O stronie

Amon Düül II - Phallus Dei (1969)

 


27.12.2025

W czasach PRL-u i na początku lat 90. krautrock nie był jeszcze tak dobrze znanym zjawiskiem w naszym kraju. Wśród naszych dziennikarzy radiowych i prasowych zajmujących się muzyką nie znalazł wielu admiratorów. W połowie lat 90. sytuacja zaczęła się zmieniać. Amon Düül II i jego „Phallus Dei” pojawił się nawet w „Tylko rocku”. Dzięki tego typu artykułom oraz lepszemu dostępowi do płyt, stali się u nas jednym z najbardziej rozpoznawalnych bandów krautrockowych.

Grupa wyłoniła się z formacji Amon Düül. Artyści stworzyli własną komunę i zamieszkali w domu w Herrsching na przedmieściu Monachium.  W pierwszych miesiącach istnienia muzycy sporadycznie koncertował poza Monachium. Gdy już to czynili zdarzały im się niejednokrotnie dziwne przygody. Jadąc na koncert do Frankfurtu utknęli w zaspach śnieżnych (kiedyś to były zimy!), co spowodowało, że spóźnili się na swój występ. Nieprzyjemne, a czasami wręcz traumatyczne wydarzenia przytrafiały im się później jeszcze kilka razy. Bodaj najbardziej znanym była tragedia w dyskotece Keks w Kolonii. W czasie koncertu  Amon Düül II wybuchł pożar, w wyniku którego zginęły dwie osoby a pięć odniosło poważne rany. Sami muzycy wprawdzie nie ucierpieli, jednak stracili wszystkie instrumenty i sprzęt nagłaśniający, który kosztował ich 100 tysięcy marek. Notabene był tylko w jednej trzeciej spłacony. Poważne następstwa miała utrata lokum w 1971 roku. Od tej pory komuna de facto przestała istnieć. Była to jedna z najistotniejszych przyczyn postępującej dekompozycji zespołu. W 1973 roku grupa koncertowała wspólnie z Can. Jaki Liebezeit i jego koledzy z zespołu często byli świadkami karczemnych awantur ich towarzyszy z Amon Düül II. Scysje zdarzały się nawet w czasie koncertów.

Powróćmy jednak do najbardziej chwalebnych czasów w historii zespołu. Ich debiut to niezwykle ważna pozycja dla krautrockowej sceny.  „Phallus Dei” wypełniła bezkompromisowa, mocno eksperymentalna muzyka. Co istotne, w niemałym stopniu oryginalna. Słychać, że nie jest szczególnie dopieszczona i wymuskana. Tak zresztą być nie mogło, gdyż powstała w pośpiechu. Muzycy nie mieli pieniędzy na długie przesiadywanie w studiu i cyzelowanie każdego dźwięku. Materiał na „Phallus Dei” został uwieczniony w następującym składzie: Chris Karrer (gitara, skrzypce, saksofon sopranowy, śpiew), Shrat (skrzypce, instr. perkusyjne, śpiew), John Weinzierl (gitara, gitara basowa), Dave Anderson (gitara basowa), Falk Rogner (organy), Dieter Serfas (perkusja, instrumenty perkusyjne), Peter Leopold (perkusja), Renate Knaup (instrumenty perkusyjne, śpiew). Gościnnie wsparli ich: Christian Burchard (wibrafon) i Holger Trülzsch (instrumenty perkusyjne).

Na pierwszej stronie płyty analogowej znalazły się cztery krótsze kompozycje, nie licząc ponad 8-minutowego „Luzifers Ghilom”. Drugą w całości wypełniła blisko 21-minutowa kompozycja tytułowa. Muzyka jest wprawdzie dość eklektyczna, jednak dobrze wpisuje się w estetykę eksperymentalnej psychodelii. Profil stylistyczny „Phallus Dei”, znając późniejsze predylekcje muzyków krautrockowych, bynajmniej specjalnie nie zaskakuje.  Instrumentaliści Amon Düül II nie byli wirtuozami, jednak posiadali rzetelny warsztat. Niedoskonałości techniczne rekompensowali pomysłowością, spontanicznością i zuchwałością, bo przecież ich poszukiwania, jak na ówczesne czasy, były bardzo śmiałe.

Warto podkreślić, że Amon Düül II był jednym z pierwszych zespołów krautrockowych. „Phallus Dei” świetnie oddaje ducha kontestacji tamtych czasów. Muzyka jest mocno eklektyczna. Czegóż tu nie ma. Psychodelia skrzyżowana z jazzem nowoczesnym, muzyka awangardowa ożeniona z egzotyką. Słychać również wpływy muzyki ludowej z różnych krajów afrykańskich, Turcji, Indii. Ograniczyłem się tylko do przykładów najistotniejszych muzycznych ingrediencji. Całość jest prawdziwą ucztą dla wszelkiej maści muzycznych freaków. Album nie był oczywiście sukcesem komercyjnym. Sprzedał się w ilości 40 tysięcy egzemplarzy. Zważywszy na jego muzyczną zawartość i tak jest to bardzo przyzwoity wynik.

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Amon Düül II - Phallus Dei (1969)

 

1. Kanaan (3:56)

2. Dem Guten, Schönen, Wahren (6:00)

3. Luzifers Ghilom (8:02)

4. Henriette Krötenschwanz (1:59)

5. Phallus Dei (20:45)

 

Skład:

Renate Knaup - śpiew, tamburyn

Christian "Shrat" Thiele - bongosy, skrzypce, śpiew

Chris Karrer - skrzypce, gitary, saksofon sopranowy, śpiew

Falk Rogner - organy

John Weinzierl - gitara basowa, 12-strunowa gitara

Dave Anderson - gitara basowa (3)

Dieter Serfas - perkusja

Peter Leopold - perkusja

Gościnnie:

Holger Trülzsch - turecka perkusja

Christian Burchard - wibrafon



79 komentarzy:

  1. Jedna z pierwszych poznanych przeze mnie płyt z rejonów Krautrocka, gdzieś w połowie lat 90-tych. Dziś traktuję ją jako dokument tamtej epoki, z półki zeszła mi bowiem definitywnie, a miałem ją na obu nośnikach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie z kolei jest to najlepszy Duull i jedyna ich płyta, jaką zachowałem w kolekcji. Bardzo mi się podoba ta rozbuchana mozaikowość. A z kolei bardziej cenione Yeti w ogóle mi nie odpowiada - ilekroć słuchałem tej płyty czułem znuzeenie i bol.glowy jak, nie przymierzając, na kacu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na Yeti niektóre kompozycje mi się podobały ale chyba ta suita wcale. Miałem ten CD bardzo krótko i od ub. wieku do niego nie wracałem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja z kolei nie pamiętam już tak dobrze tego albumu, gdyż słuchałem jakiś czas temu. Może pora sobie przypomnieć☺️ Pierwsze trzy płyty to niezły odjazd w każdym razie. Zespołowi został poświęcony rozdział w pozycji "W bocznej ulicy. Historia muzyki niegranej 1968-76". Działo się na początku...

