26.11.2025
71-75
Poniższy segment bez reszty zdominowały albumy reprezentujące różne odłamy modern jazzu. Ranking przybliża nie tylko powszechnie znane klasyki, ale także pozycje mało znane. Czasami ze wszech miar zasługujące na uwagę. Tak jest choćby w przypadku „Rock Joint Cither”, który firmuje Hiromasa Suzuki. Japoński jazz to ocean muzyki, w którym warto się zanurzyć.
75. Hiromasa Suzuki – Rock Joint Cither
Japońska scena jazzowa to wdzięczny obiekt do muzycznych eksploracji. Praktycznie w każdym odłamie tego gatunku znajdziemy sporo ciekawych pozycji. Na swoim drugim albumie Hiromasa Suzuki kontynuuje poszukiwania zapoczątkowane na debiutanckim krążku. Słychać jednak także pewne różnice i zmiany akcentów. Na pewno jest to dalszy krok w stronę większego zelektryfikowania instrumentarium. Pewnej modyfikacji uległa faktura brzmieniowa, co jest związane z nieco innym instrumentarium. Przede wszystkim nie ma już biwy, zanikają także wpływy klasycznej muzyki japońskiej. W większym stopniu wyeksponowana została sekcja dęta. Bodaj najistotniejszą zmianą jest jednak obecność sitaru, który obok elektrycznego fortepianu lidera jest najbardziej wyeksponowanym instrumentem na płycie. W rezultacie otrzymaliśmy ciekawą odmianę fusion z elementami muzyki hinduskiej. Muzyka, którą proponuje Suzuki, jest dość ambitna. W każdym razie na pewno odległa od komercyjnych miazmatów. W niektórych utworach słychać wpływy mainstreamowego jazzu. Wyjątek stanowi „Kamigami No Sakebi”, utrzymany w dość ortodoksyjnej konwencji free jazzowej. Kolejny bardzo udany album artysty.
74. Pharoah Sanders – Village Of The Pharoahs
Tego muzyka nie mogło zabraknąć w zestawieniu. Pharoah Sanders swoje chwile chwały przeżywał w drugiej połowie lat 60. Najpierw dał się poznać jazzowemu światu w klasycznym zespole Johna Coltrane’a. Pod koniec dekady ukazała się „Karma”, czyli arcydzieło spiritual jazzu. Saksofonista nigdy nie wzbił się już tak wysoko, jednak w krótkim okresie czasu nagrał sporo znaczących albumów. Trudno nie wspomnieć choćby o takich klasykach, jak „Jewels Of Thought” (1970) i „Black Unity” (1972). Szczególnie na przełomie lat 60. i 70. był niezwykle aktywny. „Village Of The Pharoahs” nie należy do największych osiągnięć artysty. Nadal jest to jednak spiritual jazz na bardzo wysokim poziomie. Wprawdzie brakuje mu nieco świeżości, jednak warsztat kompozytorski i inwencja improwizatorska nadal nie zawodzą muzyków. Pierwszą stronę winyla niemal bez reszty wypełniła trzyczęściowa kompozycja tytułowa. Fani artyści powinni być usatysfakcjonowani. Druga strona wydania analogowego jest nierówna. Nie do końca przekonuje mnie „When Like It Came”, z kolei czaruje „Memories Of Lee Morgan”. Summa summarum - pomimo pewnych zastrzeżeń, „Village Of The Pharoahs” jest reprezentatywną pozycję dla spiritual jazzu.
73. McCoy Tyner – Song Of The New World
Trudno nie zauważyć, że trafiliśmy na prawdziwy wysyp płyt jazzowych. Nie ma w tym żadnego przypadku, bowiem dla tego gatunku był to nad wyraz udany rocznik. McCoy Tyner w pierwszej połowie lat 70. regularnie raczył swoich fanów udanymi wydawnictwami. W owym czasie ex pianista z kwartetu Coltrane'a należał do absolutnej elity mainstreamowego jazzu. Praktycznie każdy jego album był wydarzeniem artystycznym. Nie inaczej jest w przypadku „Song Of The New World”. Tym razem pianista objawił się nam jako przedstawiciel symfonicznego jazzu. Obok lidera rej wodzą: Sonny Fortune (saksofony), Hubert Laws (flety) i Alphonse Mouzon (perkusja). Na szczególną uwagę zasługują: nowa wersja „Afro Blue” i kompozycja tytułowa. Cały album jest jednak dość wyrównany. Nie uświadczymy na nim żadnych „sęków”. Jak dla mnie, jest to jeden z najlepszych albumów w dorobku artysty. Czasami autorowi „Real McCoy Tyner” zarzucano, że okopał się w wybranej konwencji i nagrywa płyty, które trudno od siebie odróżnić. Wedle mojego przekonania, jest to zarzut krzywdzący. Warto posłuchać choćby takich płyt, jak „Trident” (1975) i „Fly With The Wind” (1976)”. Bezpośrednia konfrontacja niechybnie wykaże istotne różnice na różnych poziomach muzycznego przekazu. Nie inaczej jest w przypadku „Song Of The New World”. Albumy McCoy Tynera z pierwszej połowy lat 70. świadczą o tym, że w obrębie postcoltrane’owskiej tradycji można wypracować różne warianty muzykowania.
