4.01.2025
66-70
Kolejnych pięć płyt fantastycznego rocznika. Tym razem dominują duety. Wyborni gitarzyści z dwóch muzycznych światów oraz bardzo sprawna sekcja rytmiczna. Swoje odmienne oblicze ukaże krautrockowy band. Ikona sceny kanterberyjskiej coraz bardziej będzie zbliżać się do jazz rockowego mainstreamu. Z kolei znamienity wibrafonista spróbuje odnaleźć się w nowej dekadzie muzycznej.
70. Carlos Santana, Mahavishnu John McLaughlin – Love Devotion Surrender
Kolaboracja dwóch znakomitych gitarzystów. Można to nawet ująć szerzej - ich środowisk muzycznych. Kompanami Santany byli wówczas: Doug Rauch, Mike Shrieve, Mingo Lewis i Armando Peraza. Z kolei z liderem Mahavishnu Orchestra współpracowali: Billy Cobham, Jan Hammer i Larry Young. W repertuarze płyty znajdziemy tylko pięć kompozycji. Dwie wyszły spod ręki McLaughlina - „The Life Divine”, „Meditation”. Artyści postanowili zmierzyć się z dwoma arcyklasykami Johna Coltrane’a („ Love Supreme”, „Naima”). Dopełnieniem jest rozbudowana wersja pieśni gospel „Let Us Go Into The House Of The Lord”. Album jest nierówny. Fragmenty błyskotliwe sąsiadują z dość przeciętnymi. Summa summarum jest to jednak pozycja godna uwagi. Obydwaj muzycy byli wówczas w życiowej formie. John McLaughlin przewodził pierwszej, najbardziej przekonującej artystycznie, inkarnacji Mahavishnu Orchestra. Z kolei Santana miał jazz rockową fazę, przeżywał okres duchowego przebudzenia. Właśnie wtedy nagrywał swoje najbardziej ambitne płyty - „Caravanserai” (1972), „Welcome” (1973), „Borboletta” (1974), „Lotus” (1974). Ciekawy dokument epoki.
69. Gila – Bury My Heart At Wounded Knee
Zaskakująca muzyczna metamorfoza. Na eponimicznym debiucie grupa podążała floydowską ścieżką, proponując słuchaczom eksperymentalną odmianę psychodelii. Tym razem zwróciła się w stronę muzyki bardziej konwencjonalnej, co bynajmniej nie oznacza, że gorszej. Gdybym miał wybierać, wolę jednak debiut. Tym razem zespół całkowicie odszedł od rozbudowanej formy wypowiedzi, proponując materiał ciążący w stronę „piosenkową”. Drugi album zachodnioniemieckiego bandu szczególnie polecam zwolennikom folk rocka. „Bury My Heart At Wounded Knee” to kolekcja pięknych, bezpretensjonalnych piosenek, dość łagodnych w swoim charakterze, jak na standardy rocka. Mocną stroną kompozycji są chwytliwe melodie, urzekać może klimat. Drugi album studyjny formacji przypomina niechlubny epizod z amerykańskiej historii. Wojacy US Army wymordowali około 300 Indian, w tym 200 kobiet i dzieci. „Bohaterscy” żołnierze dostali za akcję 20 Medali Honoru. Album powinien zainteresować nie tylko entuzjastów krautrocka, ale także miłośników klasycznego rocka.
W latach 1968-1972 muzyka Soft Machine zmieniała się bardzo dynamicznie. Praktycznie na każdym albumie studyjnym pojawiały się nowe tendencje rozwojowe, czasami wręcz rewolucyjne. „Seven” można podsumować krótko - kanterberyjska formacja wkracza na drogę wiodącą w stronę akademickiego jazz rocka. Dwupłytowy „Six” (1973) był świadectwem tego, że grupa z wolna żegna się ze światem awangardy. Na „Seven” zauważalna jest tendencja do stopniowego upraszczania języka muzycznego, zanikają elementy innowatorskie. Na tle wcześniejszych wydawnictw, nowe dzieło zespołu jest bardziej komunikatywne. Tym razem nie odstrasza mniej wyrobionego odbiorcy natłokiem improwizacji i radykalnych eksperymentów. Nie jest przeznaczone tylko dla fanów jazzu nowoczesnego i koneserów jazz-rocka. Tym samym może być dobrym wstępem do zapoznania się z dorobkiem zespołu. Na „Seven” nie brakuje fragmentów z naprawdę ładnymi melodiami, czasami urzeka aura liryzmu. Może dostarczyć słuchaczowi przyjemnych doznań estetycznych, aczkolwiek, podkreślmy to wyraźnie, nie wytrzymuje porównania ze wszystkimi wcześniejszym albumami. „Seven” to całkiem udana płyta, jednak do wybitności niewątpliwie brakuje jej sporo. Utwory dobre, czasami nawet bardzo udane („Day's Eye”, „Tarabos”) sąsiadują z przeciętnymi („Carol Ann”, „The German Lesson”, „The French Lesson”).