    OdpowiedzUsuń
  5. Recenzję napisałem w zdystansowany sposób. Nie przemycałem subiektywnych opinii. Skoro jednak pojawiły się różne podejścia do tego albumu, przedstawię również swoją perspektywę. Nigdy nie był to krautrock, który najbardziej lubię. Ostatni raz słuchałem „Phallus Dei” jeszcze w XX wieku. Z ciekawości przypomniałem sobie na RYMie, jak go oceniłem. 6/10, czyli szału nie ma. Jak dla mnie, zbyt surowe granie, partie wokalne specjalnie nie zachwycają. Kunszt instrumentalny, jak na standardy rocka progresywnego, w najlepszym razie przeciętny. Artyści nadrabiają kreatywnością i oryginalnością koncepcji muzycznych. Co by nie pisać, „Phallus Dei” to ważna pozycja dla krautrocka. Specyfika muzyki, siłą rzeczy, sprawia jednak, że często polaryzuje opinie słuchaczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że napisałeś reckę w taki właśnie sposób. Doceniam także ten komentarz i subiektywne powody dla takiej oceny. Chyba naprawdę sobie przypomnę ten album. Z tym, iż jest to ważna pozycja dla tej odnogi rocka progresywnego, nie mam zakiaru polemizować.

      Usuń
    2. Jak ja poznawałem ten album to płyt z rejonów Krautrocka i starego rocka znałem pewnie 10% tego co dziś. Wtedy efekt nowości powodował inny odbiór muzyki. Nigdy nie uczyłem się odbioru muzyki, decyduje kwestia osłuchania i gustu. Dlatego np. moje subiektywne muzyczne poglądy wtedy a dziś to rozmowa z niemal inną zupełnie osobą.

      Niemiecki rock lat 70-tych (z 60-tych lat ich ważne płyty może policzyć na palcach obu rąk każdy doświadczony drwal) przez lata bardzo stracił w moich oczach, zresztą nie tylko on.

      Usuń
  6. Miało być "zamiaru" oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Nigdy nie uczyłem się odbioru muzyki, decyduje kwestia osłuchania i gustu. Dlatego np. moje subiektywne muzyczne poglądy wtedy a dziś to rozmowa z niemal inną zupełnie osobą."

    Ze mną jest w zasadzie identycznie. Nie przeszkadza mi to w nieustannym zgłębianiu wiedzy na te tematy poprzez lekturę specjalistycznych pozycji i nie tylko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Po przypomnieniu w zasadzie mógłbym się podpisać pod tym, co napisałeś z tym, że oceniłbym ciut wyżej, głównie za tytułowy numer. Żeński wokal nie przeszkadzał mi tak, jak męskie. Klimatyczne, narkotyczne granie. Nie jest to płyta, do której często bym wracał, niemniej doceniam pomysłowość i kreatywność muzyków.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja też nigdy nie byłem fanem krautrocka (chyba nie pasował mi w tej muzyce silny pierwiastek, powiedzmy, stockhausenowski). Ale mam sporo wybranych krautowych, które bardzo lubię (oprócz Phallus Dei, Hosiannę Popol Vuh, Between, Dzyan -Electric Silence, Tago Mago - jedyna płyta Can, która mi leży). Faktycznie - warsztat muzyków Amon nie jest powalający, ale nadrabiają to niesamowitą pomysłowością - jest tu wszystko i Orient i reminiscencje biblijne i psychodelia i refleksy z Wagnera- niesamowity misz masz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Between i Hosianna jak najbardziej😀 Dzyan chyba nie kojarzę. Chętnie sprawdzę. Wszelkie "nowości" chłonę jak gąbka. Dzięki Jarku.

      Usuń
  10. Dzyan na pierwszej płycie nie zachwyca- taki dość przeciętny jazz rock a la gorsze Colosseum. Potem zmienił się skład - doszedł fenomenalny perkusista Peter Giger i zaczęli grać coś w stylu Crimson z Larks i Starless and Bible Black - tylko że w czysto instrumentalnym wydaniu i mocniej zabarwione muzyką orientalną. To są 2 płyty: Time Machine i Electric Silence.

    OdpowiedzUsuń
  11. Już kojarzę. W ogromie poznawanej muzyki łatwo nieraz zapomnieć, że coś się słyszało☺️ Faktycznie, ciekawe granie z orientalnym smaczkiem. Bogate instrumentarium (2 mellotrony!), interakcja muzyków na ponadprzeciętnym poziomie. Aleksander ocenił wszystkie płyty podobnie jak opisywana widzę. A sam zespół również jest wspomniany w zestawieniach ww. przeze mnie pozycji.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Na Dzyan fascynująca jest przede wszystkim sekcja rytmiczna -Karwatky - Giger, naprawdę topowa sekcja. Gitara/instrumenty orientalne też wysoki poziom. I słychać, że wchodząc w bardziej eksperymentalne wiedzą, co grają (tzn są to muzycy przygotowani warsztatowo do grania awangardy, a nie tylko intuicyjnie - na tzw "czuja"). Co do słabych punktów - na Electric Silence pojawiają się czasem zbyt mocne wpływy Crimson z lat 73-74. Plus czasem improwizacje są trochę za długie. Ale generalnie top band wg mnie (i raczej niedoceniony).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym, że niedoceniony raczej nie sposób się nie zgodzić. Rzadko ta nazwa się przewija, choć np. na ProgArchives piszą bardzo pozytywnie😉 A co do warsztatu i grania awangardy, to mam właśnie jeszcze często problem z tym, jak określić, czy dany muzyk ma faktyczne predyspozycje do takowych klimatów, czy odstawia hochsztaplerkę. Nierzadko jest bardzo cienka i płynna granica.

      Usuń
    2. Miałem wszystkie płyty Dzyan i po cichu z nimi się rozstawałem. Zdaje się właśnie przeważyły dłużyzny i brak pomysłów/umiejętności w komponowaniu utworów.

      Usuń
    3. Białystok30/12/25 12:14

      Wczoraj dla pewności grając w scrabble puściłem dla pewności, czy nie napisałem "bredni", włączyłem z You Tube - Electric Silence. Moja (śmiertelna) przeciwniczka była zdziwiona, że to jest regularny album a nie luźne improwizacje czy "ćwiczenia".

      Usuń
  14. Wiesz co - albo wnioskujemy, że ma np. z poziomu jego wykształcenia muzycznego (np. w przypadku Henry Cow doskonale wiemy, że są to świadomi, świetnie wyedukowani muzycy), a jak takowa przesłanka nie występuje, no to cholernie trudno określić, czy to hochsztaplerka czy nie (ja nie potrafię, mogę co najwyżej mieć jakieś "przeczucie"). Istnieje pogląd, że muzyk, powiedzmy, rockowy jest niejako ex definitione zwolniony z obowiązku grania "świadomej" awangardy, że liczy się intuicja, kreatywność w "hałasowaniu" na czuja, że może to bardziej zmierzać w kierunku free improvisation, bez żadnych reguł. Słowem że eksperymentalny rock to przede wszystkim muzyka "genialnych amatorów". Nie neguję takiego podejścia, ale widzę jego różne słabości - ponieważ kryteria oceny są tu bardzo płynne. Najlepiej, żeby oceny dokonywał muzykolog z potężnym zasobem wiedzy z zakresu muzyki współczesnej, muzyki improwizowanej i różnych odmian free na dodatek orientujący się też doskonale we wszystkich trendach eksperymentalnego rocka. Cóż poradzić, że takowych nie ma zbyt wielu (choć na pewno są!).

