiucie grupa podążała floydowską ścieżką, proponując słuchaczom eksperymentalną odmianę psychodelii. Tym razem zwróciła się w stronę muzyki bardziej konwencjonalnej, co bynajmniej nie oznacza, że gorszej. Gdybym miał wybierać, wolę jednak debiut. Tym razem zespół całkowicie odszedł od rozbudowanej formy wypowiedzi, proponując materiał ciążący w stronę „piosenkową”. Drugi album zachodnioniemieckiego bandu szczególnie polecam zwolennikom folk rocka. „Bury My Heart At Wounded Knee” to kolekcja pięknych, bezpretensjonalnych piosenek, dość łagodnych w swoim charakterze, jak na standardy rocka. Mocną stroną kompozycji są chwytliwe melodie, urzekać może klimat. Drugi album studyjny formacji przypomina niechlubny epizod z amerykańskiej historii. Wojacy US Army wymordowali około 300 Indian, w tym 200 kobiet i dzieci. „Bohaterscy” żołnierze dostali za akcję 20 Medali Honoru. Album powinien zainteresować nie tylko entuzjastów krautrocka, ale także miłośników klasycznego rocka.
W latach 1968-1972 muzyka Soft Machine zmieniała się bardzo dynamicznie. Praktycznie na każdym albumie studyjnym pojawiały się nowe tendencje rozwojowe, czasami wręcz rewolucyjne. „Seven” można podsumować krótko - kanterberyjska formacja wkracza na drogę wiodącą w stronę akademickiego jazz rocka. Dwupłytowy „Six” (1973) był świadectwem tego, że grupa z wolna żegna się ze światem awangardy. Na „Seven” zauważalna jest tendencja do stopniowego upraszczania języka muzycznego, zanikają elementy innowatorskie. Na tle wcześniejszych wydawnictw, nowe dzieło zespołu jest bardziej komunikatywne. Tym razem nie odstrasza mniej wyrobionego odbiorcy natłokiem improwizacji i radykalnych eksperymentów. Nie jest przeznaczone tylko dla fanów jazzu nowoczesnego i koneserów jazz-rocka. Tym samym może być dobrym wstępem do zapoznania się z dorobkiem zespołu. Na „Seven” nie brakuje fragmentów z naprawdę ładnymi melodiami, czasami urzeka aura liryzmu. Może dostarczyć słuchaczowi przyjemnych doznań estetycznych, aczkolwiek, podkreślmy to wyraźnie, nie wytrzymuje porównania ze wszystkimi wcześniejszym albumami. „Seven” to całkiem udana płyta, jednak do wybitności niewątpliwie brakuje jej sporo. Utwory dobre, czasami nawet bardzo udane („Day's Eye”, „Tarabos”) sąsiadują z przeciętnymi („Carol Ann”, „The German Lesson”, „The French Lesson”).
67. Milt Jackson – Sunflower
Jeszcze jeden dowód na to, jak istotny jest pomysł na Nową Muzykę. Milt Jackson nie zamierzał multiplikować starych pomysłów, uruchamiać wehikułu czasu. Po prostu, nagrał album dobrze wpisujący się w nową epokę. Złośliwi mogą zarzucić mu konformizm, jednak, wedle mojego przekonania, broni go świeżość konceptu. Amerykański wibrafonista najbardziej kojarzony jest z legendarną formacją Modern Jazz Quartet. „Sunflower” to jego dzieło solowe, nagrane w doborowym składzie. Wymieńmy tylko niektórych: Herbie Hancock (fortepian), Freddie Hubbard (trąbka), Ron Carter (bas), Billy Cobham (perkusja). Wibrafonista nie wyrzeka się swoich bopowych korzeni, jednocześnie stara się nieco zmodernizować brzmienie, stąd obecność takich muzyków, jak Hancock i Cobham. W rezultacie powstała piękna, wysublimowana muzyka. Koniecznie trzeba wspomnieć o orkiestrowych aranżacjach, za które odpowiada wyborny spec w tym temacie, Don Sebesky. „Sunflower” może przypaść do gustu zarówno zwolennikom bardziej tradycyjnego grania, jak i tym, którzy gustują w „elektrycznych” odmianach jazzu.