67. Milt Jackson – Sunflower
Jeszcze jeden dowód na to, jak istotny jest pomysł na Nową Muzykę. Milt Jackson nie zamierzał multiplikować starych pomysłów, uruchamiać wehikułu czasu. Po prostu, nagrał album dobrze wpisujący się w nową epokę. Złośliwi mogą zarzucić mu konformizm, jednak, wedle mojego przekonania, broni go świeżość konceptu. Amerykański wibrafonista najbardziej kojarzony jest z legendarną formacją Modern Jazz Quartet. „Sunflower” to jego dzieło solowe, nagrane w doborowym składzie. Wymieńmy tylko niektórych: Herbie Hancock (fortepian), Freddie Hubbard (trąbka), Ron Carter (bas), Billy Cobham (perkusja). Wibrafonista nie wyrzeka się swoich bopowych korzeni, jednocześnie stara się nieco zmodernizować brzmienie, stąd obecność takich muzyków, jak Hancock i Cobham. W rezultacie powstała piękna, wysublimowana muzyka. Koniecznie trzeba wspomnieć o orkiestrowych aranżacjach, za które odpowiada wyborny spec w tym temacie, Don Sebesky. „Sunflower” może przypaść do gustu zarówno zwolennikom bardziej tradycyjnego grania, jak i tym, którzy gustują w „elektrycznych” odmianach jazzu.
66. John Lee & Jerry Brown – Infinite Jones
Duet John Lee (bas) i Jerry Brown (perkusja) zrealizował w latach 70. cztery albumy. Zdecydowanie najlepszy jest „Infinite Jones”. Świetna jest szczególnie pierwsza strona oryginalnej płyty analogowej. Magnum opus to bez wątpienia ponad 13-minutowy „Deliverance”, w którym gościnnie udziela się Jasper van't Hof (wyborne partie organów i elektrycznego fortepianu). Kolejne albumy duetu wpisują się w model równi pochyłej. O ile na „Mungo Sunrise” (1975) są jeszcze przebłyski ciekawego grania, to dwa ostatnie są po prostu denne. „Infinite Jones” zdecydowanie warto obczaić. Dla każdego fana fusion to jazda obowiązkowa! John Lee i Jerry Brown nie są „postaciami z pierwszych stron gazet”. W latach 70. wszędobylski duet mocno zaznaczył jednak swoją obecność na wielu płytach jazzowych. Album znany jest również jako „Bamboo Madness”. Pod takim tytułem ukazały się kompaktowe reedycje. Na okładce płyty mocno wyeksponowano obecność dwóch znanych postaci. Na saksofonach i instrumentach perkusyjnych udziela się Gary Bartz, natomiast na przeróżnych fletach Chris Hinze. Debiutanckie wydawnictwo duetu nie trafiło pod strzechy. W istocie jest wzorcowym przykładem niszowej płyty, która zyskała wręcz kultowy status wtajemniczonych admiratorów gatunku.






Nic na półce.
OdpowiedzUsuńGila gościła tyle co meteor na niebie, kupując bez możliwości odsłuchu (tak też wtedy bywało) wiedziałem o tej wolcie stylistycznej, ale jej rozmiary pewnie nie tylko mnie zaskoczyły.
Milt Jackson gościł dłużej, tylko te nieszczęsne orkiestrowe aranżacje w końcu zaczęły mnie mocno uwierać.
Do tego Soft Machine nigdy się nie przekonałem, zresztą z nimi mam spory problem, reszty nie znam.
Mogę się podpisać praktycznie pod wszystkim. Również nie posiadam nic z tego zestawu.
OdpowiedzUsuńJeśli nie znacie duetu John Lee & Jerry Brown, warto rzucić uchem na pierwszą stronę albumu „Infiniite Jones”. Jeśli Wam nie podejdzie, na resztę szkoda czasu, bo nic lepszego nie nagrali. Milt Jackson i jego „Sunflower” jest specyficzny. Na swój sposób dość schizofreniczny, bo przenikają się na nim odmienne światy muzyczne. W przypadku „Love Devotion Surrender” sprawa jest prosta. Zwolennicy nieokiełznanych gitariad, Mahavishnu Orchestra i jazz rockowego Santany z lat 1972-1974 na pewno coś znajdą dla siebie.
OdpowiedzUsuńDzięki Aleksandrze, ale to Białystok napisał, że nie zna reszty😉 "Praktycznie pod wszystkim", lecz akurat nie pod tym. Nie podeszło mi to z tego co pamiętam, a słuchałem dawno. Co jakiś czas daję kolejną szansę takim albumom, jednak niepodobna, by wszystkim. Takie wpisy są dobrą okazją ku temu😀
OdpowiedzUsuńSłucham sobie tego Soft Machine i ... podoba mi się. A już na pewno bardziej od ... Fourth, które kurzy się na półce. Musiałem dawno jej nie słuchać, albo radykalnie zmieniły mi się moje muzyczne zainteresowania od tamtego czasu. Coś czuje, że autor bloga bezwiednie zamieni dla mnie cyferki w kolekcji płyt tego zespołu...
OdpowiedzUsuńW przypadku dyskografii Soft Machine doskonale widać, jak ważny jest gust danego osobnika. Miłośnicy psychodelii cenią sobie pierwsze dwa albumy. „Third” jest pomnikowym przykładem fuzji jazzu nowoczesnego z najambitniejszymi odmianami rocka z domieszką eksperymentalnej elektroniki. „Fourth” i „Fifth” najbardziej spodobają się fanom jazzu, którzy nie stronią od free. „Six” może pogodzić awangardowych freaków i słuchaczy jazz rocka. „Seven” to już jazz rock „z ludzką twarzą”. „Bundles” i „Softs” najbardziej spodobają się admiratorom „normalnego” jazz rocka. Z powyższego zestawienia można wyłuskać niejedną ciekawostkę estetyczną. Ot, jeden przykład. Osoba rozmiłowana w grawitującym w stronę generycznego jazz rocka „Softs”, nierzadko nie darzy specjalną estymą „Third”, jednego z najwspanialszych manifestów jazz rockowej awangardy.