    OdpowiedzUsuń
  15. Na pewno poziom wykształcenia muzycznego ma duże znaczenie i mam tego świadomość. Chodziło mi właśnie o inne przesłanki takiego rozróżnienia. Niewątpliwie z punktu widzenia osoby oceniającej, background muzykologiczny na odpowiednim poziomie jest nieodzowny, by móc właściwie podejść do sprawy. Wspomniałeś o muzykach Henry Cow. Innym świadomym przykładem jest Frank Zappa. Na drugim biegunie z kolei są choćby muzycy Fausta i Pink Floyd. Ścieżki dojścia do muzycznego szczytu mogą być przeróżne.

    "Słowem że eksperymentalny rock to przede wszystkim muzyka "genialnych amatorów".

    Jak głosi pewien cytat właśnie, muzyka rozrywkowa to muzyka genialnych amatorów, jazzowa genialnych improwizatorów, a klasyczna genialnych muzyków😉

    OdpowiedzUsuń
  16. No więc mnie duża część floydowskich eksperymentów nie przekonuje. Tzn doceniam ich znaczenie i wagę dla rozwoju gatunku, a także odwagę twórczą, mogę przyznać, że są też fragmenty autentycznie bardzo frapujące (np. na A Saucerful of Secrets), ale jako całość np. na studyjnej płycie Ummagummy ten kierunek do mnie nie przemawia.

    OdpowiedzUsuń
  17. Po raz kolejny podpisuję się pod tym. Mnie również żadna z płyt Floydów okresu 1967-72 nie przekonuje w całości. Poszczególne fragmenty zachwycają, inne nużą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Białystok29/12/25 15:23

      To jest nas coraz więcej, bo ja PF słucham tylko 1973-1977.

      Usuń
  18. Wg mnie "Echoes" jest taką rekapitulacją tego, co we wczesnych Floydach najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
  19. Tomek Beksiński uważał ten utwór za jeden z największych w historii, o ile dobrze pamiętam. Na Dinozaurach była dyskusja na ten temat lata temu.
    Szczerze, to dawno go nie słyszałem, jak i całej płyty. O ile Shine... znam na pamięć, tak tutaj kojarzę tylko fragmenty, co jest kolejnym dowodem na to, iż nie leży mi wczesne oblicze zespołu.

    OdpowiedzUsuń
  20. Jego nr 1 ever był zdaje się Atom Heart Mother, więc pewnie tak.

    OdpowiedzUsuń
  21. @ okechukwu

    „Ja też nigdy nie byłem fanem krautrocka (chyba nie pasował mi w tej muzyce silny pierwiastek, powiedzmy, stockhausenowski). Ale mam sporo wybranych krautowych, które bardzo lubię (oprócz Phallus Dei, Hosiannę Popol Vuh, Between, Dzyan -Electric Silence, Tago Mago - jedyna płyta Can, która mi leży)”.

    „Pierwiastek stockhausenowski”to, jak dla mnie, jedna z najciekawszych rzeczy w krautrocku. Muszę przyznać, że nigdy nie byłem wielkim fanem krautrocka. Podam pewien znamienny przykład. Kiedyś zrobiłem sobie TOP 200 tego nurtu. Żaden album nie dostał oceny 10/10. Pierwsze miejsce, czyli „Steig Aus” Embryo - 9/10. Lubię debiutancki album Gila, bo jest bardzo mocno zanurzony we floydowskiej psychodelii. Intrygujący jest wczesny Cluster, jeszcze mocno zanurzony w awangardowych klimatach. Cóż jeszcze? Wczesny Faust, niektóre płyty Popol Vuh, Agitation Free, Dom. Jeśli chodzi o „radykalizmy” to czasami lubię sięgnąć po płyty Conrada Schnitzlera. Mój zdecydowanie ulubiony zespół krautrockowy to Embryo. Zawsze miałem problem z Can. W zasadzie wracam tylko z chęcią do „Tago Mago” i „Future Days”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam od dawna tę listę (inne też :), sprawdzałem i noty i to i owo. Ta wysoka lokata dla debiutu formacji Gila zmusiła mnie do ponownego odsłuchu bo CD nie mam od wielu lat, ale dla mnie to jednak maksymalnie 7/10, więc nie na półkę. Chyba już to wszystko słyszałem (niekoniecznie z datą do czerwca 1971 r.) w lepszym opakowaniu.

      Usuń
  22. @ okechukwu
    @ Mariusz
    @ Białystok

    „No więc mnie duża część floydowskich eksperymentów nie przekonuje. Tzn doceniam ich znaczenie i wagę dla rozwoju gatunku, a także odwagę twórczą, mogę przyznać, że są też fragmenty autentycznie bardzo frapujące (np. na A Saucerful of Secrets), ale jako całość np. na studyjnej płycie Ummagummy ten kierunek do mnie nie przemawia.

    Wasze wpisy niedwuznacznie pokazują, że jestem tutaj chyba jedynym apologetą psychodelicznego wcielenia Pink Floyd. Mało tego, uważam że był to najbardziej twórczy okres w historii zespołu. Generalnie, najbardziej cenię sobie lata 1969-1975. Wspomniany przez Jarka „A Saucerful of Secrets” to chyba mój ulubiony utwór Pink Floyd (wersja studyjna!). Studyjna „Ummagumma” jest zazwyczaj mniej lub bardziej glanowana. U mnie jest wręcz odwrotnie. Gdybym musiał wybrać jeden jedyny album Floydów - postawiłbym na studyjną „Ummagummę”. „Sysyphus” i „The Narrow Way” (Gilmour wręcz go nie cierpi!) umieściłbym w TOP 10 ulubionych kompozycji zespołu. „Sysyphus” może nawet w TOP 5.

    OdpowiedzUsuń
  23. @ Mariusz

    „Tomek Beksiński uważał ten utwór za jeden z największych w historii, o ile dobrze pamiętam”.


    W jednej z nocnych audycji w „Trójce” w drugiej połowie lat 90. (chyba w 1998) sprecyzował bardziej swoje preferencje. „Echoes” umieścił na drugim miejscu na swojej liście ulubionych utworów wszech czasów. Na pierwszym „od zawsze” był u niego „Atom Heart Mother”. Pamiętam, jak w 1987 roku w piątkowej audycji „Klub Stereo” w radiowej „Dwójce” przedstawił album „Atom Heart Mother”. Przy okazji, sukcesywnie prezentował wówczas całą dyskografię zespołu. Rozpływał się w zachwytach nad tytułową kompozycją. Padły wówczas słowa, że jest to najlepszy utwór, jaki kiedykolwiek powstał. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem album z krową na okładce oraz „Ummagummę”. Drugi z wymienionych był zaczynem rewolucji estetycznej. Od tej pory muzyka nie była już taka sama...

    OdpowiedzUsuń
  24. "Mało tego, uważam że był to najbardziej twórczy okres w historii zespołu."

    Ale ja nie twierdziłem, że nie jest😉 Obiektywnie była to kreatywna, twórcza i wpływowa muzyka, która inspirowała innych. Stwierdziłem tylko, iż nie przemawia do mnie subiektywnie ten wczesny okres, jeśli chodzi o całość.

    "Echoes” umieścił na drugim miejscu na swojej liście ulubionych utworów wszech czasów. Na pierwszym „od zawsze” był u niego „Atom Heart Mother”.

    No coś tak mnie się wydawało.

    "Gdybym musiał wybrać jeden jedyny album Floydów - postawiłbym na studyjną „Ummagummę”.

