The Soft Machine - The Soft Machine (1968) 1/3


 

3.02.2026


Tym razem proponuję trzyczęściowy esej poświęcony jednej z najważniejszych płyt w historii rocka psychodelicznego. Nieco bardziej wnikliwie zagłębimy się w jej zawartość. Warto poznać, jaka była historia jej powstania. Ciekawy, czasami nieoczywisty, jest również zakres wpływów.

 30 stycznia 1968 roku grupa udała się do Stanów Zjednoczonych na dziewięciotygodniowe tournée. Występowała jako support The Jimi Hendrix Experience. Była to trasa promocyjna dla wydanej właśnie drugiej płyty zespołu Hendrixa „Axis: Bold As Love”. Dla The Soft Machine była to wielka szansa wypłynięcia na szerokie wody. Grali wszak z muzykiem, który stał się sensacją w rockowym światku - miał trzy single w pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy przebojów. Album Hendrixa dotarł do drugiego miejsca na liście najlepiej sprzedających się płyt (wyprzedził go tylko niepodzielnie królujący „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band). Był to więc niekwestionowany sukces komercyjny. Muzycy z The Soft Machine, grając jako support, mieli sposobność występować przed licznym audytorium. Co istotne, grali w kraju, będącym największym rynkiem muzycznym. Była to więc dla nich ogromna szansa, aby zdobyć szerszą popularność, tym bardziej, że szykowali się powoli do nagrania debiutanckiego albumu.

Trasa była kiepsko przygotowana. Niemal na każdym kroku było widać, że management był nastawiony na maksymalizację zysków, zapominając o elementarnych kwestiach związanych z organizacją koncertów. Praktycznie nie było czasu na normalne przygotowanie występu. Zazwyczaj ekipy wpadały w ostatniej chwili walcząc gorączkowo z czasem. Artyści, pracując w spartańskich warunkach, z wolna popadali w coraz większą frustrację. O tym, w jakim stanie psychicznym był wówczas Hugh Hopper (w tym czasie odpowiadał za organizację koncertów), najlepiej świadczy osobliwe wydarzenie. W czasie pobytu w Nowym Jorku postanowił ogolić głowę na łyso. Rychło tego pożałował. Napięcia i stresy, których permanentnie doświadczał, skłoniły go do porzucenia tego zajęcia. Koncertowe szaleństwo miało także inne negatywne konsekwencje. Pojawiły się narkotyki i alkohol, które miały być lekarstwem na stres i zmęczenie. Szczególnie widoczne było to na przykładzie Roberta Wyatta, który do tej pory znany był z purytańskiego stylu życia. Muzycy z grupy Hendrixa, Noel Redding i Mitch Mitchell, wciągali Wyatta w alkoholowe libacje, które niejednokrotnie kończyły się upojeniem do nieprzytomności.

Grupie udało się w końcu podpisać kontrakt na nagranie albumu dla amerykańskiej wytwórni Probe, będącej filią ABC Records. Za jej produkcję odpowiedzialni byli: Chas Chandler, ich ówczesny manager oraz postać nieomal legendarna, Tom Wilson. Wcześniej pracował z takimi artystami, jak: Bob Dylan, The Mothers of Invention, Simon and Garfunkel, The Velvet Underground, Sun Ra, Cecil Taylor. Muzycy spędzili w studiu zaledwie cztery dni. Trudno zatem mówić o starannie dopieszczonym materiale. Szybkie tempo pracy sprawiło, że jego możliwości nie zostały należycie wyzyskane. W niemałym stopniu była to wina Toma Wilsona, który podszedł z dezynwolturą do muzycznego projektu debiutantów zza Wielkiej Wody.

Producent cały czas sprawiał wrażenie człowieka niezbyt zainteresowanego powierzoną mu pracą, co istotne, nie rozumiał muzyki The Soft Machine. Nie dziwi zatem fakt, że muzycy nie wspominali tej współpracy najlepiej. Kevin Ayers: Zaczęliśmy z bardzo dobrymi pomysłami, ale album był amatorski, niezgrabny, źle wyprodukowany (...) Wszystko, co zapamiętałem na temat Wilsona, to tylko to, że siedział przy telefonie i przed cały dzień dzwonił do swoich dziewczyn. Chas Chandler również był zwolennikiem szybkiej produkcji płyty. Przyczyny były co najmniej dwie. Pierwsza, a jakże, stricte merkantylna.  Ponoć odpowiadało mu również surowe brzmienie muzyki. Szybkie zarejestrowanie materiału w studiu miało umożliwić lepsze uchwycenie esencji muzyki. W rezultacie płyta została nagrana niemal na żywo. Praktycznie nie została poddana procesowi postprodukcji. Na szczęście The Soft Machine był zespołem dobrze czującym się w improwizowanym graniu. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta w sferze producenckiej była ewidentnie niedopracowana.

