The Soft Machine - The Soft Machine (1968) 2/3

 


11.02.2026


Pierwszy okres działalności zespołu, obejmujący lata 1966-1969 można w uproszczeniu określić jako psychodeliczny. Artyści zaproponowali wówczas niepospolitą syntezę rocka i popu, sięgali do skarbnicy jazzu nowoczesnego, czerpali inspiracje z dorobku „poważnej” awangardy. Zwolennicy muzyki rockowej najczęściej sięgają właśnie po pierwsze dwie płyty formacji.

Debiutancki album zespołu ujrzał światło dzienne 1 grudnia 1968 roku. Początkowo wyszedł tylko w USA. Kariery na listach przebojów nie zrobił, aczkolwiek 160. miejsce na liście „Billboardu” to wynik nie najgorszy, zważywszy na jego muzyczną zawartość. W sumie spędził na liście dziewięć tygodni i sprzedał się w ilości około 80 tysięcy egzemplarzy. Już notatka na okładce płyty świadczyła o tym, że mamy do czynienia z propozycją niepokorną, będącą w opozycji wobec głównego nurtu rocka. Muzyka The Soft Machine zawiera szokujące wartości nieustrukturalizowanej kompozycji, chociaż większość ich utworów to zwykłe piosenki. Elektroniczne urządzenia dodają siły oddziaływania na zmysły. Efekty byłyby niczym, gdyby nie były używane z wrażliwością i logiką. Zespół posiada specyficzny dar. Faceci potrzebują maszyn, ale maszyny potrzebują facetów oraz idei do tworzenia znaczących doświadczeń. Grupa tworzy muzykę ze smakiem, po mistrzowsku i, co najważniejsze, o dużym stopniu złożoności.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co zaproponowali na swoim debiucie, pamiętając rzecz jasna o muzycznym krajobrazie ówczesnej epoki. Sporo materiału pochodziło jeszcze z okresu The Wilde Flowers. W sferze kompozytorskiej mocno zaznaczył swoją obecność Kevin Ayers. Żadną miarą nie oznacza to jednak, że jest postacią wiodącą. Na pierwszym planie znajdują się zazwyczaj Wyatt i Ratledge. Trzy utwory współtworzył lub skomponował samodzielnie (A Certain Kind) Hugh Hopper, który zagrał gościnnie tylko na ostatnim utworze na płycie Box 25/4 . Jego czas miał dopiero nadejść... Słuchając muzyki trudno nie oprzeć się wrażeniu, że, jak na późniejszą drogę artystyczną zespołu, jest jeszcze dość tradycyjna. Był to czas, gdy Wyatt i spółka nie byli jeszcze zdecydowani na radykalne zerwanie pępowiny łączącej ich ze światem rocka. Muzyka, która wypełniła album, doskonale wpisuje się w psychodeliczną epokę. Zawiera wiele charakterystycznych elementów dla tego nurtu. Co istotne, ukazuje nam oblicze zespołu, który mimo względnie krótkiego stażu ma już silną artystyczną tożsamość. Muzyka jest idiomatyczna, dzięki charakterystycznej grze muzyków oraz nietypowej sztuce wokalnej Roberta Wyatta.

Mocną stroną Wyatta była nie tylko skala głosu (pięć oktaw!), ale przede wszystkim zjawiskowa oryginalność. Specyficzne frazowanie, bogaty wachlarz środków artykulacyjnych, niebanalne rozwiązania aranżacyjne. Na debiucie The Soft Machine jest to jeszcze czynione we względnie tradycyjny sposób. Stopniowo jego stylistyka będzie wzbogacać się o nowe, coraz bardziej niekonwencjonalne środki wyrazu. Znamienną egzemplifikacją tych tendencji będzie jego pierwszy album solowy The End Of An Ear (1970). Debiut Soft Machine pozornie zawierał trzynaście utworów. W rzeczywistości były to trzy rozbudowane kompozycje. Poszczególne segmenty częstokroć nie były  spajane w typowy sposób dla rockowych suit czy też innych wielowątkowych kompozycji. Właściwie tylko w pierwszej odnajdziemy klasyczną myśl łączącą poszczególne składniki w jedną koherentną całość.

Główny człon Hope For Hapiness, cechujący się zaraźliwym tematem melodycznym, przechodzi w ekspresyjne improwizacje. Środkowa część pierwszej suity, a więc Joy Of A Toy”, przybiera kształt instrumentalnego interludium z wątkami orientalnymi, które prowadzi do finałowej kody w postaci repetycji tematu Hope For Hapiness. Muzycy wykazują się biegłością w cieniowaniu dynamicznych subtelności. Słychać, że dobrze czują się zarówno w ekspresyjnych, rozimprowizowanych fragmentach jak i w bardziej delikatnych i kameralnych. Wokalny dwugłos Wyatta w Hope For Hapiness, będący osobliwym wstępem do kompozycji, ujawnia w zalążkowej formie jego predylekcje do polifonizacji partii wokalnych oraz niekonwencjonalnych artykulacji.