66. John Lee & Jerry Brown – Infinite Jones
Duet John Lee (bas) i Jerry Brown (perkusja) zrealizował w latach 70. cztery albumy. Zdecydowanie najlepszy jest „Infinite Jones”. Świetna jest szczególnie pierwsza strona oryginalnej płyty analogowej. Magnum opus to bez wątpienia ponad 13-minutowy „Deliverance”, w którym gościnnie udziela się Jasper van't Hof (wyborne partie organów i elektrycznego fortepianu). Kolejne albumy duetu wpisują się w model równi pochyłej. O ile na „Mungo Sunrise” (1975) są jeszcze przebłyski ciekawego grania, to dwa ostatnie są po prostu denne. „Infinite Jones” zdecydowanie warto obczaić. Dla każdego fana fusion to jazda obowiązkowa! John Lee i Jerry Brown nie są „postaciami z pierwszych stron gazet”. W latach 70. wszędobylski duet mocno zaznaczył jednak swoją obecność na wielu płytach jazzowych. Album znany jest również jako „Bamboo Madness”. Pod takim tytułem ukazały się kompaktowe reedycje. Na okładce płyty mocno wyeksponowano obecność dwóch znanych postaci. Na saksofonach i instrumentach perkusyjnych udziela się Gary Bartz, natomiast na przeróżnych fletach Chris Hinze. Debiutanckie wydawnictwo duetu nie trafiło pod strzechy. W istocie jest wzorcowym przykładem niszowej płyty, która zyskała wręcz kultowy status wtajemniczonych admiratorów gatunku.






Nic na półce.
OdpowiedzUsuńGila gościła tyle co meteor na niebie, kupując bez możliwości odsłuchu (tak też wtedy bywało) wiedziałem o tej wolcie stylistycznej, ale jej rozmiary pewnie nie tylko mnie zaskoczyły.
Milt Jackson gościł dłużej, tylko te nieszczęsne orkiestrowe aranżacje w końcu zaczęły mnie mocno uwierać.
Do tego Soft Machine nigdy się nie przekonałem, zresztą z nimi mam spory problem, reszty nie znam.
Mogę się podpisać praktycznie pod wszystkim. Również nie posiadam nic z tego zestawu.
OdpowiedzUsuńJeśli nie znacie duetu John Lee & Jerry Brown, warto rzucić uchem na pierwszą stronę albumu „Infiniite Jones”. Jeśli Wam nie podejdzie, na resztę szkoda czasu, bo nic lepszego nie nagrali. Milt Jackson i jego „Sunflower” jest specyficzny. Na swój sposób dość schizofreniczny, bo przenikają się na nim odmienne światy muzyczne. W przypadku „Love Devotion Surrender” sprawa jest prosta. Zwolennicy nieokiełznanych gitariad, Mahavishnu Orchestra i jazz rockowego Santany z lat 1972-1974 na pewno coś znajdą dla siebie.
OdpowiedzUsuńDzięki Aleksandrze, ale to Białystok napisał, że nie zna reszty😉 "Praktycznie pod wszystkim", lecz akurat nie pod tym. Nie podeszło mi to z tego co pamiętam, a słuchałem dawno. Co jakiś czas daję kolejną szansę takim albumom, jednak niepodobna, by wszystkim. Takie wpisy są dobrą okazją ku temu😀
OdpowiedzUsuńSłucham sobie tego Soft Machine i ... podoba mi się. A już na pewno bardziej od ... Fourth, które kurzy się na półce. Musiałem dawno jej nie słuchać, albo radykalnie zmieniły mi się moje muzyczne zainteresowania od tamtego czasu. Coś czuje, że autor bloga bezwiednie zamieni dla mnie cyferki w kolekcji płyt tego zespołu...