    Pamiętam, że wspominałeś o tym. Ja mając taki wybór postawiłbym chyba na Ciemną Stronę. Oklepane, wiem. Ewentualnie koncertowa Ummagumma.

    OdpowiedzUsuń
  25. Wiem, że wyrażaliście subiektywne opinie na temat psychodelicznych Floydów. Nikt z Was nie próbował przecież narzucać innym zobiektywizowanej wizji.

    Koncertowa „Ummagumma” jest świetna, ale, jak dla mnie, to nie są najlepsze wersje tych utworów zagrane na żywo. Świadczą o tym bootlegi z lat 1970-1971. Drugi dobry przykład to koncert w Pompejach, który wreszcie ujrzał światło dzienne w takiej wersji jak należy. Świetna robota Stevena Wilsona! Przy okazji, przypomniała mi się emisja filmu „Pink Floyd w Pompejach”. Telewizyjna „Dwójka”, wtorek 5 maja 1987 roku, godzina 21.45. Słowo wstępne - Wojciech Mann. Takich chwil się nie zapomina... Mocno namieszał mi w głowie. Był to dla mnie jeden z przełomowych momentów.

    A propos „Ummagummy”, nie zamierzam twierdzić, że obiektywnie jest to najlepszy album Pink Floyd. Napiszę nawet więcej, wiele wskazuje na to, że nie jest. W moim przypadku w grę wchodzi ogromny sentyment. Co ważniejsze, był to dla mnie album przełomowy. Otworzył mi wrota do różnych zakątków muzycznych, o których nie miałem zielonego pojęcia. Później okazało się, że będą dla mnie kluczowe - rock progresywny, kosmiczna psychodelia, dwudziestowieczna „poważna” awangarda.

    OdpowiedzUsuń
  26. "Koncertowa „Ummagumma” jest świetna, ale, jak dla mnie, to nie są najlepsze wersje tych utworów zagrane na żywo. Świadczą o tym bootlegi z lat 1970-1971. Drugi dobry przykład to koncert w Pompejach, który wreszcie ujrzał światło dzienne w takiej wersji jak należy."

    Nie zagłębiałem się nigdy w bootlegi PF. Nie czułem takiej potrzeby. Nie czuję specjalnej więzi z tym zespołem, a to ma dla mnie duże znaczenie w tego typu sytuacji. Koncert w Pompejach odbieram pozytywnie, jednak większe wrażenie robi na mnie ww. wersja Ummagummy.

    "A propos „Ummagummy”, nie zamierzam twierdzić, że obiektywnie jest to najlepszy album Pink Floyd. Napiszę nawet więcej, wiele wskazuje na to, że nie jest. W moim przypadku w grę wchodzi ogromny sentyment. Co ważniejsze, był to dla mnie album przełomowy. Otworzył mi wrota do różnych zakątków muzycznych, o których nie miałem zielonego pojęcia. Później okazało się, że będą dla mnie kluczowe - rock progresywny, kosmiczna psychodelia, dwudziestowieczna „poważna” awangarda."

    Rozumiem oczywiście. Sentyment ma dla wielu duże znaczenie, również dla mnie. Sam mam takie albumy, które poszerzyły moje spojrzenie na wiele kwestii. Wśród tego grona nie ma żadnego PF😉 Ocenę zostawiam innym.

    OdpowiedzUsuń
  27. Odnośnie krauta zapomniałem o Embryo- to fantastyczny zespół! I to nie tylko płyty w rodzaju "Steig Aus", ale np. fantastyczna, etniczna Reise z 1980. Obiektywnie bardzo doceniam wkład wczesnych Floydów w rozwój eksperymentalnego i ambitnego rocka - nazwijmy to jak chcemy, chodzi generalnie o absolutne wyjście poza mainstream. Subiektywnie nie wszystko mi tam odpowiada, choć mam większość płyt Floyd z tego okresu na CD (ale pewnie jakbym tak jak Białystok zbierał tylko top of the top na winylu, to kupiłbym może tylko "Meddle". Na koniec autentyczna anegdota. Debiut Floydów poznałem w 93 roku w wieku 17 lat- dość późno, byłem wtedy zafascynowany progiem (Floydami też, ale tymi z Wish You Were Here). Nie miałem jeszcze odtwarzacza cd i płyty przegrywałem na kasety w "Hendriksie"(gdzie do kwietnia 94 roku można to było zrobić). Wypożyczalnię prowadził niejaki Grzesiu- gość o wyglądzie (i manierach!) amerykańskiego kierowcy ciężarówki, potężny, łysawy, z rudym wąsem i kucykiem, tęgo sobie popijał w pracy (a myślę, że i zioło też palił). No i ja przyszedłem za parę dni po przegraniu Floydów i Grzesiu na bańce się pyta:
    - No i jak tam te Flojdy się podobały?
    Ja na to, że niby fajne, ale archaicznie brzmią.
    A Grzesiu tak popatrzył na mnie, jakby chciał mi przylutować w gębę i cedzi:
    - Archaiczne, mówisz. Archaiczne... A wiesz, kurwa, kiedy to było nagrywane? 100 tysięcy lat świetlnych temu! Zanim odkryto ogień!
    Także takie wspomnienie z 'Pajperem".

    OdpowiedzUsuń
  28. Trochę jakbyś opisywał Darka Młynarskiego :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Ciekawa anegdota, ciekawa😉 Pan Grzesiu trochę przesadził z tymi latami, ale trzeba mu wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak najbardziej - Grzesiu był w typie Darka, tylko że mówił wyraźniej, no i Darek chyba nie chlał w pracy (nigdy go nie widziałem w Megadiscu w takim stanie, a byłem wiele razy).

    OdpowiedzUsuń
  31. Tak po prawdzie, już wtedy miałeś rację. Debiut Floydów miejscami jest archaiczny i nie wytrzymał próby czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przechodząc z CD na LP robiłem selekcję i z uwagi na te stricte psychodeliczne kawałki debiut zdał egzamin, lecz z czasem rzeczony archaizm i dla mnie zaczął doskwierać, a te niby zabawne kawałki na końcu strony B irytować i musieliśmy się rozstać.

      Usuń
  32. Lubię bardzo niektóre numery z debiutu - na pewno "Astronomia" to świetny utwór, "Matilda Mother", "Flaming" i "Chapter" mają dużo uroku. Interstellar mnie z kolei nuży, a "Pow R Toc H" mimo fantastycznego surrealistycznego nastroju wykreowanego odgłosami, to w sumie taki sobie jazzujący bluesik, raczej rudymentarnie zagrany. Takie 3.5 na RYM dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  33. "Byłem więcej razy i potwierdzam!". Bo Darek pracował u Leśniewskiego, a Grzesiu był na swoim i mógł chlać. Czasami przesadził i pamiętam (jeszcze jedna anegdota) ze swoją dziewczyną na pierwszym roku studiów, zrobił mi straszny wstyd. Pytałem się wtedy, czy warto Babe Ruth jedynkę pożyczyć (bo wtedy już się nie przegrywało, był 95, można było cd wypożyczyć). A Grzesiu - nawalony jak stodoła - warto, rżną się aż miło, sperma tryska, coś w sam raz dla ciebie! Ja czerwony jak burak, a Anka na to: co to za debil jakiś, gdzieś mnie przyprowadził. Potem nie odwiedzałem Hendriksa przed dobre 2 miesiące, a z dziewczyną już nigdy.