Następna dłuższa forma zaczyna się od autoironicznego Why am I So Short. Króciutki utwór przechodzi szybko w główną część suity So Boot If At All, swoją drogą, wielce charakterystyczną dla pierwszego wcielenia The Soft Machine. Okrasą jest rozbudowana partia instrumentalna, zawierająca ingrediencje na pozór zupełnie do siebie nieprzystające. Oto mamy bowiem pojawiające się jednocześnie fragmenty motywów muzycznych jako żywo przypominające wodewil, którym wtórują dysonansowe brzmienia preparowanego fortepianu, bliskie pianistyce Karlheinza Stockhausena. W rezultacie otrzymujemy dość ekstrawagancki melanż, mocno ociekający eklektyzmem, kojarzący się z postmodernistyczną manierą, która już wkrótce stanie się bardzo popularna. Drugą suitę kończy dość konwencjonalna ballada A Certain Kind, autorstwa Hugh Hoppera. Nawet Mike Ratledge zagrał w niej bardzo statecznie, jak na niego, wręcz staroświecko. W istocie jest to jeszcze jeden dowód na to, że wachlarz stylistyczny na albumie jest bardzo szeroki. Słuchacz obcujący z nim po raz pierwszy co rusz jest zaskakiwany zmianą nastroju, stylistyki i brzmienia.




4 komentarze:

  1. okechukwu11/2/26 12:49

    "Mocną stroną Wyatta była nie tylko skala głosu (pięć oktaw!)"

    Ciekaw jestem, gdzie te 5 oktaw głosu Wyatta słychać. Tzn. który konkretnie utwór śpiewa w najwyższym rejestrze a który w najniższym. Bo ja - na tych płytach ze śpiewem Wyatta, które znam (pierwsze 3 SM, Matching Mole, Rock Bottom) absolutnie tych rzekomych 5 oktaw nie słyszę. Freddie Mercury miał niecałe 4 oktawy, no ale jak się zestawi np. jego ultra wysoki falset w Under Pressure z głębokim barytonem w Ride the Wild Wind, to słychać, że te 4 oktawy rzeczywiście miał (w praktyce!). Gdzie w praktyce u Wyatta jest 5 oktaw? Pięć oktaw to niewiarygodnie dużo - nawet Stratos, który naprawdę był fenomenem jeśli chodzi o skalę głosu i możliwości wykonawcze (i to też słychać!) miał cztery z hakiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Już kiedyś to sprawdzałem. Źródła są sprzeczne - podają od 3 do 5 oktaw. Skąd te rozbieżności? Możliwości jest przynajmniej kilka. Wariant negatywny. Być może mylona jest skala głosu z zakresem dźwięków wykorzystanych w nagraniach, dzięki obróbce studyjnej. Wyatt często eksperymentował z głosem. Na szeroką skalę słychać to na jego wczesnych albumach solowych oraz w nagraniach Matching Mole (np. manipulacje prędkością taśmy, wielowarstwowe nakładanie głosów). Ktoś mógł porównywać nagrania z różnych lat. Jak wiadomo, z czasem głos mu się obniżał. W tekstach poświęconych szeroko pojętej muzyce popularnej często spotykamy się z błędami merytorycznymi. Wariant pozytywny. Trzeba wziąć pod uwagę specyficzną „instrumentalizację” głosu. Wyatt lubował się w naśladowaniu głosu instrumentów (np. dętych), ponadto miał predylekcje do nietypowej artykulacji. W trakcie takich „zabaw” faktycznie operował szeroką skalą. Niektóre dźwięki były tak odległe od ortodoksji, że dla niejednego słuchacza nie były już śpiewem.

    Mogę podać skrajne przykłady:
    - niski baryton - „Stay Tuned" z „For the Ghosts Within”
    . - blisko sopranu - Little Red Riding Hood Hit the Road, Alifib / Alife - obydwa z „Rock Boottom”
    - bardzo wysoko szybują również wokalizy w „Instant Pussy” - debiut Matching Mole
    - w obrębie jednej kompozycji godny analizy jest „Sea Song” - słychać w nim szeroki zakres głosu
    Jak to wygląda w rzeczywistości? Musiałby to zweryfikować jakiś spec w zakresie tematu. W 2008 roku Wyatt mówił o tym tak: "Kiedyś miałem skalę czterech lub pięciu oktaw, ale teraz śpiewam niżej".

    OdpowiedzUsuń
  3. Björk idzie jeszcze dalej. W wywiadzie z 2004 roku opisała Roberta Wyatta jako osobę o „niezwykłej” skali głosu, obejmującej 5 lub 6 oktaw. Według niej, każda z tych oktaw ma zupełnie inny charakter.

    OdpowiedzUsuń
  4. okechukwu11/2/26 17:10

    Dzięki za przykłady - np. Stayed Tuned nie znam zupełnie - zapoznam się. Wysokie rejestry - zgoda w nich Wyatt śpiewa najczęściej (i jest to w zasadzie falset, choć o nietypowej barwie), kłopot jest w tym, że nie słyszę tych niskich. Tak czy owak wolę Richarda Sinclaira jeśli chodzi o konterburyjskie wokale. Fantastyczny wokal - doskonale skontrolowany i o naprawdę dużej skali.

    OdpowiedzUsuń