OdpowiedzUsuńW przypadku dyskografii Soft Machine doskonale widać, jak ważny jest gust danego osobnika. Miłośnicy psychodelii cenią sobie pierwsze dwa albumy. „Third” jest pomnikowym przykładem fuzji jazzu nowoczesnego z najambitniejszymi odmianami rocka z domieszką eksperymentalnej elektroniki. „Fourth” i „Fifth” najbardziej spodobają się fanom jazzu, którzy nie stronią od free. „Six” może pogodzić awangardowych freaków i słuchaczy jazz rocka. „Seven” to już jazz rock „z ludzką twarzą”. „Bundles” i „Softs” najbardziej spodobają się admiratorom „normalnego” jazz rocka. Z powyższego zestawienia można wyłuskać niejedną ciekawostkę estetyczną. Ot, jeden przykład. Osoba rozmiłowana w grawitującym w stronę generycznego jazz rocka „Softs”, nierzadko nie darzy specjalną estymą „Third”, jednego z najwspanialszych manifestów jazz rockowej awangardy.
OdpowiedzUsuńPierwszy raz o Soft Machine usłyszałem zdaje się gdy w ub. stuleciu Leśniewski przyniósł do Beksińskiego jedynkę lub dwojkę.
OdpowiedzUsuńNa 100% pierwszym zakupionym CD była dwójka, którą przywiózł mi z Megadiscu brat kolegi (też kolekcjoner CD, ten kolega, który mi powiedział że jest tam taki sklep). A ten jego brat pojechał ze sporządzoną przeze mnie listą około 10-15 tytułów i szedł po kolei. Najpierw doszedł do F (Frame) i o dziwo potem dotarł aż do S.
Ale zaraz potem kupiłem trójkę (raczej w ciemno, kolejnych nie było chyba w sprzedaży wcale, a z jedynką były problemy) i szok spowodowany tym co usłyszałem w sumie trwa aż do dzisiaj. Już sama okładka wtedy wyzwoliła u mnie grymas na twarzy, a co dopiero długość utworów i ich produkcja.
Faktycznie zespół nadający się na muzyczny doktorat, ale jednak o rozpoznawalnym od razu brzmienu, w przeciwieństwie do np. Fleetwood Mac. :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa pierwszą płytę Soft Machine- dwójkę, kupiłem... też w Megadiscu (bodaj w 99 r.). Niezbyt mi się podobała. Dziś ją lubię (ale nie jakoś przesadnie), w sumie najczęściej słucham debiutu. "Trójkę" mam, bo to klasyk, ale nie mogę się do niej jakoś przekonać .Słyszę oczywiście innowacyjność , szanuję, ale parę rzeczy mnie od "Trójki" odrzuca. Po pierwsze, nie przepadam z głosem Wyatta. Po drugie nie lubię elektrycznych organów w kontekście, powiedzmy, bardziej eksperymentalno-jazzowym, a tego na wczesnych Softach jest pełno. W ogóle nie przepadam za elektrycznymi organami nawet w bardziej tradycyjnym jazzie (np. na płytach Jimmy'ego Smitha). Z instrumentów klawiszowych awangardowy (czy zmierzający w stronę awangardy) w jazzowym/jazzrockowym kontekście może być dla mnie fortepian - dlatego łykam np. Cecila Taylora i Ganelin Trio, względnie fortepian elektryczny (jak u Hancocka), ale eksperymentów na organach elektrycznych nie lubię (no chyba że intuicyjne, dzikie rockowe klastery itp). Poza tym kompozycje z "Trójki" są zdecydowanie za długie - lepiej mi się słucha mozaikowych krótkich numerów z debiutu i "Dwójki". "Bundles" bardzo lubię i często słucham, ale to zupełnie inne Softs.
OdpowiedzUsuńJak już tak wspominamy pierwsze zetknięcie z kanterberyjską legendą. Soft Machine po raz pierwszy usłyszałem w 1988 roku. Nagrałem sobie całą płytę z piątkowego „Zapraszamy do Trójki”. Album prezentowali Grzegorz Brzozowicz i Przemysław Mroczek. Nagrałem, ponieważ już wcześniej czytałem o nich w różnych miejscach i wiedziałem, że to coś dla mnie. Choćby w książce „Psychodeliczny fenomen”. Brzozowicz i Mroczek to nie była moja muzyczna parafia, ale akurat w tej audycji czasami prezentowali intrygujące płyty. Mniej więcej w tym czasie nagrałem z ich audycji „We’re only in it for the money” i mocno wkręciłem się w twórczość Zappy.