Po zarejestrowaniu debiutanckiej płyty oraz ostatnim koncercie w Troy artyści powrócili na odpoczynek do Anglii. Za sprawą Roberta Wyatta  postanowili poszerzyć skład o gitarzystę. Ostatecznie został nim Andy Summers, którego gra już wcześniej bardzo przypadła do gustu Wyattowi. O przyjęciu Summersa zadecydował ostatecznie jam, który miał miejsce 4 maja 1968 roku w jego londyńskim mieszkaniu. W czerwcu The Soft Machine wyjechał ponownie do USA, gdzie zagrał pięć koncertów. Tym razem bez Hendrixa. Rychło okazało się, że Ayers i Summers nie mogą występować razem. Ayers był zwolennikiem grania w składzie trzyosobowym, dlatego systematycznie wywierał presję na swoich kolegów, aby pozbyć się Summersa. Ostatecznie dopiął swego w lipcu w Nowym Jorku, gdzie muzycy postanowili zrezygnować z usług gitarzysty.

Właściwe tournée z zespołem Hendrixa rozpoczęło się 30 lipca w Bâton-Rouge w stanie Luizjana. Tym razem występy odbywały się w jeszcze większych halach. Przychodziło na nie coraz więcej widzów, co było pokłosiem pierwszej tury, zbierającej pochlebne opinie w prasie muzycznej. Niestety z tej trasy nie zachowały się żadne profesjonalnie nagrane utwory, których jakość dźwięku byłaby satysfakcjonująca. Fonograficznym dokumentem występów jest płyta „Turns On Vol.2”, która zawiera między innymi utwory z Davenport w stanie Iowa. Ich jakość jest jednak kiepska, dlatego nie jest w stanie oddać w pełni tego, co działo się na scenie. Relacje między muzykami The Experience i The Soft Machine były bardzo dobre. Hendrix i jego koledzy, pomimo że występowali jako gwiazda wieczoru, nigdy nie dawali im do zrozumienia, kto tu jest najważniejszy. Ba, niejednokrotnie pomagali swoim kolegom. Hendrix i jego towarzysze z zespołu bardzo pochlebnie wyrażali się o muzyce kanterberyjskiego bandu. Robert Wyatt na tyle zaprzyjaźnił się z Noelem Reddingiem, że wspólnie poważnie brali pod uwagę założenie własnego zespołu. Ostatecznie z tych planów nic nie wyszło.

Konflikt między Ayersem a Summersem był tylko wstępem do znacznie poważniejszej linii podziału, która stopniowo zaczęła się zarysowywać w czasie drugiego tournée amerykańskiego. Okazało się, że trzyosobowy organizm nie stanowił już kolektywu. Kevin Ayers był coraz bardziej sfrustrowany ewolucją stylistyczną zespołu. Nie odpowiadała mu postępująca radykalizacja języka muzycznego. Ayers: Mike i Robert byli znacznie lepiej wykształceni muzycznie. Myślę, że moja prostota ich nudziła. W Nowym Jorku poznałem Gila Evansa i Terry'ego Rileya. Bardzo lubiłem jazzmanów, z którymi zapoznali mnie Daevid i Robert, ale to znacznie wybiegało poza mój sposób pojmowania muzyki. Nie byłem zainteresowany graniem utworów na 19/7 tylko po to, aby to zrobić. The Soft Machine podążał w kierunku jazz fusion, a ja za tym nie przepadałem. Lubiłem czysty pop. Wchodzili w coś, co można określić jako: „gramy dla siebie, a widownię mamy gdzieś”. 