72. Gato Barbieri – Under Fire
Gato Barbieri po raz drugi, ale nie ostatni! Argentyński saksofonista nadal udatnie łączy muzykę latynoską z jazzem nowoczesnym. Dobrym przykładem syntezy jest choćby „Antonico”, mocno przesiąknięty brazylianą. Z kolei „Yo Le Canto A La Luna” zakorzeniony jest w tradycji argentyńskiego tanga. Na „Under Fire” Barbieri coraz śmielej eksperymentuje z elektrycznymi brzmieniami (gitara, elektryczny fortepian). Warto wymienić zaproszonych artystów, bowiem ekipa jest naprawdę zacna: John Abercrombie (gitara), Stanley Clarke (bas), Lonnie Liston Smith (fortepian, elektryczny fortepian), James M'tume (perkusjonalia), Airto Moreira i Roy Haynes (perkusja). „Under Fire” nie jest z pewnością szczytowym osiągnięciem w dorobku muzyka, niemniej wypada zaliczyć go do bardziej udanych. Gorąca, ekspresyjna odmiana jazzu, która może pogodzić tradycjonalistów i „postępowców”. W latach 1969-1974 Barbieri nie schodził poniżej wysokiego poziomu, dlatego spokojnie można przebierać w jego propozycjach muzycznych. Później będzie już gorzej...
71. Pharoah Sanders – Izipho Zam (My Gifts)
W pierwszej połowie lat 70. Pharoah Sanders wysoko niósł sztandary spiritual jazzu. Wprawdzie krytycy jazzowi coraz częściej pomstowali, że zaczyna się powtarzać, to jednak seria płyt z lat 1971-1973 świadczyła o tym, że ciągle jest w wysokiej formie. W 1973 roku Pharoah Sanders obdarzył świat trzema albumami. Dwa załapały się do mojego prywatnego TOP 100 rocznika. „Izipho Zam” prezentuje mniej więcej ten sam poziom co „Village Of The Pharoahs”. Nie jest to już materiał pierwszej świeżości, ponieważ przeleżał w archiwach cztery lata. Dobrze jednak, że ostatecznie ujrzał światło dzienne. Lidera wspiera doborowe towarzystwo muzyków. Warto wymienić najbardziej znanych: Leon Thomas (śpiew, instrumenty perkusyjne), Sonny Fortune (saksofon, flet), Sonny Sharrock (gitara), Lonnie Liston Smith (fortepian), Billy Hart (perkusja). Z perspektywy czasu „Izipho Zam” jawi się jako album przejściowy. Muzyka Sandersa ewoluowała od dzikiego, ortodoksyjnego free do bardziej zniuansowanego spiritual jazzu. Wizytówką płyty może być blisko 30-minutowy utwór tytułowy, w którym spotykają się różne tradycje muzyczne. Konkludując - „Izipho Zam” powinien zainteresować miłośników spiritual jazzu i „miękkiego” free.






Drogi Aleksandrze, nie wiem czy to przeczytasz, ale postanowiłem spróbować. Wybacz, iż nie piszę na Twoim blogu, ale od dawna nie używam Bloggera i nawet nie pamiętam danych logowania. Jako Twój stały czytelnik mam pewne pytanie. Napisałeś jakiś czas temu, iż odniosłeś się do topu Porcysa na najlepszy polski album. Czy Twój komentarz jest gdzieś dostępny? Szukałem, ale nie znalazłem. Zależy mi na tym. Jeśli to nie jest możliwe, to obejdę się smakiem. Pozdrawiam Ciebie serdecznie! Mariusz
OdpowiedzUsuńUdało się jednak napisać tutaj😀
Witaj!
OdpowiedzUsuńKilkanaście minut goglowałem i... bez rezultatu. Nie pamiętam nawet, gdzie umieściłem wpis na temat rankingu „Porcysa”. Gdybym musiał strzelać, postawiłbym na „Muzyczne Dinozaury”. Problem w tym, że to było ładnych kilka lat temu. Zdziwiło mnie nawet to, że pamiętasz takie szczegóły. W czeluściach internetu znalazłem tylko ten ranking. Jeśli coś konkretnie Cię interesuje, mogę się do tego odnieść. Co do pisania w tym miejscu - pełny luz. Jeśli tylko masz ochotę podzielić się swoimi refleksjami, spostrzeżeniami, ewentualnie wejść w polemikę, będzie mi miło. Nie trzeba czekać na opublikowanie wpisu, nie ingeruję w publikowane treści. No chyba, że do akcj wkroczą internetowi cenzorzy. Rzecz jasna, nie trzeba trzymać się tematu. Słowem - pełna wolność.