OdpowiedzUsuńProtokół rozbieżności z kolegą okechukwu. Zacznę od Kansas, o którym pisał w innym miejscu. Najbardziej odrzucają mnie od nich właśnie wspomniane przez Ciebie „amerykanizmy”. Southern rock i szczególnie blues rock. Im bardziej są brytyjscy, tym lepiej. Rzecz jasna, na tym polu zazwyczaj słychać, że są wtórni. Trudno nie zauważyć, że nasłuchali się płyt Genesis i Yes, na debiucie pojawiają się echa King Crimson. Do epigonizmu rocka neoprogresywnego wiedzie jednak daleka droga. Tutaj zgoda, mieli wszak także różne swoje patenty. Steve Walsh, owszem, miał dobry głos, ale tylko do „Audio-Visions” (1980). Gdy powrócił po kilku latach na „Power”(1986) był już innym wokalistą. Jego głos stał się czasami trudny do zdzierżenia - wymęczony, ochrypły. Najwyraźniej nie dbał o niego należycie.
OdpowiedzUsuńDługość kompozycji na „Third” zupełnie mi nie przeszkadza. Jak dla mnie, każda mogłaby trwać 40 minut. Nie nużą mnie nawet przez chwilę. O tym albumie nie powiem złego słowa. Muzyczny absolut. Z jednym wyjątkiem - produkcja jest denna. Nie przekonały mnie pierwsze wydania na winylu - brytyjskie i amerykańskie. Jeśli chodzi o wersje kompaktowe, przeorałem dogłębnie temat. Akceptowalne jest tylko jedno wydanie - BGO z 1993 roku. Warto znaleźć, choć w Polsce trudno dostępne. W grę wchodzi zakup za granicą. Bardzo lubię wokal Roberta Wyatta. Obiektywnie rzecz biorąc, na przełomie lat 60. i 70. był to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej innowatorskich wokalistów. Emisja głosu dość rachityczna, ale zakres bardzo szeroki - podobno pięć oktaw.
Lubię niemal wszystkie elektryczne odmiany instrumentów klawiszowych. Bodaj najmniej klawinet. Organy Lowreya Ratledge’a zawsze uwielbiałem. Podobnie jak Wyatt, był to jeden z najbardziej innowatorskich muzyków. Temat na szeroki esej. Elektryczny fortepian to już bardziej skomplikowana sprawa. Zdecydowanie bardziej intrygujący jest wtedy, gdy jego użytkownik potrafi umiejętnie wykorzystać echoplex i modulator pierścieniowy. Z takimi gadżetami potrafi czynić cuda. Najlepszą egzemplifikacją tego zjawiska jest Hancock w okresie Mwandishi. Napisałeś, że nie lubisz elektrycznych organów w eksperymentalnym jazzie. Ciekaw jestem, czy słyszałeś album Larry’ego Younga „Lawrence of Newark” (1973). Pytam, ponieważ jest to jeden z najbardziej intrygujących przykładów kreatywnego wykorzystanie tego instrumentu. Na RYMie nie oceniałeś. Wśród Dinozaurów kultowy status mają Hammondy. Lubię, ale jakimś wielkim fanem nie jestem. Znacznie bardziej przemawia do mnie sound organów Farfisa.