Oprócz różnic natury artystycznej, ważnym powodem odejścia Ayersa z zespołu był fakt, że nie najlepiej czuł się w czasie trasy koncertowej. Natłok występów, nie kończące się długie podróże. Wszystko to sprawiło, że we wrześniu, gdy trasa w końcu dobiegła końca, był skrajnie wyczerpany i zniechęcony. Frustrację pogłębiały fatalne doświadczenia z muzycznym show biznesem. Materiału do przemyśleń było sporo. Kilkanaście miesięcy wytężonej pracy, nagranie płyty, dwie wielkie trasy koncertowe po Ameryce Północnej,  rozliczne koncerty w Europie Zachodniej. Powyższe wydarzenia uświadomiły mu, że ludzie z branży muzycznej nie zwracają niemal zupełnie uwagi na kwestie natury artystycznej. Nade wszystko, liczył się dość cynicznie pojmowany merkantylizm, połączony z przedmiotowym traktowaniem muzyków. W rezultacie doszedł do przekonania, że czas podążyć nieco inną drogą. 



39 komentarzy:

  1. Dawno tego albumu nie słuchałem, no to trafiła się okazja. Po wymianie CD na LP może raz, góra dwa, go posłuchałem dobrych kilka lat temu. Ponieważ ostatnio sporo przerabiam współczesnych brzmień, produkcja tego albumu, dotąd co najwyżej średnia, dziś jawi się bardzo bardzo źle. Obawiam się, że to nawet nie jest już pozycja na półkę, tylko dokument tamtej epoki. Sporo ten blog narobił DLA mnie ostatnio mętliku w głowie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Produkcja jest denna. Niestety, podobnie jest w przypadku „Volume Two” i „Third”. Kiedyś debiutu słuchałem z pierwszego wydania na CD z 1989 roku - dwa pierwsze albumy na jednym kompakcie. Ostatnimi czasy próbowałem również holenderskiego wydania winylowego z 2009 roku. Jakość dźwięku również nie przekonuje. Jakby tego było mało, większość późniejszych wydań kompaktowych została dodatkowo okaleczona przez agresywną kompresję. Słuchałem niedawno wznowienie winylowe „Volume Two” z 2009 roku. Delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyciło mnie. W przyszłości powrócę do pierwszego wydania na CD. Jeśli chodzi o „Third”, to przemieliłem circa 10 wydań. 3 winylowe - pierwsze wydania z 1970 roku - brytyjskie i amerykańskie - baardzo przeciętne, holenderskie - jeszcze gorsze. W przypadku kompaktowych - praktycznie wszystkie mają jakieś wady. Zdecydowanie wyróżniłbym jednak BGO z 1993 roku. Koncertowy „Facelift” nadal jest mocno zamulony. Na plus trzy utwory studyjne - brzmią prawie dobrze. Wartość dodana - najlepszy DR.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy wczoraj go sobie odtwarzałem (na słuchawkach) to na stronie B przez kilka minut miałem wrażenie, że w jednym uchu słyszę wyłącznie wokal, w drugim muzykę. Nigdy wcześniej nie odnosiłem takiego wrażenia i nie wiem czy to autosugestia, czy "nadzwyczajne" możliwości mojego hi-fi czy niczemu niewinny czarny krążek stały się tego przyczyną.

    Zabrałem się również za lekturę recenzji tego albumu na RYM i miałem ochotę się podpisać pod tymi w przedziale dwóch - trzech gwiazdek na pięć.

    OdpowiedzUsuń
  4. okechukwu6/2/26 15:48

    Aż przesłuchałem wczoraj ponownie debiut SM (chyba pierwszy raz od 10 lat). Mam CD One Way Records/MCA z 89 r. Brzmieniowo szału nie ma, ale tragedii też nie - zważywszy, że to nie jest jednak Mahler ani nawet omawiany przez nas Darwin - tylko trzy instrumenty: organy, bas, perkusja (takie żywe, dość naturalne brzmienie). Muzycznie to w zasadzie jeszcze psychodelia - wcale nie tak daleko tu do debiutu Caravan czy nawet debiutu The Nice. Na pewno SM gra nieco bardziej eksperymentalnie, ale w estetyce szeroko pojętej psychodelii ta płyta się mieści. Kompozycje są dość interesujące, choć zdarzają się też fragmenty o przysłowiowych 7 zbójach (So Boot If at All). Dla mnie 3.5/5 na RYM.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie też i już mój LP pojechał do Tczewa. Używając powiedzonka jednego z eks Dinozaurów dla mnie Soft Machine to najbardziej przehajpowany zespół. Teraz boję się sięgać po dwójkę. Z czasem pewne zostanę tylko przy siódemce, której zaś jeszcze nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dwójkę zapamiętałem jako dojrzalszą - jutro przesłucham. Generalnie 3.5 to nie zawsze jest dla mnie płyta na półkę (3 tylko w wyjątkowych wypadkach - np. gdy jest to najlepszy album, jaki nagrano w Gwatemali albo na Tajwanie haha), ale w przypadku klasyki, a taką jest, co by nie mówić, Soft Machine - to raczej się nie pozbywam.