Pozdrawiam!
Dziękuję Tobie za szybką odpowiedź! Wspomniałeś o tamtym forum. Szukałem również na nim, ale nie znalazłem niestety Twojej wypowiedzi na ten temat. Szkoda, bo bardzo chętnie bym przeczytał Twoje argumenty. Pamiętam o tym dobrze, bo wspomniałeś o tym tutaj na blogu w artykule "W szponach subiektywizmu" w jednym z komentarzy.
UsuńCo do komentowania jak najbardziej😀 Nie mam takiej wiedzy jak Ty czy Jarosław chociażby, ale jak tylko poczuję się na siłach, to odniosę się do interesujących mnie kwestii. Wasze dyskusje są niezwykle interesujące i często do nich wracam. Jest od kogo się uczyć. Również pozdrawiam!
Jarek, czyli okechukwu, to naprawdę mocny zawodnik. Zawsze lubiłem z nim dyskutować na różne tematy muzyczne. Na „Muzycznych Dinozaurach” z nikim polemiki nie były tak ożywcze i inspirujące, jak właśnie z Nim. Nieraz miałem nieodparte wrażenie, że pochodzimy od tej samej małpy. Swoją drogą, blog muzyczny powinien prowadzić właśnie ktoś taki, jak On. Do dzisiaj żałuję, że nie ukończył książki, którą pisał ze swoim kolegą. Dla fanów rocka progresywnego z pewnością byłaby to jazda obowiązkowa.
OdpowiedzUsuńOj tak, po tym co przeczytałem w internecie, to naprawdę konkretna persona😀 Szalał na Dinozaurach, szaleje i tutaj😉 Nic, tylko korzystać i czerpać wiedzę. Chciałbym poznać osobiście Was kiedyś, jeśli będzie taka okazja. Kto wie. Choć obawiałbym się, iż nie wniósłbym tyle do dyskusji co Wy☺️
OdpowiedzUsuńCzy temat książki jest definitywnie zamknięty? W ostatnich latach zgromadziłem całe mnóstwo pozycji i z ogromną chęcią przeczytałbym kolejną wartościową rzecz. Jeśli tak, to wielka szkoda.
Co do „progresywnej” książki Jarka, to obawiam się, że temat jest ostatecznie zamknięty. Udało mu się zrealizować do końca inny projekt - jest autorem obszernej książki poświęconej Budce Suflera - „Memu miastu na do widzenia”.
OdpowiedzUsuńSzkoda. Jeśli chodzi o pozycję poświęconą Dupce, to wiem o tym i pamiętam doskonale , jak się ukazała. Mój przyjaciel pracował w księgarni i zaczytywaliśmy się obaj. Również wielki fan muzyki. Wiele mu zawdzięczam.
OdpowiedzUsuńDzięki za miłe słowa! Ja też zawsze uwielbiałem dyskutować z Autorem Bloga (któremu - bez taniej kurtuazji - zazdroszczę umiejętności syntezy; u mnie nieźle wygląda analiza, ale z syntezą bywa gorzej). Niestety na książkę, która miała zawierać przegląd "około-progresywnych" scen z całego świata, nie ma szans. De facto niemała część (myślę, że jakaś 1/6) z planowanej książki ukazała się w formie szkiców i esejów rozsianych po różnych periodykach w przeciągu ostatnich kilkunastu lat ("Lizard", "Akcent", "Twój Blues", "Midrasz"). Niemniej - nie mam żadnej ochoty ani motywacji do jej ukończenia. Od paru lat straciłem kompletnie ochotę na bardziej "profesjonalne" pisanie o muzyce. To, co kiedyś dawało mi radość - w tej chwili okrutnie mnie męczy. Zdarza mi się czasem coś napisać na bardzo wyraźną prośbę wydawców, których cenię (np. eseje do booketów GAD Records, parę miesięcy temu napisałem też esej o Egberto Gismontim do "brazylijskiego" numeru "Akcentu"), ale generalnie unikam pisania o muzyce jak ognia. Co innego niezobowiązujący wpis - w dyskusji na blogu, na to mam nadal ochotę.