OdpowiedzUsuńPierwszy raz o Soft Machine usłyszałem zdaje się gdy w ub. stuleciu Leśniewski przyniósł do Beksińskiego jedynkę lub dwojkę.
OdpowiedzUsuńNa 100% pierwszym zakupionym CD była dwójka, którą przywiózł mi z Megadiscu brat kolegi (też kolekcjoner CD, ten kolega, który mi powiedział że jest tam taki sklep). A ten jego brat pojechał ze sporządzoną przeze mnie listą około 10-15 tytułów i szedł po kolei. Najpierw doszedł do F (Frame) i o dziwo potem dotarł aż do S.
Ale zaraz potem kupiłem trójkę (raczej w ciemno, kolejnych nie było chyba w sprzedaży wcale, a z jedynką były problemy) i szok spowodowany tym co usłyszałem w sumie trwa aż do dzisiaj. Już sama okładka wtedy wyzwoliła u mnie grymas na twarzy, a co dopiero długość utworów i ich produkcja.
Faktycznie zespół nadający się na muzyczny doktorat, ale jednak o rozpoznawalnym od razu brzmienu, w przeciwieństwie do np. Fleetwood Mac. :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa pierwszą płytę Soft Machine- dwójkę, kupiłem... też w Megadiscu (bodaj w 99 r.). Niezbyt mi się podobała. Dziś ją lubię (ale nie jakoś przesadnie), w sumie najczęściej słucham debiutu. "Trójkę" mam, bo to klasyk, ale nie mogę się do niej jakoś przekonać .Słyszę oczywiście innowacyjność , szanuję, ale parę rzeczy mnie od "Trójki" odrzuca. Po pierwsze, nie przepadam z głosem Wyatta. Po drugie nie lubię elektrycznych organów w kontekście, powiedzmy, bardziej eksperymentalno-jazzowym, a tego na wczesnych Softach jest pełno. W ogóle nie przepadam za elektrycznymi organami nawet w bardziej tradycyjnym jazzie (np. na płytach Jimmy'ego Smitha). Z instrumentów klawiszowych awangardowy (czy zmierzający w stronę awangardy) w jazzowym/jazzrockowym kontekście może być dla mnie fortepian - dlatego łykam np. Cecila Taylora i Ganelin Trio, względnie fortepian elektryczny (jak u Hancocka), ale eksperymentów na organach elektrycznych nie lubię (no chyba że intuicyjne, dzikie rockowe klastery itp). Poza tym kompozycje z "Trójki" są zdecydowanie za długie - lepiej mi się słucha mozaikowych krótkich numerów z debiutu i "Dwójki". "Bundles" bardzo lubię i często słucham, ale to zupełnie inne Softs.
OdpowiedzUsuńJak już tak wspominamy pierwsze zetknięcie z kanterberyjską legendą. Soft Machine po raz pierwszy usłyszałem w 1988 roku. Nagrałem sobie całą płytę z piątkowego „Zapraszamy do Trójki”. Album prezentowali Grzegorz Brzozowicz i Przemysław Mroczek. Nagrałem, ponieważ już wcześniej czytałem o nich w różnych miejscach i wiedziałem, że to coś dla mnie. Choćby w książce „Psychodeliczny fenomen”. Brzozowicz i Mroczek to nie była moja muzyczna parafia, ale akurat w tej audycji czasami prezentowali intrygujące płyty. Mniej więcej w tym czasie nagrałem z ich audycji „We’re only in it for the money” i mocno wkręciłem się w twórczość Zappy.
OdpowiedzUsuńProtokół rozbieżności z kolegą okechukwu. Zacznę od Kansas, o którym pisał w innym miejscu. Najbardziej odrzucają mnie od nich właśnie wspomniane przez Ciebie „amerykanizmy”. Southern rock i szczególnie blues rock. Im bardziej są brytyjscy, tym lepiej. Rzecz jasna, na tym polu zazwyczaj słychać, że są wtórni. Trudno nie zauważyć, że nasłuchali się płyt Genesis i Yes, na debiucie pojawiają się echa King Crimson. Do epigonizmu rocka neoprogresywnego wiedzie jednak daleka droga. Tutaj zgoda, mieli wszak także różne swoje patenty. Steve Walsh, owszem, miał dobry głos, ale tylko do „Audio-Visions” (1980). Gdy powrócił po kilku latach na „Power”(1986) był już innym wokalistą. Jego głos stał się czasami trudny do zdzierżenia - wymęczony, ochrypły. Najwyraźniej nie dbał o niego należycie.