    OdpowiedzUsuń
  7. I tak już przekroczyłem limit 500 LP. No mercy.
    U mnie 3,5 może być na półkę, ale decydują o tym względy bardzo osobiste, nie położenie geograficzne :)

    OdpowiedzUsuń
  8. okechukwu7/2/26 11:25

    Czyli docelowo plus minus 500 winyli to Twoja liczba constans jeśli chodzi o kolekcję? Ja ostatnio zrobiłem wreszcie porządek z CD - poukładałem je alfabetycznie (paru tytułów niestety nie udało mi się odnaleźć). Mam ich mniej niż myślałem - około 1700. Myślę, że docelowo 2 tysiące to liczba, której nie warto przekraczać.

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Białystok

    „Używając powiedzonka jednego z eks Dinozaurów dla mnie Soft Machine to najbardziej przehajpowany zespół. Teraz boję się sięgać po dwójkę. Z czasem pewne zostanę tylko przy siódemce, której zaś jeszcze nie mam”.


    Z subiektywnego punktu widzenia każdy wykonawca może być przehajpowany. Każdy z Nas, bazując na swoim guście i doświadczeniu, buduje własną hierarchię wartości i znaczenia. Nikomu nic do tego. Na problem można również spojrzeć z szerszej perspektywy, szukając obiektywnych parametrów. Niektóre z nich, po części, mogą być dyskusyjne, będą jednak również takie, które trudno zakwestionować. Debiutu Soft Machine nie chcę jakoś szczególnie bronić. Album jest bardzo oryginalny, jednak ma swoje mankamenty. To nie jest jeszcze TEN Soft Machine (skład, muzyka). Inaczej ustosunkowałbym się do krytyki „Volume Two”. W tym przypadku, z różnych względów, mamy do czynienia z pozycją wybitną. Wprawdzie strona techniczna nadal jest odległa od ideału, jednak artystyczna przynosi tyle istotnych treści, że spokojnie można abstrahować od technikaliów.

    A propos przehajpowania, akurat „Volume Two” jest albumem nie w pełni docenionym. Zważywszy na jego zawartość, trudno aby trafił pod strzechy. Zbyt wiele jest na nim elementów, które są mało komfortowe dla „normalnego” słuchacza. Niewiele płyt z całej historii rocka mogłoby stanąć w szranki z „Volume Two” w kategorii „oryginalny, prekursorski”. Zatrzęsienie nowych konceptów jest imponujące. To wdzięczny materiał na obszerny esej. Mógłbym nawet pokusić się o tezę, że był to najbardziej świeży, nowatorski album z szeroko pojętego rocka progresywnego, wydany w 1969 roku. Pamiętając o takich pozycjach, jak „Ummagumma” i „In The Court Of The Crimson King”.

    OdpowiedzUsuń
  10. P.S. W tekście poświęconym płycie konsekwentnie używam nazwy The Soft Machine, taka bowiem obowiązywała w latach 1966-1969. Na początku 1970 roku muzycy postanowili usunąć przedimek „the”. Dopiero od płyty „Third” (1970) możemy więc używać nazwy Soft Machine.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak, docelowo 500, chociaż najważniejsza jest droga do celu.
    Te przehajpowanie to oczywiście pół żartem pół serio. Ale chyba nie ma wątpliwości, że jest to zespół dosyć niszowy, którego wolty stylistyczne chyba nie pomogły mu wejść na wyższy poziom rozpoznawalności i popularności. W dodatku muzyka, którą grał chyba nigdy taką i być nie mogła.