    OdpowiedzUsuń
  34. @ okechukwu

    U mnie pierwsze lata słuchania muzyki to winyle. Później zacząłem gromadzić kasety magnetofonowe. Dostęp do muzyki był trudny. Większość nagrań zdobywało się z radia. Po albumy, do których nie mogłem dotrzeć, jeździłem do Warszawy. Pod koniec lat 80. było tam sporo sklepów, w których można było wypożyczyć płyty kompaktowe, ewentualnie kasety magnetofonowe z materiałem nagranym z CD. Kupowałem właśnie owe kasety. Najwięcej u niejakiego Edmunda Berga. W czasie pierwszego wyjazdu, bodajże w lipcu 1988 roku kupiłem „Piper At The Gates Of Dawn”. Pamiętam, że ze sklepu wyszedłem między innymi z takimi płytami, jak: „Duke”, „Discipline”, „Every Good Boy Deserves Favour”, „In Search Of The Lost Chord”, „More”, „Hemispheres”. W przypadku „Pipera” miałem podobne odczucia. Już wtedy brzmiało to archaicznie. Nigdy nie byłem wielkim fanem Floydów z tego okresu. Niby lubię, ale jakoś nieszczególnie. Do debiutu wracam circa co 15 lat.

    W owym czasie jeździłem również do Krakowa. W niedziele na ulicy Bydgoskiej była giełda. Płyty na kasety nagrywał Piotr Kosiński. Sporo rzadkich albumów wtedy upolowałem. Dla osób wychowanych w XXI wieku tego typu opowieści muszą być co najmniej osobliwe. Dzisiaj wystarczy kilka kliknięć na klawiaturze i można mieć niemal wszystko od ręki. Do tego w lepszej jakości dźwięku. W tym samym czasie Jerzy Janiszewski (a jakże z Lublina) miał audycje w „Trójce”. Dokładnie co drugi piątek o 23.15. Były to jedne z najlepszych audycji muzycznych, jakie słyszałem. Poznałem wtedy sporo ciekawej muzyki. Janiszewski był chodzącą encyklopedią muzyki rockowej. Bardzo zazdrościłem wtedy lublinianom, że mają w swojej lokalnej rozgłośni taki skarb. W naszej z rzadka można było usłyszeć coś ciekawego. Trochę lepsza była rozgłośnia wrocławska. To właśnie w niej po raz pierwszy usłyszałem „The Dark Side Of The Moon”. Nie ma jednak co narzekać, bo co mieli powiedzieć Czesi i Słowacy. Za komuny odbierałem ich dwa programy telewizyjne i kilka stacji radiowych. Totalna porażka. Trudno było trafić na cokolwiek, co można nazwać muzyką rockową. Bez reszty rządzili różnej maści szansoniści - Karel Gott, Helena Vondráčková, Hana Zagorová, Václav Neckár i inni.

    OdpowiedzUsuń
  35. Janiszewski to absolutna legenda. Jego wkład w sukces Budki (i to zarówno komercyjny jak i artystyczny jest nie do przecenienia). Przewijał mi się gdzieś od dziecka - pracował w radio akademickim z moją matką, znał mojego ojca. Później spotykałem go często właśnie u Grzesia w Hendriksie (właściwie to był tam u siebie). Strasznie żałuję, że nie udało mi się go namówić do udziału w książce o Budce. Na początek to mnie w ogóle obrzucił (telefonicznie) słowami uznanymi powszechnie za obelżywe, ale potem jakoś udało się wyłagodzić . Spotkaliśmy się na obiedzie. Rozmawialiśmy 2 godziny. Zgodził się na udział, ale pod warunkiem, że "załatwię" mu z Zeliszewskim i Lipą wyłączne prawo do płyty "Undeground". Niestety, tego się zrobić nie dało. Miał potworny żal do Lipy, a Zeliszewskiego obrzucał najgorszymi wyzwiskami. Po części jakoś go rozumiem. Jedynie z Cugiem zachował w miarę poprawne relacje.

    OdpowiedzUsuń
  36. Czyli mimo że miałeś czechosłowackie media od dzieciak na co dzień, to Collegium Musicum czy Modry Efekt poznałeś dopiero w erze internetu?

    OdpowiedzUsuń
  37. Kiedyś obiło mi się o uszy, że po wprowadzeniu stanu wojennego Janiszewski był negatywnie zweryfikowany. Możliwe, bo faktycznie circa 30% dziennikarzy sympatyzujących z „Solidarnością” wyrzucono wówczas z „Trójki”. Janiszewski w "Trójce" miał tylko "gościnne występy". W latach 1980-1981 mocno trzymał jednak kciuki za NSZZ, dlatego wariant represji jest możliwy. Dość szybko prowadził jednak później audycje w „Dwójce” i „Czwórce”. Z czasem wrócił do „Trójki”. Jego audycje podobały mi się nawet bardziej niż Kaczkowskiego. „Kaczor” bawił się słowem, bazował na klimacie. Janiszewski zasypywał słuchaczy faktami, opowiadał ciekawe anegdoty. Dla osób, które chciały zdobyć jak najwięcej wiedzy na temat prezentowanej płyty, był doskonałą alternatywą. W pierwszej połowie lat 90., kiedy jeszcze niewiele wiedzieliśmy na temat tzw. NKR-u, prezentował w radio mnóstwo rzadkich zespołów. Wtedy poznałem u niego debiut Cos, który przez ładnych kilka lat bezskutecznie szukałem. W drugiej połowie lat 80., mimo że był już wówczas po czterdziestce, bynajmniej nie był muzycznym wapniakiem. Chętnie prezentował różne odmiany nowej fali, bardzo cenił sobie 4AD. Pamiętam, jak prezentował dyskografię Joy Division. Chętnie wracał do różnych wspomnień na temat Budki Suflera. Wtedy nie było jeszcze kwasów, o których wspominałeś. Trudno wyobrazić sobie Budkę bez Janiszewskiego. Krypto-cover „Ain’t No Sunshine” Withersa to przecież jego pomysł. Adam Sikorski, bardzo ważny tekściarz na pierwszych płytach, to również (jeśli dobrze pamiętam) jego „wynalazek”. Przykłady można mnożyć. Gdyby mieszkał na stałe w Warszawie i regularnie prowadził audycje w radiu ogólnopolskim, byłby legendą nie mniejsza niż Kaczkowski. Studio Hendrix było mu bardzo bliskie. Często o nim wspominał. Co by nie pisać, nieodżałowana postać polskiego radia.

    OdpowiedzUsuń
  38. „Czyli mimo że miałeś czechosłowackie media od dzieciak na co dzień, to Collegium Musicum czy Modry Efekt poznałeś dopiero w erze internetu?”.

    Co do czechosłowackich mediów za komuny, to nie kojarzę żadnego zacnego wykonawcy. Czasami prezentowali tam coś, co można nazwać pop rockiem. Były to jednak jakieś straszne przeciętniactwa, nierzadko wręcz potworki muzyczne. Collegium Musicum, Modry Efekt i szereg innych wykonawców poznałem dopiero w „erze internetowej”. Od różnych osób słyszałem, że Czesi i Słowacy namiętnie słuchali naszego radia. Było to dla nich „rockowe okno na świat”. Ówczesny I sekretarz KPCz, Gustáv Husák, skutecznie ograniczał wpływy imperialistycznej zgnilizny płynącej z Zachodu. W naszych realiach niewątpliwie byłby eksponentem partyjnego betonu. Wzór dla niezłomnych rycerzy marksizmu-leninizmu, takich jak Grabski, Kociołek, Siwak, Olszowski czy Żabiński.