OdpowiedzUsuńDługość kompozycji na „Third” zupełnie mi nie przeszkadza. Jak dla mnie, każda mogłaby trwać 40 minut. Nie nużą mnie nawet przez chwilę. O tym albumie nie powiem złego słowa. Muzyczny absolut. Z jednym wyjątkiem - produkcja jest denna. Nie przekonały mnie pierwsze wydania na winylu - brytyjskie i amerykańskie. Jeśli chodzi o wersje kompaktowe, przeorałem dogłębnie temat. Akceptowalne jest tylko jedno wydanie - BGO z 1993 roku. Warto znaleźć, choć w Polsce trudno dostępne. W grę wchodzi zakup za granicą. Bardzo lubię wokal Roberta Wyatta. Obiektywnie rzecz biorąc, na przełomie lat 60. i 70. był to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej innowatorskich wokalistów. Emisja głosu dość rachityczna, ale zakres bardzo szeroki - podobno pięć oktaw.
Lubię niemal wszystkie elektryczne odmiany instrumentów klawiszowych. Bodaj najmniej klawinet. Organy Lowreya Ratledge’a zawsze uwielbiałem. Podobnie jak Wyatt, był to jeden z najbardziej innowatorskich muzyków. Temat na szeroki esej. Elektryczny fortepian to już bardziej skomplikowana sprawa. Zdecydowanie bardziej intrygujący jest wtedy, gdy jego użytkownik potrafi umiejętnie wykorzystać echoplex i modulator pierścieniowy. Z takimi gadżetami potrafi czynić cuda. Najlepszą egzemplifikacją tego zjawiska jest Hancock w okresie Mwandishi. Napisałeś, że nie lubisz elektrycznych organów w eksperymentalnym jazzie. Ciekaw jestem, czy słyszałeś album Larry’ego Younga „Lawrence of Newark” (1973). Pytam, ponieważ jest to jeden z najbardziej intrygujących przykładów kreatywnego wykorzystanie tego instrumentu. Na RYMie nie oceniałeś. Wśród Dinozaurów kultowy status mają Hammondy. Lubię, ale jakimś wielkim fanem nie jestem. Znacznie bardziej przemawia do mnie sound organów Farfisa.
Oczywiście, znam Lawrence of Newark (dzięki Gharveltowi, który go mi bardzo reklamował na spotkaniu wiele lat temu w Krakowie). Akurat tutaj organy chyba rzeczywiście najlepsze, jakie mogą być w jazzie. Nie oceniłem, bo nadal nie mam CD- ale mam na wishlist (i na pewno kupię!). Widać - zdarzają się wyjątki od zasady. Notabene w jazzie nie przepadam również za gitarą elektryczną (we fusion jak najbardziej - lubię). Nie bardzo trafiają do mnie płyty gigantów jazzowej gitary - Wesa Montgomery, Granta Greena czy Kenny;ego Burella. W jazzie preferuję skład: trio fortepianowe (samo trio mi wystarcza jak u Evansa np.), ale super też jak jest rozszerzone o saksofon czy trąbkę (czy obydwa te instrumenty). No tak mam- wiem że może głupio (haha).
OdpowiedzUsuń"Southern rock i szczególnie blues rock. Im bardziej są brytyjscy, tym lepiej. Rzecz jasna, na tym polu zazwyczaj słychać, że są wtórni. Trudno nie zauważyć, że nasłuchali się płyt Genesis i Yes, na debiucie pojawiają się echa King Crimson. Do epigonizmu rocka neoprogresywnego wiedzie jednak daleka droga".
OdpowiedzUsuńAle to jest clou problemu. Po kiego diabła mi gorsza kopia Crimson czy Genesis? Od progowego zespołu amerykańskiego oczekuję "amerykańskości"- wplecenia blue grassu, country, bluesa, southern rocka (mogą też być odniesienia jeszcze starsze - do XIX-wiecznych hymnów czy psalmów), słowem flirtu ze swoją tradycją muzyczną. Tak samo jak od zespołu progowego z Andaluzji oczekuję wątków flamenco, od greckiego odniesień do rebetiko i laiko. a z Peru czy z Chile - muzyki andyjskiej.
Debiut Kansas jest super, bo tych amerykanizmów jest bardzo dużo ( i jest też świetna energia). Na Leftoverture też jest ich sporo, ale są bardziej przetworzone. Natomiast jak się Kansas od tych amerykanizmów oddala to zwykle brzmi jak drugoligowa kopia brytyjskiego proga, niestety. Wyjątkiem jest chyba tylko Magnum Opus, który jest wyraźnie crimsonowski, a relatywnie mało amerykański i naprawdę świetny.
Ostatnią płytą Kansas, jaką słuchałem jest Monolith - nie mam potrzeby słuchania następnych. Walsh z lat 70 miał cudowną barwę - z tych progowych znanych zespołów chyba tylko Lake miał lepszą (no i Giacomo, ale on był mało elastyczny, przypisany do włoskiego bel canto). Wierzę na słowo, że Walshowi głos się znacznie się z wiekiem pogorszył, bo to jest problem wielu wokalistów- vide Ian Anderson, który stracił głos w ogóle (prawdę mówiąc jego problemy zaczęły się bardzo wcześnie, już circa Stormwatch śpiewa wyraźnie gorzej, po prostu traci głos).