    OdpowiedzUsuń
  12. P.S. Nie dysponuję "wiedzą", aby mówić o wpływie Soft Machine na innych artystów, ani też ilu z nich się do tego przyznaje. Za to echa King Crimson z mojego punktu widzenia są najczęściej słyszalne, czy to z okresu 1969-1974 czy też tzw. kolorowej trylogii w rocku, który słucham na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
  13. No fakt, każdy album był inny. Czasami mocno odmienny. Ciekawym rysem jest również to, że każdy był nagrany w innej konfiguracji personalnej. To rzadki przypadek, biorąc pod uwagę kilkanaście lat działalności. Nawet audiofilska jakość nagrań nic by nie dała. Główną barierą jest hermetyczność muzyki.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeżeli chodzi o wpływy i czynnik „ilościowy” - jak najbardziej. W przypadku King Crimson tych artystów na pewno było więcej. Nie inaczej, jeśli chodzi o Pink Floyd. Miałem na myśli całoksztat. Wszystkie elementy muzyczne. Choćby takie, jak:
    - harmonia
    - rytm
    - narracja
    - forma
    - brzmienie
    - aranżacja
    - innowatorskie podejście do instrumentu
    - sztuka wokalna - poszerzenie środków ekspresji, artykulacja
    - tworzenie nowych nurtów muzycznych

    „Volume Two” pasuje do każdej kategorii. Co istotne, znacznie częściej chodzi nie tylko o oryginalność, ale nowatorstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. okechukwu8/2/26 17:10

      Wygląda tak jakby Soft Machine byli Twoim ulubionym zespołem w ogóle. Mylę się?

      Usuń
  15. Z zupełnie innej beczki. Dzisiaj mecz Białystok kontra Okechukwu. Ciekawe, kto wygra. Jaga ma szansę na majstra, bo rywale mają poważne problemy ze stabilnością. Beniaminek z Płocka, prędzej czy później, spuchnie. I liga czeka na Legię. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Właśnie przesłuchałem dwójkę. Oj, to ogromny skok jakościowy w porównaniu do debiutu! Jeszcze jakieś dalekie psychodeliczne refleksy tlą się tu i ówdzie, ale generalnie znakomity oryginalny jazzrock z wpływami awangardy i free, świetna melodyka (nawet wokal Wyatta, za którym nie przepadam strawny) i słychać, ile z tej płyty zaczerpnęły grupy Dave'a Stewarta. I podoba mi się, że są to miniatury a nie "kobyły" jak na trójce. Mocne 4.5 - chyba to będzie mój ulubiony Soft.

    OdpowiedzUsuń
  17. Z zupełnie innej beczki. Dzisiaj mecz Białystok kontra Okechukwu. Ciekawe, kto wygra.

    No tak to by wyglądało, tyle że ja jestem zupełnie pozbawiony lokalnego patriotyzmu piłkarskiego. Na meczach Motoru byłem raptem dwa razy (w czasach licealnych), częściej bywałem na żużlu, który był wtedy o wiele popularniejszy od piłki w Lublinie. Nie wiem, może to kwestia tego, iż mimo że jestem rodem z Lublina, to całą podstawówkę spędziłem u babci na Roztoczu, pod granicą z ZSRR. W każdym razie bardziej niż los Motoru interesuje mnie Puchar Narodów Afryki (haha). I chyba nawet bardziej byłbym za Jagiellonią niż Motorem.

    OdpowiedzUsuń
  18. „I podoba mi się, że są to miniatury a nie "kobyły" jak na trójce”.