OdpowiedzUsuńNie ma za co Jarku😀
OdpowiedzUsuńPrzykro mi to słyszeć , że coś, co sprawiało Tobie radość, jest teraz męczarnią. Mimo wszystko mam nadzieję, że ten stan rzeczy pewnego dnia się zmieni. Trzymam kciuki!
Masz niesamowite zdolności i nieskromnie napiszę , iż mógłbym czytać Twoje przemyślenia bez końca.
Postaram się zapoznać z tą istniejącą częścią książki. Na Dinozaurach również jest tego trochę.
Pozdrawiam tymczasem i owocnych dyskusji w przyszłości! Być może również z moją skromną osobą☺️
Fajnie - naprawdę bardzo miło jest to słyszeć! Ale nie warto czytać wszystkiego - a już zwłaszcza moich wczesnych wpisów z "Dinozaurów", bo jest tam dużo takiej dość nieznośnej, nadętej fanfaronady (zresztą w niektórych publikacjach też mi się takie rzeczy przytrafiały i są takie teksty, których zwyczajnie się wstydzę). A co do dyskusji - to jak najbardziej, zapraszam! Choć ja na starość (skończyłem właśnie przed czterema dniami 49 lat) najbardziej lubię dyskutować o muzyce na żywo - przy piwie (ale może być też kawa).
OdpowiedzUsuńJuż za późno😉 Dinozaury mam dawno przerobione wzdłuż i wszerz. Może nieprecyzyjnie się wcześniej wyraziłem. Pamiętam, jak wspominałeś o tym, iż nie do końca jesteś zadowolony ze swoich tekstów. Nawet teraz z niektórych, a z kolei chwaliłeś Aleksandra za 100% obiektywizm.
UsuńJestem zdania, iż każdy na pewnym etapie tak ma. Nikt tak naprawdę nie jest alfą i omegą. Kształtujemy swoją wiedzę, zdobywamy doświadczenie. To procentuje lepiej lub gorzej. Naprawdę nie masz czego się wstydzić. W porównaniu z Wami jestem przeciętnym miłośnikiem muzyki. Cały czas się uczę i wiem, że długa droga przede mną. To moja największa miłość i pasja, jednak długo byłem ignorantem i wstydzę się wielu rzeczy. Wrodzona skromność i nieśmiałość, a także duża wrażliwość.
Jarku, 49 lat jaka starość?😀 Piękny wiek. Dużo jeszcze życia przed Tobą. Ja niedługo kończę 45. Piwo jak najbardziej, kawa również. Wiem, że jesteś z Lublina. Sporo kilometrów nas dzieli, bo ja od urodzenia mieszkam w Olsztynie. Nie miałem dotąd okazji odwiedzić Twoich okolic. Gdyby taka się nadarzyła, to bardzo chętnie😀 O pewnym wykonawcy podejrzewam, że moglibyśmy godzinami😉
Ja też nigdy nie byłem w Olsztynie - nawet przejazdem. Zapraszam - niekurtuazyjnie- do Lublina! Zgadza, się bardzo mało jest tekstów, z których jestem w pełni zadowolony (chyba tylko z eseju o muzyce w Estonii dla "Akcentu", no i może z tekstu o Nicku Drake'u, jaki napisałem bodaj 7 lat temu dla "Lizarda"). Z książki o Budce też nie jestem zadowolony (choć ma bardzo dobre fragmenty, ale ma i słabe), choć tam dochodziła jeszcze presja i cenzura ze strony zespołu (a de facto dwóch jego muzyków).
OdpowiedzUsuńTeksty Mahavishnu to nie tylko obiektywizm (ja zwykle piszę o wiele bardziej subiektywnie), ale przede wszystkim znakomita umiejętność syntetycznego ujęcia problemów - czy to w perspektywie historycznej czy rozwojowej. U mnie niemal zawsze analiza (czasem nazbyt drobiazgowa, czasem nazbyt egocentryczna) góruje nad syntezą (i to często jest spore niedociągnięcie)
Dziękuję za zaproszenie i również Ciebie zapraszam w te strony, jakbyś miał okazję w przyszłości!
OdpowiedzUsuńRozumiem. Książki o Budce już tak dobrze nie pamiętam (nie mam jej na własność). Musiałbym odświeżyć. O problemach z zespołem przy wydaniu czytałem swego czasu. Nawet na największym portalu społecznościowym gdzieś mi to przemknęło. Przykre to. Uważam, że w takich przypadkach osoby przedstawiane powinny wspierać autora/ów, a nie rzucać jeszcze kłody pod nogi. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie.