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńOczywiście rozumiem, że dla Ciebie blues czy country są tym, czym dla mnie elektryczne organy w jazzie czy eksperymentalnych odmianach jazzrocka- czymś, czego nie lubisz i co działa Ci na nerwy. Swoją drogą to wyobrażam sobie (puszczając wodze fantazji) jak Kansas z lat 70 wykonuje swoją wersję klasycznego amerykańskiego psalmu "The King of Love My Shepherd Is". Głos Walsha (tak piękny, a przy tym bardzo amerykański), skrzypce Steinhardta, do tego jakieś organy, chórek, finał mógłby być mocniejszy. Bardzo mi to pasuje do amploi Kansas i wielka szkoda, że takiej wersji nie nagrali
OdpowiedzUsuńTzn hymny nie psalmu (bo psalm jest biblijny), a oparty na nim utwór jest XIX-wiecznym hymnem - chyba ikoną muzyki amerykańskiej z tamtego okresu.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o odwołania do rodzimej tradycji kulturowej, to jak najbardziej masz rację. Również lubię, gdy twórcy podkreślają w ten sposób swoją tożsamość. W przypadku Kansas to moja „wina”. Po prostu, totalnie nie kręci mnie amerykańska muzyka rozrywkowa. Niektóre gatunki wręcz irytują. A propos głosu, Greg Lake na początku lat 80. również nie był już w topowej formie. Słychać to na japońskim koncercie Asia z 1983 roku i dwóch płytach solowych, szczególnie „Manoeuvres”. Na albumie tria Emerson, Lake & Powell z 1986 roku proces się pogłębił. Głos jest wyraźnie niższy, rejestr zawężony. W pewnym stopniu sam się do tego przyczynił, bo palił papierosy.
OdpowiedzUsuńZgadza się, głos Lake'a sie obniżył, elastyczność się zmniejszyła, ale nadal był to piękny, rasowy głos (np. na Black Moon) tyle że o niższej barwie i mniejszej skali. Życzyłbym sobie, żeby np. na Refugee zaśpiewał Lake, choćby i ten nie w top formie, z lat 90.
OdpowiedzUsuńKansas był jednym z dwóch klasycznych amerykańskich zespołów progowych, które wykształciły własny styl w oparciu o rodzimą tradycję. Drugim był Happy the Man (zwłaszcza na debiucie). Tyle że u Kansas mamy tradycję Południa, a na Happy the Man bardzo udanie inkorporowaną tradycję Północy - można powiedzieć "nowojorską", amerykańskiej muzyki orkiestrowej, w tym Gershwina. Reszta amerykańskich grup stricte progowych (tzn symfonicznych) z lat 70 to jednak tylko kalki zespołów brytyjskich (choć zdarzają się płyty naprawdę udane - np. Cathedral, Yezda Urfa). Wyłączam z tej kategorii grupy fusion typu Dixie Dregs, bo to jednak inna bajka.
Po prostu, totalnie nie kręci mnie amerykańska muzyka rozrywkowa.
OdpowiedzUsuńCountry i blues to nie tylko muzyka rozrywkowa. To ich folklor, choć oczywiście folklor, który uległ wielkiej komercjalizacji.
Co do Refugee, to Emerson wiedział co robi szukając nowych towarzyszy do bandu. Brian Davison to naprawdę dobry drummer, ale zdecydowanie nie ten level co Carl Palmer. Lee Jackson był całkiem niezłym basistą, jednak ten wokal... Gdyby w „Credo” i „Grand Canyon” zaśpiewał rasowy wokalista. Strach pomyśleć. Nie zmienia to faktu, że eponimiczny album Refugee, jak dla mnie, jest rewelacyjny. Szkoda, że Moraz został ściągnięty do Yes, bo panowie szykowali się już do nagrania drugiego albumu studyjnego. Na „Relayer” Moraz odegrał drugorzędną rolę. Inaczej być nie mogło. W sensie narodowościowym, był obcym ciałem. Co ważniejsze, gdy przyszedł do zespołu sporo materiału było już nagrane.
OdpowiedzUsuńAbsolutnie- mimo wad, które wymieniłeś (Na "Grand Canyon" Jackson brzmi jeszcze znośnie, na "Credo" i "Someday" - okropnie!) i do których dorzuciłbym jeszcze estetyczną zależność od ELP (choć nie jest to klon!), to poziom pianistyczny tej płyty i dojrzałość w operowaniu formami wariacyjnymi są zniewalające. Sam fortepianowy wstęp do Credo to jest poziom solidnego pianisty koncertowego (co tam wywija lewa ręka - prawie jak w etiudach Skriabina!), ale Moraz wypada świetnie praktycznie we wszystkich stylach - i w partiach jazzujących i stricte progowych na hammondach i syntezatorach i funky (na clavinecie) i na organach piszczałkowych. Przy tym, wbrew temu co twierdzą antagoniści, nie ma tu żadnej pretensjonalności - przeciwnie jest wielki luz, humor (tak jak w mozartowskim temacie Ritt Mickley ożenionym z funky). Niemniej - szkoda tego nieszczęsnego Jacksona, bo z przyzwoitym wokalem, płyta by była jeszcze lepsza. A Watkins z Happy the Man nie zrobił na Tobie wrażenia? To świetny "parapeciarz" - błyskotliwy technicznie, oryginalny, naprawdę top jak dla mnie.