    De facto „Volume Two” wypełniły dwie suity. Cała pierwsza strona to „Rivmic melodies”, autorstwa Wyatta z kilkoma pomysłami Ratledge’a i Hoppera. Utwór w całości po raz pierwszy zarejestrował śpiewający perkusista The Soft Machine, jeszcze w 1968 roku. Zaśpiewał i zagrał na wszystkich instrumentach! Po latach wydano to w końcu na płycie - „’68” (2013). Można porównać obie wersje. Druga strona to pięcioczęściowa suita Ratledge’a (plus trochę pomysłów jego kolegów) „Esther’s Nose Job”. Zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji zespołu. Ponadto dwa drobiażdżki, które pojawiają się na początku strony B winyla. Między innymi świetny „Dedicated to You But You Weren't Listening”. Rozdrobnienie na wiele indeksów to robota wytwórni. Włodarze obawiali się, że rozbudowana forma zmniejszy potencjał komercyjny wydawnictwa. Wręcz aforystyczna narracja w „Rivmic melodies” sprawia, że podział na mniejsze segmenty wygląda dość naturalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. "De facto „Volume Two” wypełniły dwie suity"
      No właśnie - mozaikowe suity- złożone z drobnych segmentów. Tymczasem na Third to nie są suity tylko "strumienie świadomości"9 długie formy trochę w stylu elektrycznego Milesa. Jutro przypomnę sobie Third - zobaczymy, co z tego wyniknie. Tak czy inaczej Dwójka wielki pozytyw a słuchałem - z doskoku, pod wpływem tego bloga - między muzyką fortepianową (Brahms, Skriabin, Medtner, Liszt, Ives).

      Usuń
  19. Dopijamy kawę, "pilnujemy" prowadzenia Arki z Legią i na Słoneczną. Trudno nie liczyć na wygraną, ale w Ekstraklasie wszystko jest możliwe. W ub. sezonie było łatwe 3:0 ale chyba teraz Motor wydaje się mocniejszy a aura nie jest typowo piłkarska.

    OdpowiedzUsuń
  20. Do przerwy mogliśmy i przegrywać, ale po bramce na 2:1 goście z Lublina się poddali. Niestety The Soft Machine to nie zespół na świętowanie lidera :)

    OdpowiedzUsuń
  21. „Wygląda tak jakby Soft Machine byli Twoim ulubionym zespołem w ogóle. Mylę się?”.


    Soft Machine nie jest nawet w pierwszej piątce. Nie jestem pewny, czy załapałby się do TOP 10. Nie mam ulubionego zespołu, solisty, płyty. Szczególna więź emocjonalna wiąże mnie z Genesis, bo już w wieku 13 lat był to mój ulubiony zespół zagraniczny. Wtedy znałem ich nagrania z okresu pop rockowego. Był także pierwszym progresywnym bandem, który zacząłem słuchać. Progrockowe rejony zacząłem zgłębiać w wieku 16 lat. Gdy poznałem więcej wykonawców, sprawa zaczęła się komplikować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zawsze uważałem, że avatar to zmyłka i nr 1 jest Soft Machine.

      Usuń
  22. okechukwu8/2/26 18:12

    Rozumiem - u mnie ten szczególny sentyment z okresu wczesnej adolescencji łączy się z Queen. Też nie mogę powiedzieć, że mam jeden ulubiony zespół. Natomiast podczas ostatniego porządkowania płyt (które swoją drogą zajęło mi aż 3 dni pracy) wyszło czarno na białym, którego wykonawcy płyt mam najwięcej. Bezdyskusyjnie Chopina (czterdzieści CD!) - reszta daleko w tyle (Beethoven, Szostakowicz i Mozart z klasyki po kilkanaście, to samo Crimson, Miles Davis, Banco, Queen). Czyli wychodzi, że jeśli już, to Chopin jest moim numerem jeden i chyba coś w tym jest (haha).

    OdpowiedzUsuń
  23. Gdybym patrzył na to tylko od strony ilościowej, to bezdyskusyjnie wygrałby Frank Zappa. Zważywszy na jego przepastną dyskografię, nie ma w tym nic dziwnego. Z Queen zawsze miałem problem. A to za dużo popu, a to odchyły w stronę hard rocka, a to jakieś konserwatywne naleciałości. Podobają mi się pojedyńcze utwory z różnych płyt. W pierwszej trójce na pewno wymieniłbym: „Bohemian rhapsody” i „You take my breath away”. Generalnie, wolę ich łagodniejsze, balladowe oblicze. Utwory, w których mocno wyeksponowane są rozbudowane partie wokalne Freddiego. Swoją drogą, z Queen zawsze bardzo kojarzył mi się finał „All the world”, jednego z lepszych utworów Kansas. Panowie chyba lubili się nawzajem. Muzycy Queen przyznawali, że są fanami Kansas. Gdy była okazja, chodzili na koncerty zespołu.