Oczywiście, znam Lawrence of Newark (dzięki Gharveltowi, który go mi bardzo reklamował na spotkaniu wiele lat temu w Krakowie). Akurat tutaj organy chyba rzeczywiście najlepsze, jakie mogą być w jazzie. Nie oceniłem, bo nadal nie mam CD- ale mam na wishlist (i na pewno kupię!). Widać - zdarzają się wyjątki od zasady. Notabene w jazzie nie przepadam również za gitarą elektryczną (we fusion jak najbardziej - lubię). Nie bardzo trafiają do mnie płyty gigantów jazzowej gitary - Wesa Montgomery, Granta Greena czy Kenny;ego Burella. W jazzie preferuję skład: trio fortepianowe (samo trio mi wystarcza jak u Evansa np.), ale super też jak jest rozszerzone o saksofon czy trąbkę (czy obydwa te instrumenty). No tak mam- wiem że może głupio (haha).
OdpowiedzUsuń"Southern rock i szczególnie blues rock. Im bardziej są brytyjscy, tym lepiej. Rzecz jasna, na tym polu zazwyczaj słychać, że są wtórni. Trudno nie zauważyć, że nasłuchali się płyt Genesis i Yes, na debiucie pojawiają się echa King Crimson. Do epigonizmu rocka neoprogresywnego wiedzie jednak daleka droga".
OdpowiedzUsuńAle to jest clou problemu. Po kiego diabła mi gorsza kopia Crimson czy Genesis? Od progowego zespołu amerykańskiego oczekuję "amerykańskości"- wplecenia blue grassu, country, bluesa, southern rocka (mogą też być odniesienia jeszcze starsze - do XIX-wiecznych hymnów czy psalmów), słowem flirtu ze swoją tradycją muzyczną. Tak samo jak od zespołu progowego z Andaluzji oczekuję wątków flamenco, od greckiego odniesień do rebetiko i laiko. a z Peru czy z Chile - muzyki andyjskiej.
Debiut Kansas jest super, bo tych amerykanizmów jest bardzo dużo ( i jest też świetna energia). Na Leftoverture też jest ich sporo, ale są bardziej przetworzone. Natomiast jak się Kansas od tych amerykanizmów oddala to zwykle brzmi jak drugoligowa kopia brytyjskiego proga, niestety. Wyjątkiem jest chyba tylko Magnum Opus, który jest wyraźnie crimsonowski, a relatywnie mało amerykański i naprawdę świetny.
Ostatnią płytą Kansas, jaką słuchałem jest Monolith - nie mam potrzeby słuchania następnych. Walsh z lat 70 miał cudowną barwę - z tych progowych znanych zespołów chyba tylko Lake miał lepszą (no i Giacomo, ale on był mało elastyczny, przypisany do włoskiego bel canto). Wierzę na słowo, że Walshowi głos się znacznie się z wiekiem pogorszył, bo to jest problem wielu wokalistów- vide Ian Anderson, który stracił głos w ogóle (prawdę mówiąc jego problemy zaczęły się bardzo wcześnie, już circa Stormwatch śpiewa wyraźnie gorzej, po prostu traci głos).
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńOczywiście rozumiem, że dla Ciebie blues czy country są tym, czym dla mnie elektryczne organy w jazzie czy eksperymentalnych odmianach jazzrocka- czymś, czego nie lubisz i co działa Ci na nerwy. Swoją drogą to wyobrażam sobie (puszczając wodze fantazji) jak Kansas z lat 70 wykonuje swoją wersję klasycznego amerykańskiego psalmu "The King of Love My Shepherd Is". Głos Walsha (tak piękny, a przy tym bardzo amerykański), skrzypce Steinhardta, do tego jakieś organy, chórek, finał mógłby być mocniejszy. Bardzo mi to pasuje do amploi Kansas i wielka szkoda, że takiej wersji nie nagrali
OdpowiedzUsuńTzn hymny nie psalmu (bo psalm jest biblijny), a oparty na nim utwór jest XIX-wiecznym hymnem - chyba ikoną muzyki amerykańskiej z tamtego okresu.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o odwołania do rodzimej tradycji kulturowej, to jak najbardziej masz rację. Również lubię, gdy twórcy podkreślają w ten sposób swoją tożsamość. W przypadku Kansas to moja „wina”. Po prostu, totalnie nie kręci mnie amerykańska muzyka rozrywkowa. Niektóre gatunki wręcz irytują. A propos głosu, Greg Lake na początku lat 80. również nie był już w topowej formie. Słychać to na japońskim koncercie Asia z 1983 roku i dwóch płytach solowych, szczególnie „Manoeuvres”. Na albumie tria Emerson, Lake & Powell z 1986 roku proces się pogłębił. Głos jest wyraźnie niższy, rejestr zawężony. W pewnym stopniu sam się do tego przyczynił, bo palił papierosy.