OdpowiedzUsuńSkojarzenia z ELP są oczywiste. Dla Davisona i Jacksona Refugee był w pewnym sensie naturalną kontynuacją The Nice. Lifting brzmieniowy sprawił, że grupa znakomicie wstrzeliła się w złoty czas rocka progresywnego. To, co wyczynia na albumie Patrick Moraz, to najwyższy rockowy level. Niewątpliwie jest to jego album życia. Operowanie formą wariacyjną faktycznie zasługuje na słowa uznania. Doskonale słychać to w „Credo”. Partie solowe są oszałamiające. Syntezatorowe szaleństwa w „Grand Canyon”z niesamowitą zespołową kulminacją to dla mnie jeden z najwspanialszych momentów w historii progrocka. Do tego dodałbym jeszcze niektóre segmenty „Credo”. Ostatnie minuty powyższej suity to fusion bardzo wysokich lotów. Brawurowych partii na syntezatorze i elektrycznym fortepianie nie powstydziłby się Chick Corea. Moraz na pewno nie ustępował biegłością techniczną Wakemanowi. Był nawet od niego bardziej wszechstronny. Wystarczy przywołać szeroko pojęty jazz. Wakeman nie czuł się dobrze w tych klimatach. Gdy muzycy Yes zaczęli inkorporować niektóre elementy jazz rocka, czy też szerzej fusion, był do tego nastawiony niechętnie. Manifestacją wszechstronności Moraza jest jego pierwszy album solowy „The Story Of I” (1976). Mocno nierówna to płyta, ale miejscami frapująca. Przy okazji, również kupiłem ją w „Megadiscu”, mniej więcej w tym samym czasie, co Refugee.
OdpowiedzUsuńW latach 90. „Refugee” był najdroższym albumem w mojej kolekcji. Miałem go wprawdzie nagranego na kasecie z nocnej audycji Kaczkowskiego, ale taki album trzeba mieć w najlepsze jakości. Szukałem przez kilkanaście miesięcy. Dopiero, gdy namierzyłem „Megadisc” udało mi się zdobyć wydanie koreańskie. Z opowieści wiem, że w 1974 roku ten sam Kaczkowski prezentował go w całości w „Trójce”.
OdpowiedzUsuńKit Watkins? Dobry klawiszowiec. Najbardziej podoba mi się jego gra na dwóch pierwszych albumach Happy The Man. Nie należy jednak do tych, których gra robi na mnie największe wrażenie. To samo mógłbym napisać o Happy The Man. Dobre płyty, momentami nawet bardzo dobre, ale nic ponad to. Trochę spóźnione. Szkoda, że nie nagrali czegoś wcześniej. Po latach ukazały się jakieś demówki, poprzedzające debiutancki album. Jeśli słyszałeś i polecasz, to chętnie zapoznam się z tym materiałem. W okresie współpracy z Camel Watkins był bardzo rzetelnym rzemieślnikiem, ale w jego grze brakowało mi trochę pierwiastka szaleństwa. Sound jego keyboardów stał się zanadto ugrzeczniony. Dobrym przykładem jest „I Can See Your House From Here”. Generalnie, jest to fragment większej całości, bo w tym okresie Wielbłąd coraz intensywniej flirtował z pop rockiem.
OdpowiedzUsuńNiektóre życiorysy są mocno zbliżone, bo mój Refugee też był z Megadiscu, też nabyty w latach 90-tych i też był wtedy w czołówce moich najdroższych płyt. Czy najdroższy nie pamiętam bo w Białymstoku nabyłem za ciężkie pieniądze też w latach 90-tych Faust - So Far oraz East of Eden - Snafu (oba CD wydania japońskie). Pochodziły z prywatnej kolekcji właściciela naszego sklepu z CD, który przechodził wtedy na jazz (potem ode mnie pożyczał starego rocka i przegrywał).
UsuńWtedy ten album był otoczony kultem, jako (zapomniane?) arcydzieło progresywnego rocka, ale zupełnie nie pamiętam dlaczego (Magazyn Muzyczny, Tylko Rock, Trójka).
W sieci był przez lata wywiad z Leśniewskim, Opowiedział tam anegdotę o pierwszym w życiu spotkaniu z Kaczkowskim, podczas którego zaprezentował dla Mistrza Refugee. Zapewne ją znacie.
Moraz czysto pianistycznie lepszy nie tylko od Wakemana (to nie podlega dyskusji) ale i od Emersona. Mówię o grze na fortepianie akustycznym, bo na tym najlepiej się znam. Lewa ręka Moraza nie gorsza niż Emersona, poziom w partiach jazzujących porównywalny, za to Moraz ma dużo płynniejsze arpeggia i o klasę lepsze legato - czyli wszystko co łączy się z bardzo płynnym i czystym graniem kadencji wirtuozowskich, szesnastkowych pasaży przez kilka oktaw itd. Z tym u Emersona nie było najlepiej - grał je oczywiście sprawnie, ale nie było to brzmienie klasycznego koncertowego pianisty, a u Moraza tak! (oczywiście nie poziom największych wirtuozów, ale solidnych koncertowych pianistów - jak najbardziej). Niestety, gorzej było u niego z kreatywnością i chyba też smakiem muzycznym- dlatego słuchalna jest tylko jego pierwsza płyta solowa (no i płyty z Brufordem są fajne).