    OdpowiedzUsuń
  24. A nie The March of the Black.Queen i The Prophets Song? To są najbardziej progresywne utwory Queen- bardziej niż Rapsodia.

    OdpowiedzUsuń
  25. TOP 10 - tak, ale raczej nie na pudło.

    OdpowiedzUsuń
  26. Będę się streszczał. Piszę z miejsca publicznego, bo na telefonie od tygodni wyskakuje jakiś błąd. Nie wiem o co chodzi szczerze mówiąc.

    Poruszyliście temat Queen. Mógłbym o nich bez końca, ale ja nie o tym chciałem. Co do związków z Kansas, to zespół ten zastąpił Królową na pierwszej trasie w Stanach w związku z problemami zdrowotnymi Briana. W Detroit publiczność nie wiedziała, że ktoś zastąpił Queen i Kansas byli bez przerwy wygwizdywani oraz pojawiały się prośby o Freddiego i spółkę do tego stopnia, iż jeden z członków Kansas musiał zareagować i uspokajać publikę. Rok póżniej, w 1975 , również w Detroit sytuacja się powtarza. Kansas są wygwizdywani i wybuczani podczas swojego występu. Natomiast w Edmonton członkowie grupy dołączają do Queen na scenie.

    Po latach Steve Walsh zapytany o Queen i wspomnienia z nimi związane, nazwał Freddiego dupkiem, a resztę zespołu gejami. Z kolei Rick Ehart ma jak najlepsze wspomnienia. Bardzo ich komplementował. Nigdy nie zapomniał tego, jak Brian pomógł im na wspólnej trasie, gdy ekipa techniczna Queen sprawiała im problemy. Po rozmowie z Brianem wszystko się zmieniło. Sir May w niedawnym dokumencie z wzajemnością wypowiadał się na ten temat.

    Aleksandrze, wspomniałeś Franka Zappę. Ten również bardzo komplementował kwartet z Anglii. Briana wymienił jako dosłownie jednego z dwóch gitarzystów, którzy zrobili na nim wrażenie (wywiad z roku 1977). Chwalił produkcję zespołu i poziom skomplikowania większy niż u Hendrixa.

    Mógłbym sypać cytatami i linkami, ale wszystko jest w sieci. Po drugie, jak już napisałem na wstępie, nie jestem w stanie teraz tego robić. Tyle na teraz ode mnie.

    OdpowiedzUsuń
  27. Co do tego, że Queen to wielki zespół, to chyba panuje teraz powszechna zgoda (co oczywiście nie znaczy, że mu się go lubić). Ale nie było łatwo być fanem Queen tuż po śmierci Freddiego na początku lat 90 - doskonale pamiętam ten okres, uważałem się za starego fana (haha bo Queenu słuchałem - bagatela - od 89 roku!). Queen się źle wtedy kojarzył wśród rockowej i metalowej młodzieży, był wręcz hejtowany- słuchać Queen tak mniej więcej w okresie mojej pierwszej/drugiej klasy liceum (1991/92) oznaczało być prawie tzw dyskomułem. Taki zły "piar" zrobiły Freddiemu przeboje typu Radio Gaga czy I Want to Break Free.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Co do tego, że Queen to wielki zespół, to chyba panuje teraz powszechna zgoda"

      Jarku, dobrze, że użyłeś słowa "chyba". Nie jest tak, jak myślisz. Choćby lata temu na Dinozaurach wpis jednego z użytkowników, iż grają przyjemną, stadionową, relaksacyjną muzykę , a światowy rozgłos osiągnęli tylko dzięki wokalowi Freddiego. Czy przykłady z ostatnich dni z Youtube'a. "Najbardziej ograny i przereklamowany zespół w historii" , "Gówniana muzyka" (to pod filmem koncertowym przedstawiającym utwór Liar z 1974 roku). Szkoda komentować takie rzeczy.