Tak, teksty Aleksandra są prawdziwą kopalnią wiedzy i dopracowane do najmniejszego szczegółu, jeśli chodzi o formę i treść. Jego podejście do omawianych zagadnień jest nieocenione. Synteza przeprowadzana po mistrzowsku, o analizie nie wspominając. Nie chcąc siłą rzeczy porównywać Waszych tekstów, cały czas podtrzymuję zdanie, że Twoje umiejętności są niemałe, a subiektywizm na tyle przyswajalny i akceptowalny, dodatkowo podlany nierzadko świetną nutką humoru, że absolutnie mi to nie przeszkadza. Ile to razy łapałem się za głowę, kiedy podawałeś przykłady różnych wykonawców z całego świata, o których nigdy wcześniej nie słyszałem! Ogromny szacunek. Chylę czoła przed Wami i czekam na więcej😉😀
@Mariusz
OdpowiedzUsuńNie wierzę w 100% obiektywizm. Można spróbować spojrzeć na różne zagadnienia z szerszej perspektywy, jednak zawsze, w większym lub mniejszym stopniu, będziemy obciążeni subiektywnymi zapatrywaniami i doświadczeniem. Nie zmienia to faktu, że o muzyce można pisać z różnej perspektywy. Przykładem mocno subiektywistycznym, wręcz egocentrycznym był Tomek Beksiński. Bynajmniej nie jest to dla mnie negatywny przykład, bowiem gdy dany osobnik ma ciekawą osobowość, jego opinie mogą być bardzo interesujące. Inny dobry przykład to teksty Jarka. Subiektywizm nie jest żadnym problemem. Najbardziej rzucają się w oczy - erudycja, znajomość tematu oraz świetne pióro. Na naszym podwórku w obrębie rockowej eseistyki to niezwykle rzadki przypadek. Moim zdaniem, w „Lizardzie” teksty Jarka były najciekawsze.
Co do wiedzy na temat muzyki. Każdy z nas ma inną, odmienne są także nasze doświadczenia. Wszyscy mamy swoje słabości i ograniczenia, dlatego nie przywiązywałbym do tego specjalnej wagi. Zarówno w realu, jak i w necie, nigdy nie lubiłem rozprawiać na temat muzyki z pozycji mentora. Cenię sobie nieskrępowaną wymianę spostrzeżeń i refleksji. To, że ktoś słucha muzyki od kilkudziesięciu lat i przepiłował kilkanaście tysięcy płyt ex definitione nie oznacza, że jest krynicą mądrości. Niejednokrotnie mało doświadczony słuchacz może mieć bardziej wartościowe przemyślenia na temat danej płyty od starego wyjadacza. Zależy to od wielu czynników.
W Lublinie nigdy jeszcze nie byłem, natomiast w Olsztynie 6,7 razy. Niemal zawsze były to jednak tylko dwugodzinne postoje na stacji PKP, w drodze na Mazury. Cały dzień spędziłem w Olsztynie dwa lata temu. Wreszcie mogłem dokładnie zwiedzić miasto.
Aleksandrze, ja również nie wierzę w coś takiego. Miałem na myśli wypowiedź Jarka w innym miejscu. Stwierdził, iż Twoje teksty nie są skażone subiektywizmem, co jemu często się zdarza, jak już również tutaj podkreślił. Zgadzamy się w całej rozciągłości co do Jego tekstów i wysokiej erudycji. Lizarda nie czytam i nie czytałem w przeszłości. Znam niektóre teksty z internetu. Wspomogłem ich podczas ubiegłorocznej zbiórki.
OdpowiedzUsuńTomek Beksiński to ciekawy przypadek. Nie miałem okazji z tego co pamiętam, słuchać audycji, które prowadził. To oddzielna kwestia w ogóle, gdyż praktycznie nie słuchałem Trójki w latach 80. i 90. Specyficzna osoba z osobliwym podejściem. Z wieloma tezami na ogólne życiowe tematy się zgadzam. Muzycznie jest nieco inaczej. Barwnie opowiadał i miał swój styl, co jest na pewno plusem. Poziom egzaltacji w wielu przypadkach był dla mnie jednak nie do przeskoczenia. Pamiętam wypowiedź Bartosza, który wręcz wyśmiał Tomka na Dinozaurach.
Cóż... dla wielu TB był ogromnym autorytetem i nadal tak jest z tego, co wiem i słyszałem. Czy to dobrze czy źle, inna sprawa.