OdpowiedzUsuńJa debiut Happy the Man oceniam bardzo wysoko - chyba wyżej niż Refugee - nie jest to aż taki poziom ekwilibrystyki jak u Moraza, ale o wiele bardziej oryginalne kompozycje - zwłaszcza te nawiązujące do orkiestrowej tradycji amerykańskiej (np. Starborne, Carousel, New York Dream;s Suite) - znakomite są tam aranże, a wykorzystanie syntezatorów całkiem oryginalne. Troszkę gorzej wg mnie czuli się muzycy Happy the Man w numerach stricte jazzrockowych - tam słychać pewną sztywność. Dlatego o wiele niżej oceniam dwójkę - gdzie jest więcej fusion, a mniej "klasyki".
Ja również kupiłem płytę Refugee w Megadiscu i oczywiście mam przed oczami przytoczony przez Białystoka opis z katalogu. Ale płytę miałem już wcześniej na kasecie przegranej u rzeczonego Grzesia (tym razem nie kojarzy mi się z żadną anegdotyczną scenką).
OdpowiedzUsuńNajdroższe płyty, jakie kupiłem w Megadiscu to chyba dwa pierwsze Eggi - japońskie wydania bodaj w 98 - 130 zł (to jak teraz z 500). Na szczęście oryginalne - mam je do tej pory. Refugee było na pewno tańsze. Najdroższy pirat/podróba- to bodaj Irish Coffee - jakoś z 80 dych to było.
OdpowiedzUsuńU mnie takich też dobrych kilka CD było. Cen i tytułów za bardzo nie pamiętam, poza Jerusalem za ok. 80-90 PLN pod koniec lat 90-tych. Cena własnej "głupoty"...
UsuńDużo zakupów było też na telefon, paczka za pobraniem, potem okazywało się, że są tam tytuły, których nie zamawiałem, ale miały się dla mnie podobać. Różnie z tym bywało, zwracanie było irytujące i męczące.
W jednej z takich paczek znalazł się Stonehouse - koszmarnie brzmiące wydani, pirat z 1993 r. Miałem przy okazji dopłacić 150 PLN !!!, czego świadomie nigdy nie zrobiłem :)
W latach 90. za East Of Eden na szczęście nie musiałem płacić bajońskiej kwoty. Circa w 1997/1998 roku nagrano mi „Mercator Projected” i „Snafu” na CD-R, prosto z oryginałów, które wyszły w I połowie lat 90. W tamtym czasie był to dobry sposób na zdobywane płyt. Wymienialiśmy się nawzajem zbiorami z kolekcji. Znaliśmy osobnika, który jako jeden z pierwszych w Opolu dysponował nagrywarką. Takie to były czasy. Być może z tym Refugee trochę się pomyliłem, bo wydaje mi się, że za japońskie wydanie „The Polite Force” Egg dałem jeszcze więcej. Rzecz jasna, również w „Megadiscu”. Kumpel kupił debiut Egg. Brakujący album nagraliśmy sobie na CD-R. Trzeci album Egg „The Civil Surface” (wiadomo, z jakiego sklepu) również był bardzo drogi. Tym razem zdobyłem wydanie brytyjskie z początku lat 90. Oj, nie było tanio u Leśniewskiego.
OdpowiedzUsuńWywiad z Leśniewskim, w którym pojawił się wątek z Kaczkowskim i Refugee czytałem. Swoją drogą, audycje Beksińskiego, w których gościem był Leśniewski wtedy były na wagę złota. Dostęp do płyt i, generalnie, wiedzy był ograniczony.
Jeśli chodzi o umiejętności techniczne Wakemana, Moraza i Emersona, to w zasadzie jestem podobnego zdania. W tym temacie jesteś praktykiem i zapewne jesteś w stanie wyłapać więcej niuansów. Biorąc pod uwagę kreatywność, przewaga Emersona nie podlega dyskusji. Moim zdaniem gra Emersona na fortepianie jest bardziej idiomatyczna niż Moraza. Anglika dość łatwo jestem w stanie rozpoznać. Ma szereg swoich charakterystycznych patentów, zagrywek. Łatwo można to wykazać choćby na przykładzie „2nd Impression”. W przypadku Hammondów i Mooga jest to jeszcze bardziej oczywiste. Ilu w obrębie szeroko pojętego rocka jest klawiszowców, którzy na powyższych dwóch instrumentach wypracowali równie rozpoznawalne brzmienie i styl? Historii Hammondów i Mooga w muzyce rockowej, czy generalnie syntezatorów, nie sposób napisać bez poważnego uwzględnienia Emersona.
OdpowiedzUsuńZa "The Polite Force" Egg zapłaciłem 120 zł. Rok? Bodajże 1996.
OdpowiedzUsuńAbsolutnie Emerson bardziej idiomatyczny - rowniez na fortepianie, mówiłem tylko o stricte technicznych umiejętnościach.
OdpowiedzUsuń"Dużo zakupów było też na telefon, paczka za pobraniem, potem okazywało się, że są tam tytuły, których nie zamawiałem, ale miały się dla mnie podobać".