      Usuń
  28. Queen poznałem dość szybko, bo w 1982 roku. Był to jeden z pierwszych klasycznych zespołów rockowych, które słuchałem. Wtedy w radiu często grano „Body language” i „Las Palabras de amor”. Obydwa przypadły mi do gustu. Na początku 1984 roku pojawił się „Radio Ga Ga”. Fajny stadionowy hicior. W 1985 roku Queen bardzo dobrze wypadł na słynnym „Live Aid”. Zdaniem niektórych, najlepiej. Po śmierci Freddie’ego rozpętała się histeria. Gdzie się nie ruszyłeś, co nie włączyłeś - wszędzie Queen. Z czasem stało się to trudne do zdzierżenia. A propos złego pijaru, dla mnie kontrowersyjny był solowy album Mercurego „Mr. Bad Guy”. Przynajmniej wtedy tak go postrzegałem. To już nie był tylko pop rock i pop. Czasami muzyka mocno grawitowała w stronę disco. Dobrym przykładem mogą być utwory, które promowały album - „I was born to love You” i „Living on My Own”. Nie można było odmówić im zaraźliwej melodyjności, ale brzmienie, rytm i, generalnie, estetyka... Krótko rzecz ujmując - o jeden most za daleko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aleksandrze, kontrowersyjny był album Hot Space, na którym panowie obrali drastycznie inny kierunek do tego, co grali wcześniej. Prawdą jest, iż zmiany zaczęły się już na The Game. Solowy album Freddiego nie był aż taką niespodzianką , jak można by przypuszczać. Subiektywnie odbieram go bardziej pozytywnie niż albumy zespołu z lat 1982-86, których praktycznie od dawna nie słucham. Game i Miracle też od wielkiego dzwonu. Jeśli miałbym komuś polecić coś z lat 80-tych, to byłby to... album składankowy Greatest Hits 2. Większość najlepszych utworów z tego okresu tam jest (minus trzy kompozycje , czyli Scandal, Princes Of The Universe i Was It All Worth It). Osobiście wracam już tylko do lat 70-tych plus Innuendo. Koncerty okres 1974-82.

      Usuń
  29. Dla mnie w 1982 roku „Hot space” nie był kontrowersyjny. Utwory brzmiały nowocześnie, choćby „Body language”. Oczywiście z czasem moja optyka uległa zmianie. Swoją drogą, muzycy trochę strzelil sobie samobója ostentacyjnymi adnotacjami na płytach w rodzaju „no syntheizers”, „...and nobody played synthesizer... again”. Później poszli mocno w syntetyczne klimaty z wyrazistą obecnością syntezatorów. Ciekawy jest fakt, że z grupą przez pewien czas (bodajże trasa promująca „Hot space”) współpracował Morgan Fisher. Zakręceni fani rocka progresywnego zapewne znają go z formacji Morgan, której był liderem.

    OdpowiedzUsuń
  30. okechukwu12/2/26 14:52

    The Game wcale nie jest złą płytą - ma wyraźny rys stylistyczny - wpływy międzywojennego wodewilu z poprzednich płyt zastąpiło rockabilly, prostsze aranże eksponują bas - te syntezatory to w sumie na doczepkę i tylko w trzech numerach. Hot Space co innego. Nie ma dla mnie problemu w tym, że jest to pop (płyta z numerami pop funky byłaby całkiem fajna), ale jakość tego popu jest po prostu mierna (płyta słabo "buja"), melodie też wcale nie są nadzwyczajnie przebojowe (może poza Back Chat i fajnym disco-funkiem w Body Language). Plus banalne AOR-owe kawałki w stylu Las Palabras de Amor.
    Morgan miałem kiedyś na CD. Całkiem niezłe, profesjonalne klawisze, poza tym niewiele dobrego się da o tym materiale powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  31. Moja historia z grupą Morgan również nie była zbyt długa. Posłuchałem sobie może dwa razy „Nova solis” i „Brown out”. Poza niektórymi partiami klawiszy, niewiele ciekawego się tam działo. Sztampowy progrock do zapomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bardzo krótko miałem Morgan na CD. W tym przypadku trudno się nie zgodzić, nawet przy momentami bardzo zróżnicowanych naszych ocenach wielu wydawnictw.

      Usuń
  32. Okechukwu13/2/26 07:35

    Żeby być uczciwym- nagrania grupy Smile brzmią dużo gorzej niż Morgan. Co dowodzi, że na początku drogi wielkich zespołów wcale nie musimy słyszeć ich błysku. Zresztą najwcześniejsze nagrania Queen z Freddiem też są słabsze niż materiał Morgan (i to.nawwr w aspekcie wokalnym).

    OdpowiedzUsuń