Z tym wiąże się dalsza część Twojej wypowiedzi. Niejednokrotnie w przeszłości i teraz są sytuacje, w których pewne osoby są dla innych ogromnymi autorytetami, mentorami, guru. W następstwie ludzie zapatrzeni w takich "mędrców" nie potrafią wyrobić tak naprawdę własnej opinii na dany temat. Dotyczy to wielu dziedzin życia, nie tylko muzyki czy sztuki. Jeszcze inny przykład to ludzie, którzy w ogóle nie mają gustu. Wbrew pozorom takich osób jest niemało. Tymczasem własna świadoma opinia jest bardzo ważna. W obrębie sztuki, która jest czymś niewymiernym, najlepiej osiągnąć to poprzez nieustanne zdobywanie doświadczenia. Słuchanie, czytanie, porównywanie różnych opinii, wyciąganie własnych wniosków. Zmierzam do tego, że im większą wiedzą i doświadczeniem dana osoba dysponuje, tym bardziej opinia takowej jednostki jest jej własną, a nie kogoś innego. Oczywiście nie znaczy to, że taki ktoś wie wszystko najlepiej i nie powinien się liczyć ze zdaniem innych. Nikt nie ma monopolu na prawdę. Zwłaszcza w obrębie sztuki.
Osobiście dla mnie zdanie kogoś takiego jak Ty czy Jarek znaczy dla mnie więcej niż przykładowego no name'a, który raptem parę lat temu zaczął słuchać muzyki. Jednak trzeba podchodzić do tego indywidualnie tak, jak napisałeś i taka persona może wnieść coś ciekawego do dyskusji (choć niezwykle często tak nie jest).
Doceniam to, iż nigdy nie stawiałeś się w roli osoby patrzącej na resztę z góry. Mnie niestety poniosło nie raz i do dziś się tego wstydzę.
Co do wypowiedzi Bartosza, to trzeba brać namiar na to, że jest przedstawicielem pokolenia, które z racji na metrykę nie mogło słuchać audycji Beksińskiego. No chyba że w grę wchodzą jakieś większe lub mniejsze segmenty, który ktoś wrzucił na You Tube.
OdpowiedzUsuńWłasna opinia i niezależność jest szalenie ważna, dlatego nie jestem zwolennikiem budowania ołtarzyków radiowym guru z okresu PRL-u. Autorytet, kompetencja, sympatia, jak najbardziej, ale nie można spijać im z ust słów i przyjmować wszystko bezkrytycznie. Nie inaczej jest w przypadku autora tego bloga. Zawsze wychodziłem z założenia, że merytoryczna polemika jest ciekawsza od wspólnego utwierdzania się w identycznych poglądach. Samodzielne myślenie jest przydatne w każdej dziedzinie życia. Dzisiaj w naszym kraju jest to szczególnie potrzebne. Narracje propagandowe różnych ośrodków politycznych próbują wykreować manichejską wizję świata, w której zmagają się siły dobra i zła. Przeciwnik jest diabolizowany, czasem wręcz odczłowieczany. Sporo na sumieniu ma zarówno tzw. „lewica”, jak i „prawica”. Człowiek krytyczny, który wie, jak ważna jest świadomość polityczna, doskonale zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana i zniuansowana. Każdy przypadek należy oceniać indywidualnie w całej jego złożoności. Na polu szeroko pojętej sztuki również mogą czyhać na Nas różne zagrożenia,. Czasami w grę wchodzą niewłaściwe postawy, które w rezultacie negatywnie wpływają na percepcję zjawisk. Z jednej strony, ignorancja lub ograniczone horyzonty miłośników muzyki popularnej, z drugiej, snobizm admiratorów poważki.
Odnośnie Bartosza i TB chodziło o recenzję Holidays In Eden.
OdpowiedzUsuńPoruszyłeś aspekt polityczny, którego unikam, jak tylko mogę zarówno w sieci, jak i w realu, szczególnie w rozmowach z najbliższymi. Mam swoje zdanie na te kwestie, jednak nie wypowiadam się. Nie lubię i nigdy nie lubiłem wtrętów politycznych. Co do reszty, po raz kolejny zgadzam się co do joty.
Co do wtrętów politycznych, nie dziwię się, że masz takie podejście.
OdpowiedzUsuńRecenzje „Holidays In Eden” czytałem w „Tylko rocku” wkrótce po ukazaniu się płyty. Typowy Beksiński. Bardzo emocjonalny. W tym przypadku wręcz hiperemocjonalny. Bynajmniej to nie dziwi, bo w końcu w latach 80. Marillion był jednym z jego ulubionych zespołów. Recenzja była na tyle mocna, że niektóre fragmenty pamiętam do dzisiaj. Pewnie można ją gdzieś znaleźć w czeluściach internetu. W 1991 roku w „Wieczorze płytowym” nieraz wracał do tego wątku. Mocna była również jego recenzja „Season’s End”, czyli pierwszego albumu nagranego po odejściu Fisha. To było jeszcze w „Magazynie Muzycznym”, który wkrótce dokonał żywota.
http://www.rockjazz.pl/forum/viewtopic.php?p=174483#p174483
UsuńProszę bardzo. Tak, TB i Marillion to długa i emocjonalna historia.