OdpowiedzUsuńZgadza się, głos Lake'a sie obniżył, elastyczność się zmniejszyła, ale nadal był to piękny, rasowy głos (np. na Black Moon) tyle że o niższej barwie i mniejszej skali. Życzyłbym sobie, żeby np. na Refugee zaśpiewał Lake, choćby i ten nie w top formie, z lat 90.
OdpowiedzUsuńKansas był jednym z dwóch klasycznych amerykańskich zespołów progowych, które wykształciły własny styl w oparciu o rodzimą tradycję. Drugim był Happy the Man (zwłaszcza na debiucie). Tyle że u Kansas mamy tradycję Południa, a na Happy the Man bardzo udanie inkorporowaną tradycję Północy - można powiedzieć "nowojorską", amerykańskiej muzyki orkiestrowej, w tym Gershwina. Reszta amerykańskich grup stricte progowych (tzn symfonicznych) z lat 70 to jednak tylko kalki zespołów brytyjskich (choć zdarzają się płyty naprawdę udane - np. Cathedral, Yezda Urfa). Wyłączam z tej kategorii grupy fusion typu Dixie Dregs, bo to jednak inna bajka.
Po prostu, totalnie nie kręci mnie amerykańska muzyka rozrywkowa.
OdpowiedzUsuńCountry i blues to nie tylko muzyka rozrywkowa. To ich folklor, choć oczywiście folklor, który uległ wielkiej komercjalizacji.
Co do Refugee, to Emerson wiedział co robi szukając nowych towarzyszy do bandu. Brian Davison to naprawdę dobry drummer, ale zdecydowanie nie ten level co Carl Palmer. Lee Jackson był całkiem niezłym basistą, jednak ten wokal... Gdyby w „Credo” i „Grand Canyon” zaśpiewał rasowy wokalista. Strach pomyśleć. Nie zmienia to faktu, że eponimiczny album Refugee, jak dla mnie, jest rewelacyjny. Szkoda, że Moraz został ściągnięty do Yes, bo panowie szykowali się już do nagrania drugiego albumu studyjnego. Na „Relayer” Moraz odegrał drugorzędną rolę. Inaczej być nie mogło. W sensie narodowościowym, był obcym ciałem. Co ważniejsze, gdy przyszedł do zespołu sporo materiału było już nagrane.
OdpowiedzUsuńAbsolutnie- mimo wad, które wymieniłeś (Na "Grand Canyon" Jackson brzmi jeszcze znośnie, na "Credo" i "Someday" - okropnie!) i do których dorzuciłbym jeszcze estetyczną zależność od ELP (choć nie jest to klon!), to poziom pianistyczny tej płyty i dojrzałość w operowaniu formami wariacyjnymi są zniewalające. Sam fortepianowy wstęp do Credo to jest poziom solidnego pianisty koncertowego (co tam wywija lewa ręka - prawie jak w etiudach Skriabina!), ale Moraz wypada świetnie praktycznie we wszystkich stylach - i w partiach jazzujących i stricte progowych na hammondach i syntezatorach i funky (na clavinecie) i na organach piszczałkowych. Przy tym, wbrew temu co twierdzą antagoniści, nie ma tu żadnej pretensjonalności - przeciwnie jest wielki luz, humor (tak jak w mozartowskim temacie Ritt Mickley ożenionym z funky). Niemniej - szkoda tego nieszczęsnego Jacksona, bo z przyzwoitym wokalem, płyta by była jeszcze lepsza. A Watkins z Happy the Man nie zrobił na Tobie wrażenia? To świetny "parapeciarz" - błyskotliwy technicznie, oryginalny, naprawdę top jak dla mnie.
OdpowiedzUsuń