    OdpowiedzUsuń
  39. Ja "Konwergencje" Collegium poznałem dość wcześniej- bodaj w 95, właśnie u rzeczonego Grzesia. Grzesiu miał nie tylko swój zbiór do udostępnianie (ale też potężną kolekcję Witka Jachacza i chyba Janiszewskiego też). Więc miałem fajnie, bo mogłem przegrać na kasety płyty typu Gentle Giant, Renaissance, Its A Beautiful Day, wszystkie Van Der Graafy, ale też naprawdę jeszcze rzadsze wtedy płyty (np. Witek miał włoskie Semiramis, Ange, mnóstwo rzadkich płyt z amerykańską psychodelią - np. Gandalfa. Jak dostałem od ojca pierwszy odtwarzacz CD na "osiemnastkę" pojawiła się chęć posiadania kompaktów. I w 2 lata później przyszedł Megadisc i chińskie zupki (haha). Zupki są pewnym symbolem - nie jadłem ich oczywiście codziennie- ale faktycznie rezygnowałem z wielu rzeczy, bo wydatek 2-3 stów miesięcznie (wtedy - w latach 96-2000!), to było jak przynajmniej 1000 zł obecnie. Np. prawie przestałem kupować w tamtym okresie książki (a wcześniej fantasy kupowałem maniakalnie).

    OdpowiedzUsuń
  40. "Czasami przesadził i pamiętam (jeszcze jedna anegdota) ze swoją dziewczyną na pierwszym roku studiów, zrobił mi straszny wstyd. Pytałem się wtedy, czy warto Babe Ruth jedynkę pożyczyć (bo wtedy już się nie przegrywało, był 95, można było cd wypożyczyć). A Grzesiu - nawalony jak stodoła - warto, rżną się aż miło, sperma tryska, coś w sam raz dla ciebie! Ja czerwony jak burak, a Anka na to: co to za debil jakiś, gdzieś mnie przyprowadził. Potem nie odwiedzałem Hendriksa przed dobre 2 miesiące, a z dziewczyną już nigdy."

    Matko, jaki prostak! Nie dziwię się. Ja od takich ludzi stronię jak tylko mogę. Tak na marginesie całej jakże ciekawej dyskusji.

    OdpowiedzUsuń
  41. Grzesiu był prostak i ordynus (zwłaszcza jak popił), ale dzięki niemu poznałem sporo płyt (no i były to też dla mnie magiczne czasy liceum i wczesnych lat na studiach), więc myślę o nim ciepło. Zresztą ja swoje też "miałem za uszami". Ostatnia anegdota (Mahavishnuu kocha ELP), więc myślę, że mu wybaczy. Przeczytałem w Tylko Rocku chyba w 93, że Canario ELP z Love Beach to wersja klasycznej muzyki hiszpańskiej opartej na flamenco i że "wyróżnia się wspaniałą grą Lake'a na gitarze". Ponieważ Love Beach nie można było dostać na kasetach Elbo czy Taktu (przynajmniej w lubelskich sklepach), a Grzesiu też jej nie miał, to poprosiłem go o przegranie składanki ELP, gdzie ostatni utwór to miało być właśnie "Canario". Przegrał- zapuszczam w domu, no i jakoś nic mi nie pasuje -nastawiłem się na gitarę flamenco, a tu niczego takiego nie ma. Na drugi dzień przychodzę do Hendrixa z pretensjami:

    -Nie ma Canario na płycie.
    - Jak to, k..., nie ma- mówi Grzesiu - napisane jest przecież. Musi być. Ostatni numer.
    - Tak- mówię- ale nie ma, miała być gitara flamenco - a nie ma. Nie ma Canario.
    - No to - mówi Grzesiu- już do Emersona pretensje nie do mnie, że nie nagrał ci gitary.
    A ja na to, może i tak, że do niego zgloszę.
    A Grzesiu- to powodzenia, to mój, k..., serdeczny przyjaciel! Opierdoli cię i tyle!
    Taka historia. Canario oczywiście było, tylko wyobrażałem sobie ten utwór zupełnie inaczej na podstawie recenzji (bodaj Jacka Kruczka).

    OdpowiedzUsuń
  42. Każdy chyba ma i miał coś za uszami. Alkohol nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Z racji swoich doświadczeń stronię również od niego. Jak pisałem do Ciebie na samym początku tutaj, piwo wypiję, ale raczej nic poza tym. Zażywam leki również i to też jest powodem. A ta anegdota przednia😄😉 Ja od siebie mogę napisać coś takiego. W latach 90tych, jak byłem jeszcze młody i głupi, nabyłem kasetę News Of The World i pamiętam do dziś, jak przestraszyłem się na trzecim utworze, czyli Sheer Heart Attack do tego stopnia, iż wyłączyłem i nie wracałem przez pewien czas. Potem oczywiście to minęło.

    OdpowiedzUsuń
  43. Białystok30/12/25 12:25

    Na przełomie 89/90 debiut Pink Floyd brzmiał już archaicznie, a nagrania za lat 50-tych wzbudzały jedynie uśmiech politowania.
    Ja dziś w zdecydowanej większości przypadków nie potrafię powiedzieć, czy płyta ma 5 czy 25 lat i nie sądzę abym był w tym odosobniony. Cyfrowa produkcja tak zatrzymała czas, czy braki w moim muzycznym wykształceniu?

    OdpowiedzUsuń
  44. Też generalnie nie potrafię, choc jak "Mlody" wyedukował mnie w hip hopie, umiem mniej więcej poznać, który hip hop jest z lat 90, który z pierwszej dekady 2000 a który później. Ale np. Czy 2015 czy 2025 nie poznam za nic. A przecież 1970 -1980 to epoka w muzyce!

    OdpowiedzUsuń
  45. "Słucha się tych nowych płyt i są okropne, dźwięk je całkowicie przykrywa. Nie można niczego rozróżnić: ani wokalisty, niczego – zupełnie jak szum." Bob Dylan

    Po drugie loudness war.

    OdpowiedzUsuń
  46. Generalnie tak- choć zdarzają się wyjątki. Np. płyty Kanye Westa brzmią bardzo dobrze- są przestrzennie aranżowane w stylu funky i soulu z lat 70, beaty nie są tak nachalne jak w innych nagraniach hip hopowych - jest dużo naturalnych barw instrumentów (tzn żywych), a nie tylko sampli. Generalnie bardzo dobra robota produkcyjna.

    OdpowiedzUsuń
  47. @ okechukwu

    „I w 2 lata później przyszedł Megadisc i chińskie zupki (haha). Zupki są pewnym symbolem - nie jadłem ich oczywiście codziennie- ale faktycznie rezygnowałem z wielu rzeczy, bo wydatek 2-3 stów miesięcznie (wtedy - w latach 96-2000!), to było jak przynajmniej 1000 zł obecnie. Np. prawie przestałem kupować w tamtym okresie książki (a wcześniej fantasy kupowałem maniakalnie)”.