Wybacz, jeśli czasem zbyt długo nie odpowiadam. Mam pewne problemy , ale mam nadzieję, że chwilowe. Nie po to zacząłem tutaj pisać, by zaraz przestać.
Usuń100% obiektywizm jest oczywiście modelem abstrakcyjnym i utopijnym i nawet w czysto informacyjnych tekstach jest niemożliwy do osiągnięcia (no bo subiektywny jest już sam dobór informacji). Natomiast dążenie do obiektywizacji jest czymś realnym. I żeby dalej nie lukrować (haha, ja generalnie lukru nie lubię i zawsze wolę dyskusję, choćby i zażartą, od pochwał czy laudacji), to powiem, że jeśli szukać jakichś wad w tekstach Mahahavisnu, to wg mnie jest nią zbyt płynna granica między tendencją do obiektywizacji a subiektywnym zdaniem Autora. Czasem trudno odróżnić jedno od drugiego (czy Autor wypowiada się w swoim imieniu czy odnosi się do cudzego poglądu, czasem wchodząc niejako w rolę "advocatus diaboli). Ale to oczywiście rzecz dość marginalna.
OdpowiedzUsuńJarku, trafne spostrzeżenie. Zauważyłem to jakiś czas temu, jednak kompletnie mi to nie przeszkadza. Po tylu latach jestem w stanie rozgraniczyć obie kwestie w tekstach Aleksandra.
UsuńJa też uważam, że to trzeciorzędny problem. Tym bardziej, że nie przypominam sobie słabego tekstu Aleksandra.
UsuńBeksiński uprawiał skrajnie subiektywny, egocentryczny i emfatyczny rodzaj pisania o muzyce. Już w czasach wczesnego "Tylko Rocka" (mimo że byłem nastolatkiem i generalnie uwielbiałem jego teksty i audycje) raziły mnie pewnie rzeczy. No ale to było skorelowane naprawdę z niezwykłą osobowością, indywidualizmem i szczerością przekazu. Gdyby tej osobowości zabrakło, to dużą część jego tekstów można by ocenić jako grafomanię, ale uważam, że właśnie takie, bardzo indywidualne "signum artis", jego wyjątkowość, sprawiały, że te teksty grafomanią nie są (choć powiedzmy, że czasem balansują na granicy).
OdpowiedzUsuń@Mariusz
OdpowiedzUsuń„Wybacz, jeśli czasem zbyt długo nie odpowiadam”.
Żaden problem. W moim przypadku niejednokrotnie jest podobnie. Czasami nie wchodzę na swój blog cały dzień, zdarzało się, że dwa, trzy dni. To świadomy wybór. Od samego początku miałem luźne podejście do prowadzenia bloga. Wchodzę na niego tylko wtedy, gdy dysponuję wolnym czasem. Nie chcę zaniedbywać wielu innych rzeczy, które również lubię robić, nie pisząc już o rodzinie.
Rozumiem Ciebie doskonale. Ja również cenię bardzo swój czas. Napisałem tak na wszelki wypadek, gdyż jestem tu nowy. Będę pamiętał.
Usuń"Cały dzień spędziłem w Olsztynie dwa lata temu. Wreszcie mogłem dokładnie zwiedzić miasto."
I jak wrażenia?😀
@okechukwu
OdpowiedzUsuń„I żeby dalej nie lukrować (haha, ja generalnie lukru nie lubię i zawsze wolę dyskusję, choćby i zażartą, od pochwał czy laudacji), to powiem, że jeśli szukać jakichś wad w tekstach Mahahavisnu, to wg mnie jest nią zbyt płynna granica między tendencją do obiektywizacji a subiektywnym zdaniem Autora. Czasem trudno odróżnić jedno od drugiego (czy Autor wypowiada się w swoim imieniu czy odnosi się do cudzego poglądu, czasem wchodząc niejako w rolę "advocatus diaboli).”
No właśnie, czas z tym skończyć. Towarzystwo wzajemnej adoracji to jedna z gorszych rzeczy, jaka może się nam tu przydarzyć. Większych lub mniejszych wad z pewnością można znaleźć więcej. Jeśli chodzi o powyższy wątek, to najczęściej jest to uzależnione od formy tekstu oraz przyjętych celów i założeń. Inna sprawa, to fakt, że trudno byłoby mi pisać zawsze z tej samej perspektywy. Najzwyczajniej w świecie byłoby to nudne i schematyczne.
„Ja też uważam, że to trzeciorzędny problem. Tym bardziej, że nie przypominam sobie słabego tekstu Aleksandra”.