OdpowiedzUsuńPrzerabiałem to samo- identyczny trick! Albo dzwoni Darek Młynarski i pyta się: a da się pan namówić na dobry progressive? No i niestety najczęściej te wpychane płyty to były piraty - np. Marsupilami na Won Sinach. Ja już nie zieję do Leśniewskiego nienawiścią jak kiedyś, dawno wyluzowałem, no ale prawdą jest, że były to wyjątkowo wredne metody. Piraty miał również Grabowski z Abraxasu, u którego przez pewien czas zamawiałem równolegle, ale on ich nie wciskał - a wręcz uprzedzał, że to pirat. Generalnie to jest największy problem z Megadiskiem - nie że sprzedaje piraty i bootlegi (fakt, że w naszych czasach było to może max 10% oferty, teraz jak wchodzę na stronę czasami - to chyba jest z 50%!), bo sprzedają ją też inni na całym świecie. Ale nikt ich natrętnie nie wciska i nie zachwala, jako oryginałów z na dodatek lepszym dźwiękiem.
To z Młynarskim taka anegdota, mam ich zresztą kilka.
UsuńKolega, którego wciągnąłem w stary rock i Megadisc, dzwoni i czyta z kartki tytuły, a Darek je odkłada. Potem Darek, a może to ? - Dobra, biorę. Może tamto? Niech będzie. Wreszcie Darek tak bełkotliwie wymówił tytuł, że rozbawiony i ogłupiały kolega odpowiedział z automatu - dobra, może być. Oczywiście nie miał nawet pojęcia co kupił. Śmialiśmy się z tego długo.
Mnie żadnych „bonusów” nigdy nie wciskali. Zawsze zachowywałem wobec nich dystans. Nie zostawiłem swojego numeru telefonu. Płyty zamawiałem tylko drogą pocztową. Nigdy nie byłem w sklepie w Warszawie. Leśniewskiego nigdy nie widziałem. Nie mam poczucia, że coś straciłem. :) O tym, że Leśniewski bawi się w sprzedaż piratów dowiedziałem się z „Dinozaurów”. Dokładnie z wpisu niejakiego okechukwu. :) Zacząłem sprawdzać swoje płyty, które tam kupiłem i okazało się, że kilka mi wcisnął (np. Rare Bird - „Epic Forest”).
OdpowiedzUsuńZ Leśniewskim przeszliśmy na Ty 12.12.1996 r. Wszedłem do sklepu a tam ludzie, alkohol, słodycze i the Beatles. Okazało się, że obchodzi 30-te urodziny. Do tego dnia nie wiedziałem który jest który!
OdpowiedzUsuńA częstował? Brałeś udział.w przyjęciu?
UsuńTak, ale ja:
Usuńa) unikam wysokich procentów, więc jakaś kawa i coś do :)
b) przyjechałem po CD, siedziałem sobie i przesłuchiwałem podrzucane mi tytuły
c) nikogo nie znałem i jeszcze nie czułem się tam jak "u siebie".
Ja byłem w Megadiscu może z 5-6 razy, ale jak już to siedziałem dlugo, po 2 godziny. Zawsze był.tylko Darek, nigdy Leśniewski. Z Leśniewskim rozmawiałem czasem przez telefon (zresztą wolałem z nim.rozmawiac, bo Darka faktycznie za cholere nie można było czasem zrozumieć). Parę lat później spotkałem Darka w Muzancie. Przepraszał mnie, ze wykonywał tylko rozkazy. Ja na to, że esesmani też się tak tłumaczyli. Ale było miło, przeszliśmy dopiero wtedy na ty, no i Darek zdobył się na gest - dal mi winyl.Rare Earth w prezencie jako rekompensatę (nie mój styl, ale sprzedałem go później bodaj za 30 dolców na ebayu). Niestety Darek jyz od paru lat ponoć nie żyje (znajomy mi mowil)
OdpowiedzUsuńO masz, o tym nie wiedziałem. :(
UsuńOn był zdaje się mniej więcej rówieśnikiem Beksińskiego.
Mieszkał z mamą mniej więcej tam gdzie Freefall. Potem się zakochał w jakiejś barmance i stworzył związek.
„Megadisc” był dla mnie tylko ostatecznością. Lwią część płyt kupowałem w Opolu. Ceny były bardziej atrakcyjne. Miałem dobry układ z właścicielem sklepu. Poszukiwałem różne pozycje w katalogach, które mi udostępniał. Później było hurtowe zamówienie i długie oczekiwanie. Niektóre płyty docierały dopiero po dwóch, trzech miesiącach. Właściciel korzystał na tym nie tylko finansowo, bo dzięki temu poznał trochę muzyki, która przypadła mu do gustu (np. Gentle Giant). Kiedyś pokazał mi płytę i powiedział „na pewno ci podejdzie”. Wtedy jeszcze nie znałem tego zespołu. Posłuchałem pierwszy utwór i stwierdziłem, że nawet fajny, ale za bardzo „piosenkowy”. Później żałowałem, bo był to „The Rotters’ Club” Hatfield & The North. Jak się miało okazać, jeden z moich absolutnie ulubionych albumów sceny Canterbury. Dorwałem go w końcu (razem z eponimicznym debiutem) we Wrocławiu.
OdpowiedzUsuń„The Rotters’ Club” Hatfield & The North" - poznany i doceniony przeze mnie chyba dopiero w ramach plebiscytu na najlepszy album Canterbery Scene, prowadzony przez sympatyka Odry.
OdpowiedzUsuńJeden z moich najnowszych winylowych nabytków, wreszcie ukazała się reedycja, od 1984 r. nigdy kolejnej nie było.