    Znam te problemy z autopsji. U mnie również prawa cała kasa leciała na płyty. Mało tego, w czasie studiów zamiast wakacji praca, żeby później wydać wszystko na płyty kompaktowe. O ile w pierwszej połowie lat 90. kupowałem jeszcze sporo książek, to później mocno przyhamowałem. Płyty były najważniejsze. Leśniewski sporo się obłowił. U niego płyty były zawsze bardzo drogie. W drugiej połowie lat 90. tylko u niego byłem w stanie zdobyć niektóre rzadkie pozycje. Z właścicielem sklepu nigdy nie miałem do czynienia bezpośrednio. Płyty przychodziły drogą pocztową. Skubaniec wcisnął mi kilka piratów jako oficjalne wydawnictwa (np. Rare Bird). Wtedy nie znałem jeszcze sposobów na weryfikacje.

    OdpowiedzUsuń
  48. @ okechukwu

    „Przeczytałem w Tylko Rocku chyba w 93, że Canario ELP z Love Beach to wersja klasycznej muzyki hiszpańskiej opartej na flamenco i że "wyróżnia się wspaniałą grą Lake'a na gitarze"".


    „Love Beach” był pierwszym albumem ELP, które zdobyłem. Wtedy nagrywałem płyty na kasety. Było to w 1987 roku. Poznałem faceta, który wcześniej przez ładnych parę lat pracował w Republice Federalnej Niemiec. Dzięki temu miał sporo płyt analogowych w swojej kolekcji. Za stosowną opłatą sukcesywnie nagrywał mi różne pozycje. Dla mnie był to dobry układ. Poznałem sporo płyt, których nigdy nie słyszałem w radiu. Twoja historia z „Canario” jest zabawna. Miałem nieco podobną właśnie w trakcie nagrywania płyt. Byłem kiedyś u niego w sobotę. W telewizji leciał akurat mecz. Odpalił adapter i nagrywał mi na kasetę „Meddle”. Telewizor miał wyciszony dźwięk na zero. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w „Fearless" usłyszałem śpiewających kibiców. Było to tak nietypowe, że doszedłem do wniosku, że jakimś cudem musieli nagrać się w trakcie meczu, który był wizualnym podkładem naszego spotkania. Śpiew kibiców Liverpoolu przeszkadzał mi do tego stopniu, że wyciszyłem go. Jakie było moje zdziwienie, gdy po kilku latach usłyszałem album z kompaktu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre. A co leciało, bo chyba nie pre-Premiership?

      Usuń
    2. Za chińskiego boga nie pamiętam, co to był za mecz. Pewnie dlatego, że całą uwagę skupiałem na muzyce. „Meddle” z winyla na dobrym sprzęcie brzmiał oszałamiająco.

      Usuń
  49. „Generalnie tak- choć zdarzają się wyjątki. Np. płyty Kanye Westa brzmią bardzo dobrze- są przestrzennie aranżowane w stylu funky i soulu z lat 70, beaty nie są tak nachalne jak w innych nagraniach hip hopowych - jest dużo naturalnych barw instrumentów (tzn żywych), a nie tylko sampli. Generalnie bardzo dobra robota produkcyjna”.

    Nie znam się na muzyce Kanye Westa. Z ciekawości rzuciłem jednak okiem na zakres dynamiki jego płyt kompaktowych. Katastrofa! Loudness war w pełnej krasie. Lepsze - DR 7 lub DR 8, czyli dość słabo. Z jeszcze bardziej inwazyjną ingerencją - od 4 do 6. Dolny zakres wręcz poraża. Muzyka ubijana młotkiem w studiu nagraniowym. Unikam takich produkcji z daleka.

    OdpowiedzUsuń
  50. @ Białystok

    „Ja dziś w zdecydowanej większości przypadków nie potrafię powiedzieć, czy płyta ma 5 czy 25 lat i nie sądzę abym był w tym odosobniony”.

    U mnie jest identycznie. Kiedyś lubiłem się nawet bawić w odgadywanie roku wydania nieznanej płyty. Jeśli chodzi o albumy wydane w latach 1965-1990 doszedłem niemal do perfekcji. W przypadku nagrań z XXI wieku wszystko przybiera kształt anonimowej masy dźwiękowej. Myślę, że w mniejszym stopniu jest to wina naszego wapniactwa. W większym specyfika muzyki z tego okresu.

    OdpowiedzUsuń
  51. Szczególnie interesujące były przypadki typu Bacamarte z brzmieniem osadzonym w drugiej połowie 70s, ale wydana gdy rządził new romantic, post punk i gotyk. Tu łatwo było o pomyłkę.

    OdpowiedzUsuń
  52. W przypadku wykonawców, którzy nie pochodzili z bogatego Zachodu, trzeba było brać to pod uwagę (np. Ameryka Łacińska, Europa Wschodnia). Brzmiały, jakby powstały circa dwa lata wcześniej. Bacamarte faktycznie był nietypowy.

    OdpowiedzUsuń
  53. Nie mówię, że płyty Westa brzmią dobrze jeśli chodzi o zakres dynamiki (przy okazji, gdzie można to wszystko posprawdzać, na Spotify?), ale jest to naprawdę bardzo solidny aranżer, udanie nawiązujący do funku i soulu z lat 70.
    Bacamarte to nagrano w 77 roku, ale generalnie rock z Ameryki Płd był te 2-3 lata zapóźniony w stosunku do trendów anglosaskich, choć akurat w Brazylii bywało inaczej (np. tropicalia była odpowiedzią absolutnie "na czasie" na psychodelię).

    OdpowiedzUsuń
  54. Jarku kojarzysz taką stronę chyba:

    https://dr.loudness-war.info/?artist=Kanye+West&album=

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. okechukwu6/1/26 09:51

      Nie - nie kojarzę. Nie chodziło mi konkretnie o płyty Westa, ale ogólnie o sprawdzanie zakresów dynamiki. Co prawda ja z wiekiem jestem coraz bardziej tolerancyjny na kwestie związane z loudness war, kompresją itp (był czas, że miałem kompletnego fioła na tym punkcie- wymieniałem większość remasterów na stare wersje itp). Teraz jakoś przestało mnie to mocno obchodzić - kupuję również remastery i akceptuję również te podgłośnione płyty (no chyba że coś jest ewidentnie skopane po całości - bywa tak) . Może słuch mi się pogorszył.

      Usuń
    2. Ja cały czas jestem wyczulony na te sprawy. Przykładowo nie słucham już od dawna ostatnich remasterów Queen z 2011, bo są totalnie skopane w porównaniu z poprzednimi wydaniami, zwłaszcza japońskimi mini vinylami.

      Usuń
  55. Polecam również:

    https://zrozumiecaudio.blogspot.com/2025/10/dlaczego-audio-to-ciemna-strona-ksiezyca.html?m=1

    OdpowiedzUsuń
  56. Tak rzuciłem okiem na te parametry - i np. w przypadku "Selling England" Genesis określiłbym je jako dziwne- tzn jeśli rzeczywiście tak jest, to te parametry jednak zakłamują (przynajmniej niekiedy rzeczywistość). Np. wersja z 94 roku brzmi ewidentnie źle i to doskonale pamiętam- jest płaska, rachityczna, wytłumiona, właśnie pozbawiona dynamiki (i ginie przez to masa detali). Jest ogromna różnica na korzyść remasteru z 2008 roku. Niemniej - jeśli by patrzeć tylko na suche wskaźniki, to można odnieść wrażenie, że wszystko na wersji z 94 roku jest lepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno w moim przypadku nie jest tak, że sugeruję się tylko podanymi wskaźnikami. To bardziej skomplikowane, jak słusznie zauważyłeś.