Ciężko jest oceniać swoje teksty. Zawsze staram się być wobec nich krytyczny. Generalnie, najwyżej cenię sobie artykuły, w których pojawia się jakaś wartość dodana. Autor po raz pierwszy pisze w naszym kraju o wykonawcy X czy też albumie „Y”. Ewentualnie potrafi spojrzeć na mniej lub bardziej szacownego klasyka z odmiennej perspektywy, poruszyć pomijane, mało znane wątki, formułować własne przemyślenia, które nie są kliszami. Ciekawa może być również metodologia „komparatystyczna”, która polega na przykład na analizie różnych zjawisk (wyszukiwanie podobieństw, różnic...). Wszystko sprowadza się do jednego - poszukiwanie mniej lub bardziej oryginalnej wypowiedzi. Cennym dodatkiem jest zawsze atrakcyjna forma wypowiedzi, bogate, wyszukane słownictwo.
"Ciężko jest oceniać swoje teksty". Tu też możemy się ewentualnie pospierać, bo ja akurat uważam, że swoje teksty oceniać najłatwiej. Co najwyżej można powiedzieć, że NIEZRĘCZNIE jest oceniać publicznie swoje teksty. Ale wszystko jest łatwiejsze niż w przypadku oceny cudzego tekstu- bo dokładnie wiesz, co chciałeś napisać, jak chciałeś napisać, co ci się nie udało i dlaczego, a co ci się udało, gdzie popełniłeś błąd i z czego on wynikał. Oceniając cudzy tekst - wielu rzeczy po prostu nie widzimy. Oczywiście mówimy o sytuacji, w której sporo tekstów na dany temat już się napisało- bo debiutant może mieć faktycznie na świeżo kłopot z oceną swoich tekstów.
OdpowiedzUsuńPopieram Jarka w tej kwestii. Dużo łatwiej jest ocenić własne wypociny. Nowicjusze mogliby mieć z tym problem i to zupełnie zrozumiałe. Osoba obyta w temacie nie powinna mieć raczej z tym problemu, a co za tym idzie, daje radę z oceną tekstów innych, bo - bądźmy szczerzy - często widać czarno na białym, co i jak jest nie tak. Jak patrzę i przypominam sobie po latach na to, co spłodzilem, to lepiej nie mówić. Obecnie wciąż mam wiele zastrzeżeń i pracuję nad poprawą nieustannie. Chyba nigdy nie będę do końca zadowolony.
OdpowiedzUsuń@Mariusz
OdpowiedzUsuńJak wrażenia po pobycie w Olsztynie? Ładne miasto. Czułem się w nim swojsko, bo jest mniej więcej tej samej wielkości co Opole. Dokładnie rzecz biorąc, Olsztyn ma więcej ludności, ale mniejszą powierzchnię. Przypadł do gustu nawet mojej żonie, a to już duży komplement, bo ona zasadniczo nie przepada za miastami. Zobaczyłem wszystko, co chciałem. Pochodziłem sobie nawet po murawie stadionu „Stomilu”.
Cieszy mnie to, że odnieśliście wraz z żoną pozytywne wrażenie. Nie każdemu się podoba, lecz to naturalne. Ja nie byłem w Opolu, znam z filmów i zdjęć. Zatem pofatygowałeś się na to niesławne gruzowisko, czyli Estadio Da Gruz😉 Moim zdaniem i nie tylko powinni to zaorać i zostawić krytą trybunę. Są plany z tego co wiem, budowy nowego obiektu. Dobrze, że dworzec jest w końcu nowy i na miarę XXI wieku, bo był wstyd na cały kraj.
UsuńEstadio Da Gruz ma oczywiście swoje wady, ale z czasem optyka może się nieco zmienić. My obecnie mamy jeden z najbardziej nowoczesnych stadionów w Polsce, jednak z wielkim sentymentem wspominam nasze gruzowisko na ulicy Oleskiej. Tyle lat, tyle meczów i, co najważniejsze, były to najlepsze lata w historii klubu. Wasze Estadio Da Gruz pod względem sportowym nie kojarzy mi się najlepiej, bo zazwyczaj dostawaliśmy tam baciory.
UsuńRozumiem. Ja od wielu lat nie interesuję się sportem tak, jak to kiedyś było. Różne czynniki miały na to wpływ i wiele przykrego się zadziało. Może pewnego dnia w innych okolicznościach, wymienimy się doświadczeniami. W tej chwili skupiam się na innych rzeczach.
Usuń@okechukwu
OdpowiedzUsuńA propos oceny swoich tekstów, to miałem właśnie na myśli publiczne oceny ich autora. Jak napiszesz coś pozytywnego - wyjdziesz na pyszałka, z kolei negatywnego - fałszywa skromność. Na forum publicznym najlepiej niech oceniają to czytelnicy. Pod tym co napisałeś na temat autoanalizy swojego tekstu (np. realizacja celów), mógłbym się podpisać.