      Usuń
  57. Absolutnie- ja mam w tej chwili dwie wersje Selling England- Charismę bodaj z 86 i właśnie remaster z 2008. Wersji z 94 roku się pozbyłem. Pamiętam, jakim szokiem dla mnie było jak usłyszałem (u kumpla) remaster z 2008 i porównałem go sobie z moim z 94. Masa detali - w warstwie perkusyjnej, ale też jeśli chodzi o te ciche dźwięki - np. niektóre partie fletu jest praktycznie niesłyszalna na 94. Nawet ten Fool Me, który na dysku 94 był jakimś ultra-anemicznym okropieństwem, na 2008 daje się słuchać. Zacząłem też dokładnie rozumieć, co śpiewa Gabriel (ze słuchu). To było ładnych parę lat temu- być może teraz i wersja z 94 byłaby dla mnie OKI (haha).

    OdpowiedzUsuń
  58. @ okechukwu

    „Co prawda ja z wiekiem jestem coraz bardziej tolerancyjny na kwestie związane z loudness war, kompresją itp (był czas, że miałem kompletnego fioła na tym punkcie- wymieniałem większość remasterów na stare wersje itp). Teraz jakoś przestało mnie to mocno obchodzić - kupuję również remastery i akceptuję również te podgłośnione płyty

    Jestem zdecydowanym przeciwnikiem loudness war. Jak dla mnie, jest to jedna z najbardziej skandalicznych rzeczy, jeśli chodzi o technikalia w świecie płyt. Co gorsza, ów proceder postępuje nadal. Obecnie płyty z DR 4 nie są wyjątkiem. Podam przykład z Twojego podwórka. Albumy Sloche wydane na CD: Stadacone DR 7, J’un Oeil DR 7. Tymczasem winylowe kanadyjskie first pressy odpowiednio 13 i 14. Przepaść! Słychać to mocno. Jak usłyszałem winylowe odpowiedniki, nawet nie zbliżam się do wersji kompaktowej. Przykłady można mnożyć. Problem jest bardziej skomplikowany. Nie można patrzeć tylko na DR. Wiele zależy od źródła, remasteringu, czasami remixu, za którym również specjalnie nie przepadam. To bynajmniej nie wszystko. W przypadku loudness war bardziej cierpią na tym ludzie, którzy mają dobry zestaw stereo. Dobrym przykładem może być holografia sceny dźwiękowej. Temat rzeka.

    OdpowiedzUsuń
  59. Dobrze brzmiały pierwsze wydania kompaktowe Genesis, szczególnie brytyjski Nimbus i japońskie. Nie jestem zwolennikiem remasterów Nicka Davisa z pierwszej dekady XXI wieku. DR jest po prostu kiepski. Najgorszy ze wszystkich wydań. Selektywność jest niezgorsza, brzmienie w miarę czyste, ale... Brakuje szacunku dla winylowych pierwowzorów, jest nazbyt uwspółcześnione. Miłośnikom dobrego dźwięku polecam rzucić uchem na wydania Analogue Productions - wersje SACD i winylowe. Szczególnie udany jest „A Trick Of The Tail”, choć i tak nadal najchętniej wracam do pierwszego wydania brytyjskiego na winylu. Winyl niekoniecznie może być pierwszym wyborem. U mnie tak jest choćby w przypadku „Trespass”. Kapitalnie brzmi pierwsze wydanie japońskie z 1986 roku. First press brytyjski z 1970 roku ma trochę zbyt przytłumione wysokie tony.

    OdpowiedzUsuń
  60. Reedycje Quebec Prog bardzo mnie uwierały kiedyś dźwiękowo - mam Maneige na winylu i bardzo mi się nie podobało brzmienie płyt ProgQuebec. Co się dało (a nie wszystko się dało) wymieniałem na winyle albo na stare edycje Kozak - teraz to wyłagodniało - ProgQuebec słucha mi się całkiem nieźle.
    Wersja Selling z 2008 jest na pewno uwspółcześniona, ale słychać masę detali, których na remasterze z 94 po prostu nie słychać. Nie wiem, jak jest na winylu, bo go nie słyszałem. Selling na starej charismie z 86 brzmi o niebo lepiej niż 94, ale jednak selektywność (zwłaszcza w detalach perkusyjnych, chórkach) jest większa na wersji z 2008 r. A jak oceniasz właśnie remastera Virgin z 94?

    OdpowiedzUsuń
  61. W przypadku płyt kompaktowych z kręgu Quebec to z jakością różnie bywa. Nie ma w tym nic dziwnego. Na Tidalu są dostępne albumy Harmonium w wersji high-resolution. Brzmią doskonale. Słucham tych wersji, a nie swoich starych wydań CD. Kompaktowy „Selling...” z 1986 roku jest bardzo wysoko oceniany. Na forach audiofilskich, nierzadko jest pierwszym wyborem. Trzeba jednak pamiętać o tym, że mało osób słyszało niszowe wydania, choćby wspomniane Analogue Productions. Ich nakład jest ograniczony, cena bardzo wysoka. Jakość dźwięku - bardzo dobra lub znakomita. Miałem trochę remasterów Genesis z 1994 roku, bo były kupowane w drugiej połowie lat 90.Akurat wtedy były łatwo dostępne. Jaka jakość dźwięku? Jak dla mnie niezła. Bardziej przemawiały do mnie wydania z lat 80. Wydane w 1994 roku miały specyficzny sound. Trochę „kartonowy”, bas był mało mięsisty. Szczególnie dobrze słychać to na „Wind & Wuthering”. Nie chciałbym jednak wysuwać daleko posuniętych wniosków. Z dwóch względów. Po pierwsze, nie słucham wydań z tego rocznika od co najmniej 15 lat. Po wtóre, wtedy miałem słabszy sprzęt, zarówno wzmacniacz, jak i kolumny. Jeśli chodzi o remastery z 2007 i 2008 roku, lepszym wyborem są niektóre wydania SACD. Trzeba jednak uważać, bo różnią się jakością (np. „Trespass”).

    OdpowiedzUsuń
  62. Harmonium brzmi pięknie na CD, ale to nie są wydania ProgQuebec. Dla mnie Selling na 94 fatalne (kartonowe to dobre określenie, dodałbym jeszcze: przytłumione i anemiczne). Foxtrot równie źle, natomiast Trick nienajgorzej i zachowałem tę wersję.

    OdpowiedzUsuń
  63. „A Trick Of The Tail” zawsze wypada dobrze, bo to, moim zdaniem, najlepiej nagrany album Genesis w latach 70. Jeśli wersja z 1994 roku brzmi Twoim zdaniem „nienajgorzej”, to ciekaw jestem, co powiedziałbyś o najlepszych:
    - pierwsze wydanie winylowe - UK
    - kompaktowe i winylowe Analogue Productions
    - w okolicach „pudła”, na pewno TOP 5 - pierwsze wydanie kompaktowe Charismy z 1984 roku

    OdpowiedzUsuń
  64. Anonimowy8/1/26 17:09

    Trick świetna produkcja- to prawda. Jest nieźle, więc nie mam potrzeby słuchania innych wydań (aż tak wielkim fanem płyty nie jestem, choć chętnie do niej wracam- zawsze z dużą przyjemnością)

    OdpowiedzUsuń